Moje śledztwo ezoteryczne wokół zniknięć na Rodzinnych Ogródkach Działkowych w Polkowicach
Astrolog, ezoteryk, tarocista, kapłan Wicca: Mariusz Staszewski
Zanim wejdziesz w tę opowieść, musisz wiedzieć, że nie dotyczy ona tylko jednego miejsca – ale całej sieci działek, szklarni i opuszczonych altanek, rozciągających się wzdłuż północnej granicy Polkowic. Miejsc, które formalnie powinny być martwe po zmroku – ale od kilku lat zaczynają „żyć” wtedy najmocniej.
Dlaczego akurat działki?
ROD (1958–2025):
– pierwsze zgłoszenia o „płaczącym dymie” i martwych strefach gleby pojawiły się już w latach 80.;
– od 2022 roku regularnie powtarzają się przypadki porzuconych narzędzi, pękających kłódek i ucieczek w środku nocy, które sąsiadujący działkowicze tłumaczą „złym snem” lub „chłodem, który nie ma źródła”.
Hipoteza: czy mamy do czynienia z nawiedzeniem gruntu czy przenikaniem zjawiska przez systemy podziemne?
Zbierając dane przez ponad dwa lata, natrafiłem na powtarzające się wzorce:
– złamane talizmany (turmalin, onyks, gliniany krążek z wyżłobioną spiralą),
– anomalie termiczne (punkty o temperaturze niższej niż otoczenie, spiralne układy zimna),
– powtarzające się świadectwa o „zjawie bez twarzy”, której nie można opisać… ale każdy wie, że tam stała.
To właśnie ten byt – obecny, obserwujący, ale niemy – został przez mnie nazwany roboczo Beztwarzowym z Polkowic.
Co odkryłem?
– Kamera termowizyjna zarejestrowała strukturę przypominającą człowieka o zbyt długich kończynach i wnętrzu zimniejszym niż tło gleby,
– nagrania dźwiękowe (EVP) zawierają powtarzające się słowa: „korzeń… pieczęć… podlej…”,
– a w snach (własnych i świadków) powtarza się ten sam motyw: cisza, która nagle staje się głośniejsza od wszystkich hałasów świata.
To wszystko – zapisy z dziennika, relacje sąsiadów, transkrypcje rozmów telefonicznych, wyniki badań gleby i ślady elektromagnetyczne – złożyło się na historię, którą za chwilę przeczytasz. Jeśli poczujesz dziwny zapach ziemi, choć siedzisz w pokoju, albo w kącie oka mignie ci cień wśród zieleni – pamiętaj:
Polkowickie działki stoją na czymś więcej niż warstwie torfu. One stoją na styku dwóch światów. A to, co tam rośnie, nie zawsze jest rośliną.
(sen, który wraca każdej nocy)
Najpierw słyszę metaliczny zgrzyt, jakby zardzewiała piła wgryzała się w żywe drzewo. Z ciemności wyłania się wąski korytarz z desek – ogrodowa altanka, której przecież dawno nie ma. Ściany oddychają; z każdą falą wdmuchują do środka zapach zgniłych jabłek i dymu ze spalonego plastiku. Idę coraz głębiej, a deski pod stopami przestają skrzypieć – zastępuje je szelest mokrych liści, jakby ktoś rozwinął dywan z gnijących traw. Powietrze gęstnieje, tłumi oddech. W oddali coś stuka – regularnie, upiornie równo – tak-tak-tak… Rozpoznaję ten rytm: to kosa uderzająca w kamień, ostrze przesuwane wolno, dokładnie, z chorobliwą czułością.
Nagle zapala się pojedyncza lampa ogrodowa. W jej mlecznej poświacie widzę rzędy działkowych parcel – wszystkie identyczne, od linijki, jak groby bez tabliczek. Przy furtkach stoją narzędzia wbite w ziemię: grabie, siekiera, ta przeklęta piła. Ani jednego człowieka, tylko ich cienie – rozmyte, ale wciąż przywiązane do martwych przedmiotów. Kiedy chcę zawrócić, za plecami wyrasta czarna ściana krzaków. Wplątują mi się w kostki, zatrzymują. Ostrze kosy raz jeszcze ociera się o kamień – iskrzy, jakby na chwilę rozcięło noc. Czuję na karku wstrętny podmuch czyjegoś oddechu i słyszę szepty: „Podlej, przekop, zasiej”. A potem ciszę – tak gęstą, że dławi.
Budzi mnie skurcz w gardle i słodko-żelazny smak krwi. Przed oczami zostaje mi obraz pustej alejki i błyszczącego ostrza wbitego w ziemię, które – zanim wszystko zgaśnie – drga jeszcze delikatnie, jakby wciąż pamiętało rękę swojego pana.

Zapis z dziennika, 13 czerwca 2025, piątek, godz. 18:44, Empik w Polkowicach
Poranek zaczął się od dziwnego ucisku w skroniach – jakby noc zostawiła pod czaszką wilgotny odcisk tajemniczego snu, którego nie potrafiłem już przywołać, a jednak czułem jego ciężar w karku. Powietrze było gęste od dusznego upału, ale we mnie grał chłód: ten szczególny rodzaj chłodu, który nie bierze się z temperatury, lecz z przeczucia, że coś w okolicy pękło i wypuszcza nieznaną woń. Przez cały dzień próbowałem zlekceważyć to odrętwienie. Płynąłem między codziennymi sprawami jak liść unoszony ospałym nurtem, aż w końcu – bardziej z rozpędu niż z potrzeby – skręciłem do galerii Polkowice. Tłum parował od nagrzanych murów: dzieci krzyczały pod Mcdonaldem, ludzie rozlewali się po nasłoneczniomym parkingu. Na elewacji zakotłowały się metaliczne refleksy, w których słońce biło jak dzwon. W kieszeni ciążył mi stary notes – jego skórzana okładka zawsze grzeje się nie swoją temperaturą, jakby pamiętała inny – nieziemski – ogień.
Wchodząc do środka, poczułem zderzenie frontów: lepki żar z zewnątrz spotkał się z lodowatą klimatyzacją, która pachniała klejem i świeżo rozciętym kartonem. Zadrżały mi ramiona. Zorientowałem się, że oddycham płycej, a serce – niczym nerwowy ptak – przyspiesza rytm, gdy światło jarzeniówek muska źrenice ostrym mlekiem. Nie miałem konkretnego planu, tylko mglistą wymówkę: „Zobaczę, czy nie ma czegoś z dawnych podręczników okultystycznych”. W praktyce chodziło raczej o to, żeby schronić się przed trzaskającym w powietrzu napięciem – uciekłem w świat przewidywalnych półek.
Empik pachniał lakierowaną okładką, arabiką z automatu i papierem, który lekko nasiąkł wilgocią minionych niedawno burz. Zatrzymałem się przy regale romansów – pastelowe grzbiety „Zakochanych w Prowansji”, „Smaku migdałów” i „Morza w aksamicie” piętrzyły się jak wielobarwna tama przed ciemniejszą literaturą. Lubię ten kontrast; kicz bywa czasem jak mglisty wachlarz, za którym łatwo ukryć dreszcz. Wyciągnąłem losowo jedną książkę, przejechałem kciukiem po gładkiej folii okładki, próbując skupić myśli. Gdzieś głębiej dudniły wewnętrzne schody, a po szklanych barierkach spływały echa kroków – jak syczące węże. Serce jednak nie wracało do równowagi; nagły dreszcz wspiął się po plecach, gdy z głośników popłynęła ballada zaskakująco minorowa jak na tę porę roku.
W tej właśnie chwili usłyszałem je – dwa głosy, ulepione ze zwykłych słów, a jednak zabrzmiały jak trzask pękającej deski. Kobiety stały przy półce z krzyżówkami i gazetami. Jedna, drobna, o przyprószonych siwych włosach i okularach w czerwonych oprawkach, gniotła w dłoniach torebkę z logo popularnej drogerii. Druga, wyższa, w turkusowym trenczu, nerwowo przestępowała z nogi na nogę. Kiedy mówiły, brzmiały jak dwie rowerzystki, które zsiadły z siodełek i wciąż czują drżenie w kolanach.
– Jola, ja naprawdę nie żartuję – zaczęła ta w okularach, zaciągając słowa, jakby były zbyt ciężkie. – Halina przepadła, normalnie… w powietrze.
– Czekaj, spokojnie. Może pojechała do córki, nie? – Turkusowy płaszcz zafalował niczym narzutka namiotu na wietrze.
– Pojechała? O dwudziestej drugiej, w kapciach i z konewką? – syknęła pierwsza. – Pies wrócił sam. Pysk miał brązowy, jakby z ziemi, a Haliny nie było już przed świtem.
– Ej, ale słyszałam, że ostatnio ktoś tam się kręcił po nocach. Może bezdomni… – głos stłumił szum ekspresu w kawiarni, ale usłyszałem drganie strachu ukryte między sylabami.
– Bezdomni…? Czarny śmiech: płytki, nerwowy. – Tam, Hanka, nie ma żadnego bezdomnego. Tam jest cień. Człowiek – bez-człowieka. Patrzy. I jak zniknie, to człowiek też znika.
Poczułem, jak moje palce zaciskają się na krawędzi książki. Grzbiet jęknął cicho, papier trzasnął, jakby wyrwał się z uścisku. W uszach zaszumiała mi krew, a powietrze w alejce zbladło. Żarówki LED wydały się nagle zimniejsze, a dźwięk klimatyzatora przybrał metaliczny ton – jak paznokieć skrobiący po zardzewiałej blasze.
– Mój grządkowy buraczek usechł w trzy dni – powiedziała ta w turkusowym, ciszej, niemal płacząc. – Ziemia jak popiół. A u Zośki – słyszałaś? – coś trzasnęło w altanie, jakby szyba pękła. Tylko że… tam przecież od lat nie ma żadnej szyby.
– Bo nikt nie chce tam nocować, odpowiedziała drobna, szarpiąc rąbek papierowej torby. – Ja to mówię, to miejsce jest ukarane. Tam kiedyś coś zakopali, a teraz… teraz to coś wstaje.
Moje gardło ściągnęło sól, jakbym nagle próbował przełknąć gorący piasek. Zanotowałem: „Cień bez twarzy, pies wrócił sam, ziemia jak popiół, altany puste, Halina zniknęła.” Każde słowo tętniło gorączką pod skórą. Kobiety przerwały, obejrzały się – być może wyczuły, że ktoś słucha za regałem romansów. Cofnąłem się o krok, chowając twarz w cień pastelowej okładki „Miłości nad fiordem”. Neon nad kasą zamigotał i zgasł, pozostawiając białą smugę po wewnętrznej stronie powiek.
Stałem chwilę w półmroku alejki, czując, że powietrze drga w rytmie moich myśli. Oparłem się plecami o chłodną kolumnę i w milczeniu przyłożyłem dłoń do skroni. Serce biło szybko – nie z powodu ich historii, lecz dlatego, że tam, za drżeniem głosu i poszarpanymi zdaniami, wyczułem tę samą nutę, która budzi mnie czasem w nocy: ciche wołanie przestrzeni o uwagę.
Zamknąłem notes, chowając go do kieszeni. Dłoń drżała. Wiedziałem, co będzie następne: karty Tarota demonów leżące na moim stole, gotowe rozsznurować tę opowieść. Ale zanim wyjdę z gęstego światła galerii, nasłuchuję jeszcze – chcę usłyszeć ten cień.
Świat handlu pulsował plastikowym beatem, a roześmiane dzieci pod McDonaldem nie wiedziały, że kilka ulic dalej ziemia może wkrótce otworzyć oczy.
Moja sugestia:
Wrócić do domu przed zmrokiem. Odprawić ochronny rytuał trzech wdechów i siedmiu iskier. Sięgnąć po talię. Jeśli ich słowa były prawdą – karty zatańczą w dłoniach jak żar rozdmuchany w popiół.
Teraz czuję już tylko jedną myśl:
„Czy odważę się jutro wejść na własną działkę, skoro sam cień zna tam każdy mój oddech?”
Zapis z dziennika, 13 czerwca 2025, piątek, godz. 22:17, mieszkanie przy ul. Wołodyjowskiego
Drzwi zatrzasnęły się za mną ciężkim westchnieniem starego drewna, jakby dom sam wiedział, że przynoszę do środka szept cudzych lęków. Zrzuciłem kurtkę, a w powietrzu osiadł zapach ulicznego kurzu zmieszany z wonią lipowego pyłu. Noc była lepka od wilgoci; przez uchylone okno wpadał odległy szum obwodnicy, odbijając się od ścian niczym monotonne mantry maszyn. Zasunąłem zasłony, zostawiając tylko wąską szczelinę na cienką strużkę światła latarni – wystarczała, by srebrnym cieniem przeszyć pokój, przypominając klingę ostrego noża. Na biurku czekała już talia Tarota demonów; ciemne karty w aksamitnym woreczku zdawały się pulsować własnym, przyćmionym sercem.
Zanim je dotknąłem, usiadłem na brzegu krzesła i zamknąłem oczy. Trzy głębokie wdechy, siedem powolnych iskier wyobrażonych nad świecą – rytuał, który koi zmysły i otwiera skórę na szepty z innych warstw. Powietrze zgęstniało; w nozdrzach miałem mieszaninę bursztynowego kadzidła i ciepłego wosku. Gdzieś w rogu pokoju belka zaskrzypiała, jakby ktoś niezgrabnie przenosił ciężar z jednej nogi na drugą.
Rozwiązałem sznurek woreczka. Karty wysunęły się same, jakby spragnione dotyku. Ich rewersy połyskiwały atramentem – utkany wzór labiryntu otoczonego skrzydlatymi pieczęciami. Przełknąłem ślinę; język odruchowo musnął podniebienie, gdzie zalegał smak metalu.
Pytanie:
Co kryje się na polkowickich działkach?
Jaka jest natura cienia bez twarzy?
Jakie zagrożenie niesie tym, którzy tam wejdą?
Rozkład „Krucza Brama” – pięć kart w kształcie skrzydła. Rozłożyłem pierwszą. I
RDZEŃ – XV Diabeł (Arimanus)
Obraz wypalił się w źrenicach: postać o kozich rogach, lecz oczy zasłonięte maską z czarnego saltpeteru. W tle gęsty ścieg łańcuchów; kilka już zerwanych. Poczułem pod skórą lekkie pieczenie, jakby ktoś żarzył igły w płaszczyźnie między łopatkami. Rdzeń sprawy: potęga zniewolenia, prastara siła, której ktoś pomógł zerwać pęta.
PRZESZŁOŚĆ UWIĘZIONA – XVI Wieża (Barbatos)
Wieża stoi zburzona na kartce niczym kość, którą tknął grom. U jej stóp płoną miniaturowi ludzie, a w szczycie – pęknięty herb z dwiema krzyżującymi się łopatami. Natychmiast przed oczami błysnęło: szyb górniczy, gęsty rumosz, zamurowane wejście. Zapomniany grzech ziemi, zakopany strach, którego fundamenty teraz pękają.
TERAZ – V Pentakli (Furcas)
Na ilustracji dwóch poszukiwaczy błąka się w śniegu, ale śnieg jest czarny, a ich cienie ciągną się dalej niż oni sami. Kurczowo trzymają latarnie – oniryczny obraz działkowców z latarkami, którzy tlą się w ciemności i gasną, nim ktokolwiek ich znajdzie. Karta tchnęła chłodem, który nagle osiadł mi w płucach niczym popiół.
PRÓG PRZYSZŁOŚCI – XVIII Księżyc (Amon)
Zatrzęsły się wszystkie płomienie świec, jakby pociągnął je niewidzialny oddech. Na karcie drogi rozlewają się w błoto, a z mgły wystają bezimienne głowy psów ujadających ku niebu bez gwiazd. Utwierdzona iluzja; granice przestrzeni rozmyte, ścieżki, które plączą się w labirynt cieni.
TAJEMNICA – Rycerz Mieczy (Andras)
Rycerz z zardzewiałym hełmem, skrzydła kruka rozpięte na wietrze, miecz przekrzywiony – nie w geście obrony, lecz wyroku. Energia gwałtowna, karząca, żądająca zapłaty. Karton aż drżał w palcach, jakby chciał przeciąć skórę i napić się krwi.
Wciągnąłem powietrze przez zęby. Pokój wydał się mniejszy; meble przesunęły się o milimetr w moją stronę – albo to tylko myśl. Na moment zgasła żarówka lampy biurkowej, zostawiając mnie w łunach płomieni świec. W głowie zaszumiało, jakby ktoś wsunął wewnątrz muszlę i mruczał w niej obcym językiem:
„Natura złamanego przymierza. Krew ziemi splamiona. Zapłata nie w srebrze, lecz w obecności. Człowiek staje się echem.”
Zadrżały szyby. Na parapecie coś zadzwoniło – może łańcuszek od talizmanu, który ruszył się sam, choć nie było przeciągu. Poczułem wyraźny zapach torfu, mokrej gliny, jakby kawałek polkowickiej ziemi wsunął się między deski podłogi.
Ostrożnie zebrałem karty, ale zanim wsunąłem je do woreczka, jedna wysunęła się bokiem. XIII Śmierć (Mortifer Rex) – nie w rozkładzie, lecz jako ulotny komentarz. Na grafice tancerz z kosą wiruje w pyle, zrzucając z ramion stare skóry jak popękane maski. Odczytałem to bez słów: przemiana nie do zatrzymania.
Ścisnąłem palcami nasadę nosa, czując, jak w ustach twardnieje ślina. Mimo zamkniętego okna powiał chłodny ciąg – płomień jednej świecy wydłużył się w niezdrowo zielonkawy grot.
Wniosek pozornie prosty, a zarazem przerażający:
Ktoś odczepił diabelskie jarzmo od zakopanych kości. Demon nie łaknie trupiego mięsa; łaknie oczu, które patrzą, i serc, które drżą. Żywi się byciem widzianym.
Położyłem dłoń na klatce piersiowej. Bicze pulsu waliły, jakby chciały przebiec granicę skóry. Szybko skreśliłem w notesie:
- Demon – prawdopodobnie powiązany z ofiarą zakopania lub rytuałem uwięzienia.
- Rdzeń siły – ziemia działek (tzw. ‚martwy grządek’).
- Objawy – znikanie ludzi, zwierzęta wracają same, ziemia przyjmująca popiół.
- Mechanizm – łamie granicę między iluzją a fizycznością, zamyka ofiary w echo.
- Potrzebny akt odwagi: wejść na teren, zbadać punkty skrzyżowań energii, odnaleźć miejsce pierwszego pęknięcia.
Zamknąłem notes z trzaskiem, który rozbrzmiał głośniej, niż powinien, jak strzał w próżni. Uświadomiłem sobie, że od dawna nie mrugałem – oczy szczypały, obraz rozmazywał się w delikatnym halo.
Zerknąłem na zegar: 22:47. Została godzina, nim noc wejdzie najgłębszą czernią w krwiobieg miasta. W świetle świec mój cień wirował po ścianie jak bezgłowy tancerz.
Muszę jutro jechać na działki. Moja altanka stoi tam od lat – teraz wydaje się, że czekała właśnie na ten wieczór, na ten krok w głąb. Zabiorę pendulum z obsydianu, kompas magnetyczny, słoik soli. I może… tylko może… demon zechce przemówić nie głosem grozy, lecz starą, zapomnianą prawdą.
Notatka końcowa jaką zapisałem, przy płomieniu świecy:
„Jeśli nasza ziemia trzyma w trzewiach gniew, muszę zejść głębiej niż strach, by usłyszeć, czego naprawdę chce.”
Świeca zgasła sama, zostawiając w powietrzu smużkę pachnącą żywicą i kurzem. Ciemność objęła pokój, a ja zostałem w niej jak w pulchnych ramionach kogoś, kto nie pyta, tylko śni we mnie dalej.
Zapis z dziennika, 14 czerwca 2025, sobota, godz. 16:08 – Rodzinne Ogródki Działkowe
Słońce wisiało nisko jak wypalone oko na niebie, ostatni świadek czegoś, co nie chciało być widziane. Pracowałem przy grządkach, ale nie byłem tu dla warzyw. Rytmiczne uderzenia motyki tłukły w ziemię jak stare werble – głuche, z brzękiem jakby dochodzącym spod ziemi. Pod każdą warstwą suchej gleby wylegał ciężki, zbutwiały zapach – jakby ogród był tylko cienką skórą nad czymś gnijącym głęboko pod nią.
Pot ściekał mi po karku, ale w środku miałem zimno. Nie takie zwykłe – to był ten ostry chłód, który wślizguje się między myśli, jakby ktoś lodowatym paznokciem rysował po wewnętrznej stronie czaszki. Wciąż miałem w głowie tamtą książkę z Empiku. Znalazłem ją, a raczej… ona mnie znalazła. To od niej się zaczęło.
Rozsypywałem mieszaninę soli, popiołu i zmielonej szałwii w czterech narożnikach działki, gdy usłyszałem za plecami to chrząknięcie – jakby ktoś odkrztusił kurz z innego świata. Odwróciłem się powoli.
Marian. Stał na ścieżce, jak zawsze – wysoki, sztywny, z twarzą pooraną jak kora starego dębu. Tylko coś w nim było… nie tak. Jakby cień wkroczył w jego oczy i się tam rozgościł.
– Dzień dobry – wymamrotał, ale to nie było powitanie. Brzmiało jak ostrzeżenie.
– Dzień dobry – odpowiedziałem, ścierając ziemię z dłoni. – Dawno cię nie widziałem. Coś się stało?
Wzruszył ramionami, ale nerwowo, jakby próbował zrzucić z siebie niewidzialnego insekta.
– Nie cieszy mnie już to miejsce. Ale… coś mnie tu dziś przyciągnęło. A ciebie widzę, jakbyś się urządzał na ostatnią noc świata.
– Porządki. – Wskazałem motykę. – I chcę zostać dziś do wieczora. Posłuchać, co tu naprawdę szeleści…
Spojrzał na mnie ostro. Papieros zadrżał mu w palcach. Milczał dłużej niż powinien.
– Nocą lepiej nie słuchać – powiedział w końcu. – Można usłyszeć coś, co potem siedzi pod skórą. I… nie chce wyjść.
Zamilkliśmy. I w tej ciszy było coś jeszcze – jakby ogród wstrzymał oddech, podsłuchując.
– Halina z trzeciej alei… wiesz, ta z różami. – Jego głos złamał się w pół słowa. – Wyszła wieczorem z konewką. Pies wrócił sam. Brudny, wyjący, ślady pazurów na futrynie. A po niej… nic.
Poczułem, jak moje wnętrzności skręcają się z niepokoju.
– Słyszałem plotki… mówią o cieniu.
Uniósł głowę. Oczy miał przekrwione, obłąkane od bezsennych nocy.
– Cień to za lekkie słowo. To coś nie jest zrobione z ciemności. Ono ją wypluwa, rozumiesz? Jak dym z ust, ale zimny. Ma kształt człowieka, ale nie ma w nim człowieka. Patrzy… patrzy, choć nie ma oczu. A ty stoisz i nie możesz się ruszyć, bo czujesz, że to patrzenie… jest starsze niż świat.
Zrobiło mi się słabo. Ciało chciało uciekać, ale umysł… chłonął każde słowo.
– Stacho widział. Ten z końca alei. Kopał studnię. Trafił na coś, co nie powinno tam być. Nie pień. Nie głaz. Coś pustego w środku, ale twardego jak stal. Walił, aż pękło. – Głos Mariana osunął się w szept. – Od tej nocy powietrze tu inaczej pachnie. Jakby się coś obudziło. Coś, co chce wrócić. Albo już wróciło.
– Co zrobił Stacho?
– Uciekł. Bez słowa. Kapcie, paszport i… zniknął.
Patrzyłem na Mariana, jakby miał zaraz rozsypać się w proch.
– Myślisz, że to coś rośnie?
Pokręcił głową.
– Nie. Myślę, że już urosło. I że żywi się tym, co zostaje po ludziach. Strachem, wspomnieniem, ich miejscem przy stole. Im mniej nas tu przychodzi, tym bardziej to coś się zadomawia.
Zbliżył się nagle i chwycił mnie za ramię.
– Chcesz tu nocować? – syknął. – To nie patrz mu w lustra. Nie patrz. Bo zobaczysz nie jego – zobaczysz siebie. Takim, jakim jesteś naprawdę. I nie wiem, czy wtedy wrócisz.
Jego dłoń była gorąca jak świeżo wyciągnięta cegła z pieca. Zadrżała… i puściła. Odwrócił się i odszedł, chwiejąc się, jakby ziemia nie była już pewna pod stopami. Kiedy kopnął pustą butelkę po nawozie, echo zadźwięczało jak dzwonek pogrzebowy.
Zostałem sam.
A cisza… cisza nie była ciszą. To był szum w głowie, jak fale pod ziemią, jakby coś w glebie ziewnęło i zaczęło się przeciągać. W oddali rozległo się „stuk… stuk… stuk…” – rytmiczne, precyzyjne, jak palce uderzające w dno trumny.
Zamknąłem notatnik. Na ostatniej stronie, bez daty, bez tytułu, zapisałem tylko jedno zdanie:
„To coś nie ma oczu. Ono ma lustra.”
A potem zgasiłem świecę, zatrzasnąłem kłódkę i wróciłem do samochodu.
W lusterku bocznym widziałem, jak słońce spływa po dachach altan jak zakrzepła krew.

Zapis z dziennika, 14 czerwca 2025, sobota, godz. 22:56, mieszkanie przy ul. Wołodyjowskiego.
Powrót z działek smakował rdzą. Silnik zgasł z westchnieniem starego zwierzęcia, a ja jeszcze chwilę siedziałem w półmroku auta, pozwalając, żeby zewsząd zeszło ze mnie pole elektromagnetyczne strachu. Gdy wszedłem do mieszkania, korytarz pachniał chłodnym woskiem i lawendowym mydłem — bezpieczne aromaty codzienności, które dziś wybrzmiewały fałszywą nutą, jak kościelny dzwon rozstrojony przez burzę. W pokoju zapaliłem jedną niską świecę z czarnego wosku. Jej płomień tańczył w zwolnionym tempie, jakby każdy podmuch powietrza trzeba było przecisnąć przez sztywną membranę czasu. Z górnej półki zdjąłem Wyrocznię Drzwi Przeznaczenia — talię, której używam rzadko, bo odpowiada tylko wtedy, kiedy stoi się na progu czegoś nieodwracalnego.
Rozciągnąłem na aksamicie czarny woreczek; karty wypadły jak metalowe listki, połyskujące mosiężnym obramowaniem. Ich rewers przedstawia dwuskrzydłowe drzwi — raz zamknięte, raz uchylone — zależnie od kąta padania światła. Przeciągnąłem palcami po krawędziach, czując chłód, który nie powinien wydobywać się z papieru.
Zadałem pytanie:
Co naprawdę mnie spotka, jeśli spędzę noc na działce?
(Jakie siły, jaka cena, jakie konsekwencje?)
Wyrocznia układa się w kształt prawdziwych drzwi: dwa skrzydła, nadproże, próg i klucz. Pięć kart, które otwierają się tylko w jedną stronę.
Lewe skrzydło – „Strażnik Progu”
Na ilustracji postać z głową sowy, oczy jak dwie białe perły, a skrzydła utkane z liści bluszczu. Czuje się tu bezdźwięczne pytanie: „Czy jesteś gotów oddać część wzroku, by widzieć więcej?” Ta karta zawsze niesie ostrzeżenie: cena wejścia może być zmysłowa — wzrok, słuch, sen.
A więc…
Moje spojrzenie może zostać upośledzone lub spaczone. Noc na działce będzie widzeniem „po tamtej stronie”, ale za dnia światło może boleć, a kolory wyblakną.
Prawe skrzydło – „Korzeń Krwi”
Czerwone pnącze owija czarny kamień, a z jego wnętrza sączy się smuga posoki. Jest w tym puls, jak odległe bicie serca zakopanego pod humusem.
……
To, co czeka, żywi się energią rodową, pamięcią ciała. Może upomnieć się o gasnącą linię, o ból, który nie należy bezpośrednio do mnie, lecz do moich przodków splecionych z tą ziemią.
Nadproże – „Lampka Utraconych”
Mała latarenka zawieszona na haku w pustce. Wokół niej unoszą się krople światła — niczym zamrożone dusze— ale knot płonie spokojnie, choć w szkle trzaska sieć pęknięć.
…
Będzie chwila, w której pojawi się pozorna nadzieja, jasność, może podszept ofiar, które zniknęły. Jeśli dam się zwabić do owego światła — mogę zostać jedną z iskierek w pękniętym szkle.
Próg – „Echo Bezimiennych”
Karta niemal monochromatyczna: falujące, sine pasma mgły, w których zaledwie zarysowane są kontury ust bez twarzy. Na brzegach widać drobny, prawie niedostrzegalny drobny napis “Non Vox, Sed Umbra” — „Nie głos, lecz cień”.
…
Przekroczenie progu oznacza wejście w strefę, gdzie dźwięk jest bezdomny. Mogę stracić głos lub zdolność rozróżniania dźwięków. Tamte istoty komunikują się ciszą — i tylko ciszą ich usłyszę.
Klucz – „Oko Wewnątrz”
Najdziwniejsza karta talii: zbliżenie na źrenicę, ale w jej wnętrzu widać drugą, a w tamtej trzecią — kalejdoskop świadomości. Wokół rozłupane pierścienie drewna, jak gdyby oko wyrosło w pniu prastarego drzewa.
…
Kluczem jest odwrócenie percepcji: patrzeć do środka, nie na zewnątrz. Jeżeli chcę przeżyć noc, muszę zamknąć powieki fizyczne i otworzyć te, które mam „pod skórą snu”. Inaczej to, co bezimienne, spojrzy we mnie — i zacznie widzieć moimi oczami już na zawsze.
Patrząc na całość zrozumiałem; Wyrocznia nie grozi śmiercią ciała; grozi transplantacją zmysłów. Zobaczyłem ostrzeżenie przed utratą dotychczasowego sposobu postrzegania świata. Strażnik Progu już czeka, Korzeń Krwi domaga się długu rodowego, Lampka Utraconych kusi pozornym bezpieczeństwem, Echo Bezimiennych ucisza głos, a Oko Wewnątrz proponuje jedyny sposób przetrwania: wewnętrzne widzenie w miejsce zewnętrznego.
Zapisałem wszystko drobnym pismem, litera po literze, jakbym wiercił nimi tunel w twardej glinie rzeczywistości. Po policzku spłynęła kropla potu — słona, chłodna, jakby przyniesiona z samego serca działek. Zamknąłem talię, zawiązałem sznurek i odłożyłem ją jak relikwię, od której skóra pragnie odpocząć.
W notatniku pojawiła się notatka:
„Jutro wezmę opaskę na oczy. Na wypadek, gdybym musiał patrzeć do środka. I zatyczki do uszu, by słuchać ciszy. Drzwi przeznaczenia już skrzypią; klamka jest zimna, ale drży pod dotykiem. Ktoś po drugiej stronie… też trzyma.”
dodałem na końcu… Na działkach czai się milczenie
Zapis z dziennika – 15 czerwca 2025 Rodzinne Ogródki Działkowe, godz. 22:41 – 00:03
22:41
Zatrzasnąłem drzwi auta stłumionym hukiem i od razu pożałowałem, że zjechałem na szuter; kamyki chrobotały jak zęby nieproszonego gościa. Furtka boczna przyjęła mnie rdzawym zgrzytem, a ogród wypuścił z siebie oddech wilgoci – gęsty, słodkawy, lepki jak ślina ślimaka. W półmroku wszystko wyglądało bardziej krzywo niż za dnia: płoty chyliły się pod dziwnymi kątami, szkło szklarni mętniało jak mleczne źrenice starca.
W kieszeni leżała opaska na oczy i para zatyczek, rady Wyroczni. Ogranicz zmysły… Nie słuchaj wszystkiego, nie patrz na wszystko, bo to, co ci odpowie, nie będzie chciało milczeć. Odpaliłem latarkę – mały krąg zbyt kruchego światła – i ruszyłem w stronę altany.
22:52
Pokrzywy, które wczoraj zrównałem z ziemią jednym pociągnięciem kosy, leżały znowu jak świeżo ścięte, ale przesunięte, tworząc schemat przypominający symbol Odala – runę domu… albo wygnania. Kto tu łazi? – przemknęło mi przez głowę, lecz cisza stanęła za plecami i popchnęła dalej.
Talizman z czarnego turmalinu, który wisiał nad futryną, przecięła nowa rysa – brudnoczerwona, jakby kryształ krwawił rdzą. Pchnąłem drzwi: sól w narożnikach leżeli nietknięta, ale kredowy krzyż na podłodze wyglądał, jakby ktoś przejechał po nim językiem. Odruchowo spojrzałem na stopy – buty suche, podeszwy czyste. Dobra, zapis: „Ktoś albo coś lubi zmywać północ”.
23:07
Między szklarniami powietrze zgęstniało, światło latarki kruszyło się na odłamki. Każdy krok skrzypiał, a cisza między skrzypnięciami była tak długa, że słyszałem własny puls rozpychający się w uszach.
I wtedy – trzask za plecami. Krok, szybki, ledwo muśnięty, jak paznokcie po suchym listku. Odwróciłem się – pustka. Oświetliłem każdy kąt; promień złapał tylko pył i odpryski farby. Drugi krok – tym razem przede mną, a nie było gdzie się schować. Czułem, jak ciało chce uciekać, ale głowa szeptała: Zapisz, zanim zwariujesz.
Notuję: „Kroki 1–3 m za mną, bez widocznej przyczyny; echo nienaturalnie bliskie.”
23:19
Altanka Zośki Kołodziej – wczoraj kłódka błyszczała nowością, dziś połowa zaśniedziałych jarzm zwisała na jednym pręcie, drzwi rozwarte jak pysk złapanego szczura. W środku pachniało mokrą sklejką i starą krwią, choć na podłodze widziałem tylko kurz. Na desce leżał mały, gliniany dysk – spiralny motyw wzdłuż pęknięcia przebarwionego na ciemną wiśnię. Obok rulon. Rozwinąłem: pismo Stacha, czasem drukowane, czasem spazmatyczne.
Krew + ziarno = siła roślin. Gdy ziemia spije, rośnie korzeń. Pieczęć rozłupać trzy razy, ziarno w studni zagrzebać.
Poniżej rysunek pentakla – pięć nacięć, a w centrum coś, co przypominało… nozdrza? Nie rozbijaj! – dopisek wściekle czerwony.
Obracam głowę: w kącie zeszyt, strona po stronie kaligrafowane „rosnąć–uschnąć, rosnąć–uschnąć”, aż na ostatniej niemal wyrwana kartka i zdanie: „Nów w maju, studnia otwarta – CZUJĘ, JAK ZIEMIA PULSUJE”.
23:36
Ciemność spadła nagle. Latarnia przy bramie zziajana aż do wybuchu, potem cisza, daleki trzask transformatora. Black-out. Została tylko moja latarka i zbyt mało baterii.
Wyszedłem na aleję. Wiatr… ale ciepły, zły, taki co omija twarz i wpycha się pod kurtkę, żeby dotknąć kręgosłupa. Po drugiej stronie ścieżki znałem ułożenie listew – to ja je wczoraj naprostowałem. Teraz jedna przeleciała bokiem i z łupnięciem uderzyła w skrawek betonu. Wiatr? Tak? To zrób to jeszcze. Stoję, czekam – i drugi trzask, ale listewka poleciała pod wiatr.
Gniew ściśnięty w piersi ustąpił miejsca czystemu, lodowatemu strachowi.
23:47
Odwaga skończyła się przy studni Stacha. Z daleka widziałem, że ziemia wokół niej paruje, jakby w środku gotowała się smoła. Promień latarki spłynął w czerń otworu i… wrócił od niej odbity dziwnym połyskiem, jakby lustro wciągało światło. Uderzyła fala smrodu – zgniłe jajka zmieszane z ozonem. Z otworu dobiegło stuk… stuk… stuk…
„Rozpoznasz swój oddech, ale nie swoje echo.” Ojciec znowu miał rację. Kiedy stukałem palcem w rynnę, dźwięk wracał z drugiej strony studni, jak odpowiedź. Kto tam? – syknąłem, ale wypowiedziałem to tylko w głowie, bo gardło związał lęk.
Powietrze zgęstniało, latarka przygasała. Wstrzymałem oddech – i wtedy z mroku nad studnią coś wyskoczyło na brzeg. Za niskie na człowieka, zbyt drapieżne na kota – skurczony cień o kończynach zbyt długich, o plecach wygiętych jak łuk. Odwrócił łeb: w świetle zobaczyłem pysk bez twarzy, tylko dwie lśniące plamy – nie oczy, lustra. Nie pamiętam, kiedy puściłem latarkę. Wiem tylko, że upadła i potoczyła się, rysując wirujące spirale światła, które rozcinały ciemność jak brzytwy. Cień drgnął, jakby światło parzyło go w każdy nerw, syknął tarte metalem. Ja rzuciłem się w bok – potylica huknęła w słupek winorośli.
Widziałem tylko migające punkty, ale czułem, jak coś biegnie wzdłuż alejki… Nie, nie biegnie – skrada się po pionie, niczym jaszczur na ścianie. Słyszałem pękanie pleksy w szklarniach, trzask odbijanych szyb.
23:55
Doczołgałem się na działkę. Kredowy krzyż w altanie – przecięty; przez środek szła świeża rysa, krusząc pył w białe igły. W drzwiach narysowałem drżącą ręką Sigillum Solis, ale kreda łamała się, jakby jakaś siła wygaszała linię.
Wtedy w całym ROD zaświeciło światło – nagłe pyknięcie transformatora, cała energia zwrócona w sekundę. Snop latarki pod altaną mignął… rozszedł się po wnętrzu studni. Cień przy otworze syknął i skrył się, jak szczur przepędzony płomieniem.
00:03
Avista lux – nagłe rozbłyśnięcie czujnika ulicznej lampy przy bramie. Nie wierzę w anioły stróże, wiem, co widziałem. Wycofałem się, nie odwracając pleców do studni, aż do asfaltu.
Moje wnioski zapisane w notatniku (na gorąco):
- Pieczęcie złamane – rysy na turmalinie i amuletach identyczne jak na kredowym krzyżu. To działa, coś się wygryzło z ziemi.
- Cień „lustro” – reaguje paniką na nagłe, pełne światło (transformator!). Próba: mocna lampa LED + północny róg działki.
- Wiatr przeciwny – lokalne zaburzenie temperatury? Badanie termometrem IR jutro.
- Echo kroków ≠ akustyka. Cień powtarza ruchy, jakby „uczył się” rytmu, potem synchronizacja i atak.
Zamykam notes. Nie wiem, czy to demon, żywioł czy… projekcja ludzkiego strachu karmionego krwią z „rytuału ziarna”. Wiem tylko, że wrócę o świcie z czujnikiem pola, kamerą noktowizyjną i… kanistrem czystej… benzyny.
Bo czasem przysięga „nie rozbijaj” jest dokładnie tym, co muszę złamać, żeby coś głębszego nie wyszło na powierzchnię.

Zapis z dziennika – 16 czerwca 2025, Poniedziałek, godz. 07:12, kuchnia przy ul. Wołodyjowskiego
Słońce wpełzało do kuchni z nieśmiałością turysty, który nie jest pewien, czy nie wlazł komuś w życie bez zaproszenia. Płytki wciąż trzymały nocny chłód, a w szwach kafelków krył się zapach wilgotnego cementu. Kurtka, wczoraj twarda od błota studziennego, dziś stężała jak zbroja – wystarczyło ją położyć na oparciu krzesła, by powietrze poczerniało dymnym aromatem działek.
Aneta stała przy ekspresie, w starym dresie wypranym do bieli bawełnianej kości. Ramiona splotła pod biustem – nie z irytacji, lecz jak ktoś, kto musi się podtrzymywać, aby nie rozpłynąć się w poranku. Ekspres syknął parą, sygnał startu rozmowy.
— Nie spałeś znowu, co? – zapytała takim głosem, jakim pyta się dziecko, czy nadal boli kolano; więcej w nim troski niż pretensji, ale dźwięczy niewyspanie.
Usiadłem ostrożnie. Krzesło zapiszczało, jakby chciało mnie zdradzić.
— Odrobinę spałem. Wróciłem około pierwszej.
Aneta uniosła turmalin znad parapetu. Kamień rozwarł się wzdłuż, rysa świeciła brunatną rudością.
— Odrobinę? Ten talizman pękł w nocy na dwoje, Mariusz. Wczoraj był cały.
— Skała pracuje, temperatury, naprężenia… zwykła fizyka – zacząłem, ale słowa zabrzmiały jak linia obrony w procesie, który już przegrałem.
Parsknęła śmiechem suchym jak popiół.
— Odkąd „studiujesz te naprężenia”, połowa naszej zastawy brzmi jak poltergeist. Popatrz na siebie: kurtka pachnie sadzą, paznokcie masz czarne. Co ty właściwie wykopałeś tam na Brzezince?
Zamiast odpowiadać, zanurzyłem palec w rozlanej kropelce kawy i narysowałem spiralę – tę samą, którą w nocy znalazłem na glinianym dysku. Jej wzrok podążył za ruchem, aż kropelka skrzepła w brązowy znak.
— Proszę, tylko nie mów, że to kolejny symbol. – Wbiła spojrzenie w moją twarz. – W nocy rzucałeś się i szeptałeś coś obcym głosem. Brzmiało jak fragment cudzego snu.
— Cytowałem notatki Stacha – odburknąłem, choć sam nie byłem pewny. – Pieczęć pękła, korzeń krwi pije. Stary zabieg rolniczy: krew jako nawóz, nic więcej.
Oparła łokcie o blat. W świetle poranka jej tęczówki miały kolor mokrego szpinaku; dziś jednak w tej zieleni tkwiło coś lodowatego.
— Naprawdę zamierzasz tam wrócić? Chcesz znów wsadzić głowę do tej studni i pytać, czy ziemia oddycha?
— Muszę. Potrzebuję danych: temperatura gruntu, wilgotność, skan georadarem. Jeśli to naturalny rozkład, zasypiemy i zdezynfekujemy. A jeśli to coś więcej, tym bardziej muszę to nazwać.
— Za każdym razem, gdy mówisz „muszę”, mam wrażenie, że otwierasz kolejną klapę w podłodze. – Pochyliła się, stukając paznokciem w ceramikę kubka. – Co, jeśli to nie proces, tylko coś, co żywi się twoim węszeniem?
Przełknąłem słowo, które chciało uciec.
— Jeśli zostawię otchłań w spokoju, urośnie. Wolę zejść teraz, z mapą i latarką, niż czekać, aż noc wyjdzie do miasta.
Krzywy uśmiech przemknął po jej twarzy.
— Latarki bywają kapryśne, kiedy grunt postanowi połknąć człowieka. – Zrobiła krok, położyła ciepłą dłoń na moim karku; drżała, choć udawała spokój. – Obiecaj, że kiedy poczujesz, że cię wciąga, wrócisz. Choćbyś miał kieszenie wypchane dowodami.
Pokręciłem głową, potem zreflektowałem się i skinąłem.
— Wrócę przed zmrokiem. Żadnych nocnych ekscesów bez ciebie w słuchawce.
— Nie chcę cię pilnować, Mariusz. Chcę cię mieć tutaj. Przy stole. Nie w cudzych zeszytach. – Odwróciła się, odłożyła talizman delikatnie, jakby wciąż był całością. – I nie karm tej ziemi własnym strachem.
Podniosłem jej dłoń, pocałowałem zimne kostki. Zapach lawendowego mydła ukłuł wspomnieniem lata, którego w tym roku nie było.
— Będę żył, Anetko. Ale najpierw zamknę to, co Stach otworzył.
Westchnęła.
— Daj znak, gdy dotrzesz. – Wsunęła talerz do zlewu, jakby chciała spłukać resztki rozmowy z porcelany. – I weź kawałek światła, które działa bez prądu.
Za oknem drozdy zaczynały koncert, nieśmiałe, jakby testowały akustykę poniedziałku. Kawa ostygła, czarna jak gardło studni. Zanotowałem w myśli jej słowa: Nie karm ziemi strachem. Potem wciągnąłem powietrze, próbując zostawić w płucach tylko tlen – bez pyłu nocy, bez spirali w kawie.
Notatka 07:45
— Zabieram georadar-hobbystę, termometr IR, dwie latarki (LED + halogen).
— Cel: potwierdzić/wykluczyć gnicie biologiczne, sprawdzić temperatury przy studni, znaleźć źródło parowania.
— Obietnica: powrót przed zachodem; raport przy świeżym świetle, nie świeżo po mroku.
Zapis z dziennika, 16 czerwca 2025, poniedziałek, 11:36 – 14:30, Rodzinne Ogródki Działkowe
Słońce piekło asfalt tak, że powietrze falowało jak nad rozpaloną kuchenką. Pociągnąłem plecak z bagażnika – georadar, sonda temperaturowa, kamera inspekcyjna, kilka baterii i notes, w którym brakuje już czystych stron. Telefon ustawiłem na szybkie wybieranie do Anety. Obiecałem jej, że będę się odzywał, zanim zapadnie zmrok, i dziś ta obietnica ciążyła mi bardziej niż cały sprzęt.
Zanim dotknąłem furtki, usłyszałem głos Mariana. Gadał sam do siebie, półszeptem, po polsku z lekko chrypiącym „r”, jakby od wczoraj jeszcze bardziej zdarł gardło.
– Gorąco rośnie, diabelnie… – powtarzał. – Jak piec pod ziemią.”
– Marian! – zawołałem, ale odwrócił się dopiero, gdy byłem kilka kroków od niego. Wyglądał, jakby całą noc nie zmrużył oka: białka miał zaczerwienione, koszulę w kratę przepoconą i zmiętą, palce drżały na papierosie, którego nie potrafił odpalić.
– Wracasz z tym swoim ustrojstwem? – burknął zamiast powitania. – Idziemy do studni, zanim się ugotuje?
– Właśnie po to jestem – odpowiedziałem i wskazałem na kabel od georadaru. – Przytrzymasz?
Skinął, chociaż mina mówiła: „Nie mam pojęcia, po cholerę to robię”.
Betonowy kołnierz studni parzył dłonie. Wczorajszy księżycowy połysk wody zastąpiło mętne lustro z pęcherzami. Zsunąłem sondę – metal zazgrzytał o krawędź, a na ekranie zapaliła się czerwona cyfra „27 °C”. Powietrze wokół miało zaledwie dwadzieścia jeden.
Marian splunął w trawę. – „Sześć stopni różnicy? To nie jest normalne, Mariusz. Boję się, że to nie kiszonka, tylko coś żywego.”
– Zaraz zobaczymy. – Włączyłem georadar. Pod plastikową szybą pojawiła się wybrzuszona sinusoida, niby tętno. – Pod spodem jest pustka, cholernie nieregularna. Albo coś się zapadło, albo gnije.
– I to ma wytłumaczyć te wszystkie piekielne bajki? – prychnął.
Nie odpowiedziałem; podpiąłem kamerę inspekcyjną i powoli wpuściłem ją w ciemność. Obiektyw zaparował, potem obraz wyszedł na ostro – brunatny szlam, kawałki korzeni, a po prawej migotanie bieli.
– Patrz. Nachyliłem ekran do Mariana. – To ten sam gliniany krążek, co w altance Zośki. Pęknięty na trzy części. Ktoś wrzucił go specjalnie.
– Stacho… – wyszeptał. – „Pamiętam, jak bełkotał coś o »pieczęci, która ma wrócić do źródła«. Chyba myślał, że jak utopi kłopot, to go nie będzie.
– A może tylko go pogłębił. Wyciągnąłem kamerę, woda się wzburzyła, zostawiając na powierzchni tłusty, brunatny kołnierz piany.
Wiatr zmienił kierunek i przyniósł zapach zgniłego torfu – ciężki, lepki, gryzący w gardło. Mój miernik pola magnetycznego zatrzepotał wskazówką z dziwną żywotnością.
– Dawaj, zbieramy się – syknął Marian i odsunął się dwa kroki. – Czuję, jakby ktoś właśnie przyglądał się naszym plecom”
– Jeszcze termogram. Zrobiłem serię zdjęć w podczerwieni. Na ekranie, między chłodnym błękitem wyschniętych rabat a zielonkawym tłem szklarni, studnia pulsowała ciepłą pomarańczą, a od niej w idealnej spirali biegły trzy jasne wstęgi – prosto ku altankom mojej, Zośki i Stacha. Dokładnie ta sama spirala, którą wczoraj odczytałem ze starego zeszytu. Aż mnie ciarki przeszły.
Marian gasił papierosa drżącym kciukiem. – Pojedziesz z tym do kopalnianych geologów?
– Najpierw do domu. Muszę to poskładać. Spojrzałem mu w oczy. – Nie wracaj tu sam.
– Obiecuję, że nawet psa tu nie przyprowadzę, mruknął i znikł między szklarniami, jakby uciekał przed własnym słowem.
Siedzę za kierownicą samochodu, klimatyzacja sapie, ale pot na karku wciąż nie stygnie. Na fotelu obok leży termogram – papier jeszcze ciepły, jakby spirala na nim była żywą, oddychającą raną ziemi.
Myśli krążą w głowie jak muchy w słoiku. Komora pod studnią – czy to tylko fermentująca zgnilizna? Może dawne śmieci ogrodników, stare oborniki, chemia, rozkład – a może pęknięty chodnik po kopalni sprzed kilkudziesięciu lat? Geolog powie „zwykłe zapadlisko”, ale ta cholerna spirala… Skąd tak geometryczny układ ciepła? Usypisko przypadków potrafi czasem udawać wzór, wiem. Tylko dlaczego ten wzór jest identyczny z rysunkiem w zeszycie faceta, który wierzył w krew i ziarno?
Pęknięte amulety – glina nasiąknięta wodą, wyschła, pęka. Normalne. Ale dlaczego pękają wzdłuż tej samej osi, co mój turmalin? Przypadek numer dwa. Przypadki też mają prawo istnieć parami. Tylko w moim wnętrzu rośnie uczucie, że ktoś układa mi puzzle zbyt zgrabnie.
A głos Anety dzwoni w uszach: „Nie karm ziemi strachem.” Staram się oddychać powoli, żeby nie podać tej ziemi kolejnej porcji paniki.
Wrzucam bieg, ruszam w stronę miasta. W bocznym lusterku falują szklarniowe dachy, jakby ktoś pod nimi trzymał rozgrzaną blachę. Kiedy w końcu znikają za zakrętem, czuję ulgę – krótką, bo przed oczami wciąż mam spiralę, która wygląda jak odcisk wielkiego ślimaka wypalonego w glebie.
Mam twarde dane, ale spiralę trzeba przeciąć, zanim noc znowu zaciągnie się kłębami lęku. Dam radę? Muszę. Na dziś wystarczy, jutro… jutro przyjdę tu z mapami, geologiem i – jeśli się nie wystraszy – z Marianem. Bo jeśli ziemia naprawdę pije krew, to lepiej, żebyśmy jej razem odkręcili kurek, nim zrobi to sama.
Zapis z dziennika, 16 czerwca 2025, poniedziałek, 19:02 – 19:22, kuchnia przy ul. Wołodyjowskiego
Wrzuciłem na blat wydruk z termowizji. Laminowany papier pstryknął o drewno i rozlał po kuchni własny blask – przesycone fiolety i biele, spiralny wir zimna wygryziony wśród pomarańczowo-czerwonych smug ciepła. Jakby czyjaś koścista dłoń zgasiła ogień świata jednym obrotem.
Aneta przesunęła palcami po folii, jakby chciała zdrapać z niej to kolorowe kłamstwo.
— Mówiłeś: zwykły gnój, zwykła fermentacja — syknęła. — Ale obornik nie rysuje pentagramu z instrukcji Goecji.
— Gleba… może lubi sztukę — mruknąłem. Żart zamarł, oblepiony własnym strachem.
Przechyliła kartkę. W chłodnym jądrze spirali ciemniała sylwetka, prawie ludzka; ręka zbyt długa, bark wygięty w nienaturalnym kącie, tors przecięty linią, jak gdyby wnętrze wsysało samo siebie.
— Widzisz to? — zapytała. — Tu powinien być betonowy krąg studni. A ty masz cień… człowieka? Z temperaturą bliską zera. Żywe ciało tak nie stygnie, Mariusz.
— Albedo lustra wody, interferencje kamery… — tłumaczyłem na autopilocie, ale słowa brzmiały jak instrukcja obsługi czegoś, co już postanowiło się zepsuć.
— Obiecałeś, że dzisiaj nigdzie nie idziesz — przypomniała, składając ręce na piersi. Dres zwisał z jej ramion jak pancerz, za szeroki, za miękki.
Przed odpowiedzią zawibrował telefon. Marian – duże litery, które od wczoraj paliły mnie w kieszeni jak gorący gwóźdź. Odruchowo włączyłem głośnik.
— No, stary? Mów.
W słuchawce zaszumiał huragan oddechów. Jakby biegł, ale powietrze wpychało mu się do płuc pod złym kątem. Metaliczny trzask; brzmiało to jak łańcuch szarpnięty po zardzewiałych zębach.
— …Mariusz… on tu stoi… między szklarniami… — głos pękał, wypluwając samogłoski. — Bez twarzy… kurwa… patrzy…
Ekspres parsknął kawą, jakby kuchnia chciała zagłuszyć piekło. Aneta przycisnęła dłoń do ust; jej oczy rozszerzyły się jak rany.
— Marian, skup się! Gdzie dokładnie? — Żyły w szyi stężały mi jak drut.
— Cienie… trzy… nie, cztery… Rozciągają się… jak guma… — Kolejny trzask, a potem metaliczny skowyt bramy uderzającej o słupek. — Jeden ma rękę… długą… aż do ziemi…
— Nie patrz na nie! Do przodu, rusz dupę! — krzyknąłem, choć wiedziałem, że echo mojego krzyku przejdzie przez działki jak dzwon pogrzebowy.
W tle zaszczekał pies: jeden, zduszony raz. Zimny sygnał przerwał połączenie. Telefony umierają sucho, jakby odcinano im tlen.
Aneta opuściła rękę; na nadgarstku tętniła drżąca żyła.
— To był ten „gnój”? — spytała gorzko. — Nie rozłączasz się tak, kiedy fermentuje obornik.
— Idę tam. — Zerwałem kurtkę ze oparcia. Lodowaty zapach ziemi uderzył w twarz jak wyrzut.
Stanęła pomiędzy mną a drzwiami.
— Mariusz, termogram mówi sam za siebie. To coś jest zimniejsze od grobowej płyty, a na zdjęciu wygląda, jakby chciało z ciebie wypić kolor. — Pokazała na spiralę. — Widzisz ten pas? Podczerwień powinna zarejestrować żar fermentacji, a tu wychodzi zerowa energia. To dziura w cieple, a nie człowiek.
— Marian jest tam sam. Jeśli te cienie są realne.
— Może już nie jest sam, rozumiesz? — Głos jej załamał się, ale nie cofnęła się nawet o centymetr. — Nie każe ci zostać, bo się boję. Każę, bo obaj tracicie grunt. Ty w swoich pomiarach, on – w alkoholu i lękach.
Spojrzałem znów na termogram. Centralny wir zdawał się pulsować: z każdą sekundą barwa zimna poszerzała się, jakby druk chłonął światło kuchni. W pejzażu fałszywych kolorów wykwitła nowa plamka – fioletowy półksiężyc, tam, gdzie wcześniej była tylko czerń.
— To się zmienia — szepnąłem. — Nawet teraz. Druk nie powinien…
Aneta odsunęła się krok w tył.
— Uciekasz od odpowiedzi. Pytam ostatni raz: czy dziś ruszasz na działki?
W głowie przeleciał mi film z wczoraj: spiralne zimno, dłoń bez skóry, studnia parująca jak zraniona ziemia. I Marian – wysoki jak brzoza, teraz z głosem zgrzytającym o krawędź szaleństwa.
— Tak — odparłem. — Jadę. Ale nie po to, żeby patrzeć w otchłań. Jadę ją zasypać. Zabieram wapno, sól, benzynę. Zamykam, co pękło.
Potarła czoło kciukiem, zostawiając smugę kawowego pyłu.
— W takim razie jedź, ale z planem ewakuacji. I z kimś, kto nie wierzy w spirale. — Podała mi kluczyki do swojego Peugeota. — Agregat, reflektory halogenowe. Jasność zakłóca ich… projekcję. Nie wracaj sam, nie wracaj po ciemku.
Zacisnąłem palce na kluczu.
— Bezpieczne słowo? — zapytałem.
— Powiedz przez telefon „oliwki”. Wtedy pakuję torbę i przyjeżdżam po ciebie z policją i czterema sąsiadami. — Drgnęła jej powieka. — Przynajmniej powstrzyma plotki, że zostawiłam cię na pożarcie.
Przyciągnąłem ją do siebie, zapach lawendy i kawy zmieszał się z mineralnym chłodem mojej kurtki. Na sekundę świat skurczył się do jednego uścisku. Potem poleciałem do drzwi.
Za oknem światło dnia wyglądało na zbyt delikatne, żeby przetrwać kolejny zmierzch.
Spirala na termogramie stanęła mi w oczach, pulsująca jak świeża rana w tkance świata.
Oliwki – powtórzyłem w myślach.
Zamknąłem za sobą drzwi.
Na klatce schodowej światło LED-a mignęło trzy razy, zanim zapaliło się na stałe. W kieszeni telefon był ciężki, jakby w środku mieszkała cisza Mariana, gotowa zadzwonić jeszcze raz – tym razem bez głosu, tylko z szumem ziemi, która oddycha za głośno.
Notatka (w biegu):
„Jeśli cienie istnieją, potrzebują świadka. Idę świadkować – i ściągnąć Mariana z tej drżącej ziemi. Soli mam tyle, by zasypać jedną ścieżkę. Oby starczyła.”
Silnik odpalił z oporem, jakby sam próbował mnie zatrzymać. Wcisnąłem gaz, zostawiając za sobą zapach lawendy i niepokoju Anety. Po chwili radio zadudniło reklamą nawozów – wyłączyłem, potrzebowałem ciszy, a dostałem ocean własnych myśli. Latarnie na Głogowskiej migały pojedynczo, jak żarówki w starym teatrze. W głowie wciąż słyszałem urwany oddech Mariana, trzask metalu, krótki krzyk – jakby ktoś złapał go za gardło i przeciął linię telefoniczną nożem. Przypomniałem sobie fragment starych notatek: „Istoty zakopane budzą się przez echo winy”. Dziś to echo brzmiało jak dzwon w pustym kościele.
Pojechałem wyjątkowo boczną drogą za stacją Shella. Pod reflektorami wirował kurz, skrząc się jak szkliwałki szkła. Pomyślałem o obsydianie w kieszeni: gładki, zimny, konkretny – dowód na to, że świat nie składa się tylko z cieni. A jednak serce przyspieszyło, gdy wyobraziłem sobie Mariana biegnącego po ciemnych alejach, otulonego mgłą, która ma zbyt długie palce. Po kilkunastu minutach asfalt zmienił się w szutrową drogę, otwartą na pół kilometrową ciszę. Opuściłem szybę; uderzył mnie zapach mokrych zbóż i odległego ogniska. Zdało mi się, że to ten sam smród torfu, który bił ze studni Stacha. Wzruszyłem ramionami, jakby ktoś sieknął mnie chłodnym batem.
Tablica „ROD …” wyrosła z mroku. Brama była szeroko otwarta, choć powinna sama się domykać – stalowa sprężyna zwykle robiła swoje. „Może Marian wbiegł w panice”, pomyślałem, a zaraz potem: „A może ktoś czeka, żeby mnie wpuścić”. Włączyłem długie światła: po żwirowej alejce przebiegł cień kota, zwykły, z ogonem, ale serce podskoczyło jak kotwica. Wyłączyłem silnik. Cisza natychmiast oplotła wnętrze samochodu; słyszałem własną krew łomoczącą w uszach. Plecak dociążył mi barki, sól w kieszeni zaszeleściła jak klepsydra. Pachniało ciepłym kurzem i czymś starym, słodko-zgniłym – jak mokra gleba podszyta siarką. Niebo nad głową było gęste od gwiazd, wbitych w ciemność niczym zardzewiałe gwoździe.
Zrobiłem kilka kroków w stronę szklarniowej alei, gdzie powinien kręcić się Marian. Piasek chrzęścił pod butami – każdy krok brzmiał jak łamane kości małych ptaków.
– Marian? – zawołałem cicho. Odpowiedziało mi tylko echo; gdzieś dalej trzasnęła gałązka. Zasięgu w telefonie brak. Zapaliłem latarkę, a wąski snop światła pociął noc jak brzytwa. Posypałem przed sobą pierwszą garść gruboziarnistej soli, rysując na alei kruchą, białą ścieżkę. Jeżeli duchy lubią liczyć, niech mają zajęcie. Zaciągnąłem się zimnym powietrzem. Zapach torfu uderzył ze zdwojoną mocą, aż łzy zapiekły pod powiekami. W myślach odliczałem oddechy, żeby głos strachu nie urósł zbyt głośno. Kogoś – albo czegoś – czułem przed sobą. Światło latarki zatrzymało się na pustej szklarni. Szkło wybite, framugi sterczą jak kości żeber. Pomiędzy nimi zamigotał ciemniejszy kontur, niby cień drzewa, lecz w tym miejscu nie rośnie żadne drzewo. Serce uderzyło jak młot, ale przeszedłem krok dalej. Jeśli Marian żyje, znajdę go. Jeśli to cienie mówią prawdę, wysłucham ich.
Oddychałem głęboko, starając się nie karmić ziemi swoim lękiem. Z każdym krokiem powtarzałem w głowie: „Otwórz oczy, zamknij strach”. Sól sypała się z kieszeni drobnym szelestem, jakby odmierzała czas do spotkania z tym, co czeka między szklarniami.
I poszedłem.
Ciemna aleja wessała latarkę jak tunel. Szkło w ramach działkowych szklarni biło mdłym blaskiem, jakby podświetlał je ktoś po drugiej stronie. Sól, którą sypałem, skrzypiała pod butem – krucha, bezużyteczna nitka. Przy studni Stacha powietrze było bardziej gęste, lepkie jak zużyty olej, a ziemia drżała delikatnie, w równym rytmie – jakby oddychała.
Na betonie, tuż przy krawędzi, leżał papieros Mariana. Żar jeszcze się tlił, choć Mariana nie było widać. Zanim zdołałem zawołać, latarka przygasła i na krótką chwilę zapadła absolutna ciemność. W ciemności coś chrupnęło – dźwięk łamanego patyka, tyle że niższy, głębszy, jakby łamał się kręg.
Światło wróciło – i zobaczyłem to.
Między wyniszczonymi topolami wyrosło coś, co na pierwszy rzut oka przypominało wiszący na drucie płaszcz – tyle że płaszcz właśnie odebrał sobie prawo grawitacji. Musiało mieć trzy, może trzy i pół metra; górę budował tors naciągnięty jak mokra skóra na kości z drutu, dół – dwa kołki z przepalonego drewna, które zamiast stóp kończyły się zgrzebną mgłą. Ramiona opadały do wysokości własnych piszczeli, łokcie złamane pod odwrotnym kątem skrobiąc powietrze, jakby światło było papierem ściernym. Twarzy nie zanotowałem. W miejscu, gdzie człowiek trzyma oczy i usta, widniała matowa plama – krążek wypalonego mlecznego szkła. Tam, gdzie wypadałyby oczodoły, pulsowały dwa podłużne zapadnięcia: nie kolor, lecz brak koloru – studzienki, w które spływał blask księżyca i już nie wracał. Kiedy kreatura uniosła coś, co mogło być głową, jej szyja zaskrzeczała jak rozłupywana gałąź; w tej samej chwili para z moich ust osiadła na karku lodem.
Całość nie szła – sunęła. Mgła ślizgała się po jej nogach, jakby wilgoć uznała to ciało za matkę, i zostawiała śliską bruzdę chłodu, po której więdły liście pokrzyw. Patrzyłem krócej, niż trwa uderzenie serca, a i tak miałem wrażenie, że przez ten czas z moich oczu wyciekło kilka lat życia.
Powietrze zgęstniało; poczułem zimno w kręgosłupie, ostrą szpilę, która przeszyła lędźwie i stanęła w karku. Myśli, których nie wypowiedziałem, zaczęły brzęczeć w czaszce cudzym echem.
„Ziemia ich karmiła.
Mnie pogrzebali.
Teraz ja karmię się ich lękiem.”
Głos nie miał tonacji; to był rezonans w kościach, metaliczny jak syczenie pary. Postać zrobiła krok i nie tyle przesunęła się w przód, ile wydłużyła, jak cień ściągany gumką. Skóra na moich rękach zapiekła, jakby małe, lodowate dłonie ścisnęły każdy włos.
Nagle pomiędzy nami wyrósł Marian. Wyszedł z mgły chwiejnym krokiem, oczy miał okrągłe, przekrwione, ale wpatrzone w pustkę, nie we mnie.
– Nie patrz! Nie patrz mu w lustra! – zawył, lecz głos rozpadł się na trzy głuche sylaby. Chwycił mnie za ramiona; jego dłonie były lodowate, skóra lepka od potu. – On zbiera oczy…
Nie dokończył. Z cienia postaci wystrzeliła chmura czarnego pyłu, gęsta jak stado much. Uderzyła w Mariana, a on zgiął się wpół, jakby ktoś od środka złamał go na pół. Kiedy próbowałem pociągnąć go z powrotem, palce przejechały po jego koszuli, zostawiając na niej szeroki, brunatny ślad – jak sadza, która zaraz wsiąka w tkaninę. Chwyciłem obsydian, cisnąłem nim w pustą twarz demona. Kamień przeciął mgłę i… po prostu w niej zniknął, jakby połknęło go miękkie szkło. Na moment mgła przygasła, poszarzała, a potem zagęściła się jeszcze bardziej.
Wysypałem na ziemię garść soli. Granulki połyskiwały w świetle latarki, ale zamiast upaść, zaczęły powoli topnieć, jak śnieg na rozgrzanym grillu. Ziemia piła je łapczywie – syk-syk-syk – aż został tylko mokry, czarny ślad.
Postać rozłożyła ramiona. Jej cień sięgał szklarni i nagle szkło zaczęło pękać – pik-pik-pik – drobne pajęczynki rozprzestrzeniały się, wydając dźwięk, jakby ktoś strzelał z mikroskopijnych biczy. W taflach pojawiły się odbicia twarzy – znajome rysy Haliny, Zośki, kilku innych działkowców. Oczy ich świeciły mlecznym blaskiem, jak latarki w tumanie.
Zrobiłem krok w tył, ale ścieżka już nie prowadziła do bramy. Altanki przesunęły się; ich dachy stały za blisko, deski stykały się krawędziami, tworząc wąski, klaustrofobiczny korytarz. Z jednej altanki wysunęła się drewniana ręka – nie ludzka, ale zrobiona z desek i gwoździ, poskręcana, skrzypiąca. Druga ręka puknęła we framugę, a echo uderzyło jak dzwon w mojej piersi.
Marian zerwał się raptownie, oczy przewróciły mu się białkami do góry. Krzyknął, lecz głosu nie było – tylko rozpaczliwy skrzeczący oddech. Cień postaci rozrósł się; zrobiło się jasno jak od spalonego magnezu, a wtedy usłyszałem własny krzyk, w którym nie było słów, tylko czysty, drapiący strach.
Instynkt popchnął mnie w bok. Wpadłem między dwa zacieśnione płoty, poraniłem barki o odstające gwoździe, ale to wyrwało mnie z bezruchu. Wybiegłem na wąską ścieżkę i poczułem pod stopami mokry piasek – ten sam, który godzinę temu rozsypywał się jak popiół. Teraz chwytał buty, wciągał stopy w lepkie bagno. Za mną, w alei szklarni, strzelił metal. Odwróciłem głowę i przez sekundę zobaczyłem, jak demon składa się do środka, jakby wsysał własne ramiona, i rozłupuje tors w poziomej szczelinie. Z tej szczeliny wypełzły wężowate pasma dymu, każdy zakończony bladą maską bez ust. Zmaskowały powietrze, a z ich wnętrza rozlegało się ciche syczenie – tkanie ludzkich oddechów w pajęczą nić.
Nie czekałem, aż zbliżą się o kolejny krok. Rzuciłem się w bok, przez zaznaczoną wcześniej linię soli – tam, gdzie ziemia była jeszcze sucha. Sól wyskakiwała spod butów jak iskry. Za plecami trzasnęło szkło i coś ciężkiego walnęło o ziemię; brzmiało, jakby pień drzewa spadł na pustą altanę.
Biegłem – przez labirynt altanek, które zdawały się zmieniać miejsca, zawężać ścieżki. Tłukłem ramieniem w prowizoryczne furtki, skręcałem na ślepo, aż zobaczyłem nikły połysk mojego talizmanu turmalinowego, wciąż wiszącego przy własnej bramce. Nad nim wisiał księżyc, obcięty do półplastra, ale jakimś cudem świecił jaśniej niż latarka. Dopadłem do bramy, pchnąłem ją, usłyszałem zgrzyt sprężyny. Za sobą czułem puls gorąca, zapach mokrego popiołu. Mgła dotarła do żwiru przed działkami, lecz nie wyszła dalej – jakby zahamowała na niewidocznej linii.
Przez chwilę stałem w bezpieczniejszym cieniu lip przy parkingu. Płuca paliły, dłonie dygotały – a jednak żyłem, wciąż ja, nie echo. Z wnętrza ogrodów dobiegało ciche, przeciągłe zawodzenie. Może Marian, może ktoś inny, a może tylko wiatr w pękniętym szkle. Odetchnąłem głęboko, aż ból przeciął żebra jak brzytwa. Telefon w końcu złapał kreskę zasięgu; ekran zamigotał – Aneta dzwoniła. Odrzuciłem połączenie. Zacisnąłem pięści tak mocno, że sól rozsypała się między palcami na czarny żwir.
Tutaj, na granicy spirali, wiedziałem już jedno: demon nie pragnie mojej krwi. On chce, żebym widział i niósł obraz dalej. I chyba właśnie to zaczynam robić, pisząc – zanim mgła nabierze odwagi, by wyjść z działek i dokończyć swój szept.

Stojąc przy bramie, próbując oddechem zagłuszyć stukot serca, coś pęka w tylnej ścianie czaszki – krótki flesz bólu, jakby ktoś rozżarzoną igłą wcisnął się pod kość. Świat drgnął, kolor zjechał na bok, a powietrze zaszumiało cudzym wspomnieniem. I nagle widzę:
Najpierw siennikowe niebo, granat podarty skrawkami chmur. Lato czterdziestego trzeciego – czuję to po zapachu trocin zmieszanych z dymem z byle jakiego ogniska. Na łagodnym wzniesieniu stoi drewniana stodoła; słoma na dachu drży, choć nie ma wiatru. Wokół – krąg mężczyzn w zgrzebnych koszulach, kobiety w chustkach, kilku chłopców z węglowymi smugami na twarzach. Wszyscy trzymają łopaty. Na środku kręgu — on. Pochylony, związane ręce, nagi tors. Skóra jasna, popielata od kurzu, a na piersi wypalony runiczny znak — krzyż ramion zakończonych haczykowatym kłem. Othala? Nie, kreski splatają się bardziej dziko, jak psie zęby w mięsie. Mężczyzna śpiewa półgłosem, z języka słowa spadają jak gorzkie jagody: coś o ziemi i zapłacie, której nie można odwołać.
Stary sołtys, w płaszczu z wojennych łupów, podnosi dłoń. Krąg zaciska się. Jedna z kobiet podchodzi, spluwa na mężczyznę i odwraca się, jakby już nie był wart spojrzenia. Dwóch chłopów łapie go pod ramiona, prowadzą do wcześniej wykopanej jamy — szerokiej na dwa łokcie, głębokiej jak dziecięcy grób, lecz długiej jak trumna dla olbrzyma. Wpychają go do środka. Ziemia chrzęści, kamienie ocierają się o kości. Mężczyzna jeszcze raz unosi głowę; w bladej twarzy jarzą się oczy – jasne, nieludzkie. Wypowiada coś, czego nie rozumiem, ale czuję w tym syk krwi, szał run. A potem ziemia zaczyna lecieć. Łopata za łopatą. Sypią, jakby starali się zasypać własny wstyd. Mężczyzna nie krzyczy. Śpiewa, póki gardło nie napełni się gliną. Ostatnie, co widać, to ten runiczny znak, lśniący w bladym świetle pochodni, zanim i on znika pod warstwą czarnej ziemi. Nad świeżym kopcem sołtys wbija drewniany kij — na jego końcu amulet z gliny, dokładnie taki jak te, które dziś pękają w moich dłoniach. Na kij ktoś przywiązuje kartkę: „By ziarno rosło, krew musi pić”.
Twarz sołtysa stygnie w grymasie satysfakcji, ale kobieta w chustce drży, a jej łzy mieszają się z kurzem. I wtedy nad stodołą przechodzi szelest, jakby przez słomę wpełzł oddech czegoś ciężkiego. Nikt nie patrzy w górę – wszyscy rozchodzą się szybko, zgarbieni, jak grzesznicy po mszy.
Obraz znika jak rozerwana taśma filmowa. Wracam do naczyń krwionośnych, do własnego ciała przy bramie. Kolana uginają się pod nagłym ciężarem – to nie była zwykła wizja, tylko przypomniana pamięć samej ziemi, wgryzająca się w mnie jak rdza w metal.
Czuję na piersi puls, jak echo tamtego runicznego znaku – choć wiem, że pod koszulką jestem czysty, serce bije twardo. Rozumiem słowa demona:
„Ziemia ich karmiła.
Mnie pogrzebali.
Teraz ja karmię się ich lękiem.”
Zakopali go żywcem, wierząc, że krew użyźni grządki, a pieczęć z gliny zatrzyma piekło pod nogami. Pieczęć pękła; spiralny żar to jego oddech. I Marian… Marian teraz liczy te ziarna soli, zamknięty gdzieś między szklarniami, jeśli jeszcze oddycha.
Zaciskam palce na latarce. Stodoły już nie ma, ale grób został. Muszę odciąć spiralę albo zatrzasną mnie w niej jak tamtego mężczyznę. Jeden krok — i wracam w noc, nim lustra znów zgasną. czy byłem na to gotów?
Zaparkowałem kilka ulic od domu, zgasiłem silnik i siedziałem długo w ciemności, próbując zrzucić z ramion drżenie nocy. Czułem jeszcze zapach torfu i zgnilizny, choć szyby były zamknięte. Myśli wirowały jak ćmy przy latarce: wracać – by zatrzasnąć spiralę na dobre, czy zatrzymać się – pozwolić, by ochłonął umysł, nim sam się w nią zapadnie.
Pod palcami kliknął telefon. Wybrałem numer alarmowy tak, jak wybiera się ostatni ratunek, gdy własny rozum zaczyna trzeszczeć.
— Policja? Proszę wysłać patrol na Rodzinne Ogródki Działkowe…. Zdarzył się wypadek, zaginął człowiek, możliwe osunięcie gruntu… Tak, mogę poczekać na miejscu.
Nie pojechałem. Zostałem w aucie, notując ostatnie wrażenia, jakbym przytrzymywał motyla, który za chwilę przebije dłoń skrzydłem. Po pół godzinie zadzwonił młody aspirant:
— Przeszukaliśmy teren, proszę pana. Nikogo nie ma. Kilka altanek zniszczonych, szkło wybite, żadnych śladów krwi, zero nowych zapadlisk. Ktoś chyba straszył okolicę i sobie poszedł.
Zostawiłem telefon na kolanach, wpatrując się w pusty ekran. W słuchawce brzmiała uprzejma pewność: nikogo nie znaleźli. Żadnego Mariana, żadnej gorącej studni, żadnego cienia bez twarzy. Tylko puste działki i szkło skrzące się w świetle latarek.
Wróciłem do domu tuż przed świtem. Aneta siedziała przy kuchennym stole, nie zasnęła ani na minutę. Rozsypała na obrusie sól, próbując odtworzyć linię, którą wyznaczyłem na alei. Gdy wszedłem, spojrzała na mnie tak, jak patrzy się na kogoś, kto wyszedł z wody po zbyt długim zanurzeniu.
— Przyjechali? — zapytała cicho.
— Przyjechali. Nikogo nie ma. — odpowiedziałem. Słowa były ciężkie, ale pewne.
Położyłem jej na dłoni obsydian: zimny, pęknięty, lecz już suchy. Nie pytała więcej. Wypiliśmy herbatę w ciszy, a potem poszedłem do gabinetu, otworzyłem dziennik i zapisałem ostatni, gorzki akapit:
„Spirala głodu nie potrzebuje krwi ani ofiar z ciała. Wystarcza jej lęk, który płynie kanałami ludzkich opowieści. Zniknięcie jest czasem bardziej prawdziwe niż obecność – bo puste miejsce krzyczy głośniej niż stojący w nim człowiek.
Policja nic nie znalazła, ale ja widziałem, co widziałem. Ostatnia brama została uchylona ciszej, niż ją otworzono. Dlatego nie wracam. Zostawiam tamten oddech ziemi samemu sobie, a zamiast śledztwa zostaje słowo. Bo demon nie chce krwi. On chce obecności. Jeśli ma karmić się cudzym patrzeniem, niech przynajmniej wie, że ktoś pamięta – i pisze.”
Odłożyłem pióro. Cisza w mieszkaniu była ciężka, lecz nie drżała. Może to wystarczy, by spirala wolno ostygła; może pieczęć pękła tylko w naszych głowach. A jeśli nie… będę nadal pisał. Milczenie to druga połowa zaklęcia. Moja połowa to słowo.
I tym słowem kończę. Czy będzie ktoś z Was chętny, aby do końca wyjaśnić sytuację?
