You are currently viewing Wiatrak w Polkowicach. Celtycki Cień Polkowic.

Wiatrak w Polkowicach. Celtycki Cień Polkowic.

Tym razem zabiorę Was w podróż do mojego rodzinnego miasta – Polkowic. To historia, która wydarzyła się naprawdę, choć wielu z Was może uznać ją za fikcję. Jako ezoteryk, tarocista i badacz zjawisk nadprzyrodzonych od lat stykam się z rzeczami, które wykraczają poza nasze codzienne pojmowanie świata. Ale to, co spotkało mnie w styczniu 2020 roku, przewyższyło wszystkie moje dotychczasowe doświadczenia.

W centrum Polkowic od dziesięcioleci stał zniszczony wiatrak – XIX-wieczny zabytek, którego odrestaurowanie było przekleństwem dla każdej firmy budowlanej. Przez lata pojawiały się problemy, wypadki, rezygnacje. Ludzie mówili o przekleństwie, ja myślałem o miejskich legendach. Dopóki nie zadzwonił do mnie burmistrz. To, co odkryłem pod tym wiatrakiem, to historia sięgająca dwóch tysięcy lat wstecz. Historia o celtyckim druidzie, który służył najciemniejszym mocom. O niemieckiej sekcie, która podczas II wojny światowej próbowała go obudzić. O runach władzy i śmierci, które zaczynały się manifestować w mieście. I o tym, jak zwykłe ludzkie życie może się zmienić w walkę o przetrwanie całej społeczności.

W tej opowieści znajdziecie elementy, które znam z mojej praktyki – celtyckie runy, energie miejsc, sposoby komunikacji z bytami z innych płaszczyzn. Ale znajdziecie też rzeczy, których wolałbym nigdy nie doświadczyć. Bo niektóre wiedze kosztują więcej, niż jesteśmy gotowi zapłacić. Historia, którą przeczytacie, to moje osobiste wspomnienia z tamtych dni. Piszę je jako przestrogę, ale też jako świadectwo tego, że świat wokół nas jest znacznie bardziej skomplikowany i niebezpieczny, niż chcemy przyznać. Nie wszystkie zabytki powinny być restaurowane. Nie wszystkie sekrety powinny ujrzeć światło dzienne. Ale czasami nie mamy wyboru – czasami przeszłość sama przychodzi po nas.

Zapraszam Was do Polkowic roku 2020. Do świata, gdzie starożytne zło budzi się po tysiącach lat snu. Do historii, która zmieniła moje życie na zawsze.

I pamiętajcie – to, co przeczytacie, naprawdę się wydarzyło.

Mariusz Czarnecki
Ezoteryk, tarocista, runolog
Polkowice, sierpień 2025

PROLOG

Mój telefon zadzwonił o dwudziestej drugiej, gdy już miałem nadzieję, że ten dzień w końcu się skończy. Siedziałem w kuchni z kubkiem zimnej kawy, patrząc przez okno na Polkowice skąpane w żółtym świetle latarni. Przez te wszystkie lata mieszkania tutaj, nigdy nie przyzwyczaiłem się do tego widoku. Miasto było jak stary sweter – wygodne, znane, ale z dziurami, których nikt nie chciał cerować.

Na ekranie wyświetlił się numer Grzegorza Małeckiego. Burmistrz dzwonił do mnie rzadko, a jeśli już, to zawsze chodziło o jakąś dziwną sprawę. Ostatnim razem pytał o „negatywną energię” w budynku urzędu. Okazało się, że problem był w zepsutym grzejniku i pleśni na ścianach.

— Słucham, Grzegorz — odebrałem, przełykając resztkę kawy.

— Mariusz, kurwa mać, dobrze że odbierasz. Słuchaj, muszę z tobą pogadać. Ale nie przez telefon.

W jego głosie było coś, czego wcześniej nie słyszałem. Grzegorz Małecki to był twardy facet – prowadził miasto od piętnastu lat, przeszedł przez wszystkie możliwe kryzysy i aferki. Teraz brzmiał jak człowiek, który stoi na krawędzi przepaści.

— Co się dzieje? — zapytałem, prostując się na krześle.

— Ten przeklęty wiatrak, Mariusz. Nie mogę już tego dłużej ciągnąć. Trzecia firma zrezygnowała w tym miesiącu. I to nie chodzi o pieniądze, rozumiesz? Oni się po prostu boją.

Wiatrak. Cholerny wiatrak. Przez czterdzieści lat mieszkania w Polkowicach słyszałem o nim setki opowieści. Że straszy, że przeklęty, że lepiej go nie ruszać. Ale dla mnie zawsze był tylko ruiną z czerwonej cegły, która szpeciła centrum miasta. Nigdy nie zwracałem na niego szczególnej uwagi. Może dlatego, że mieszkałem po drugiej stronie miasta i mijałem go może raz w tygodniu.

— Grzegorz, przecież wiesz, że ja nie zajmuję się architekturą. Jeśli masz problemy z firmami budowlanymi, to…

— Nie, kurwa, nie rozumiesz! — przerwał mi ostro. — To nie są zwykłe problemy. Robotnicy chorują, mają wypadki, znikają im narzędzia. A wczoraj… wczoraj znaleźliśmy na fasadzie budynku obok jakieś dziwne znaki. Jak takie wyskrobane. Rano ich nie było, a po południu już tak.

Poczułem znajome mrowienie na karku. To było jak wewnętrzny alarm, który ostrzegał mnie przed czymś więcej niż tylko miejskimi legendami.

— Jakie znaki? — zapytałem.

— Nie wiem, jakie! Dziwne kreski, jakby ktoś je nożem wydrapał. Barbara z biblioteki mówi, że to może być jakiś stary język. Słuchaj, przyjdziesz jutro? Do ratusza? Pokażę ci dokumenty, zdjęcia. Zapłacę ci za konsultację.

— Grzegorz, ja ci za darmo powiem, czy to prawdziwe, czy nie. Nie musisz mi płacić.

— Nie, Mariusz. To nie jest darmowa przysługa. To jest poważna sprawa. Sto tysięcy złotych leży w tej renowacji, a ja mam radnych na karku, którzy chcą mojej głowy. Jeśli mi nie pomożesz, to w przyszłym roku będę zbierał grzyby zamiast być burmistrzem.

Westchnąłem, patrząc na swoje odbicie w oknie. Czterdzieści dziewięć lat, siwe włosy na skroniach, zmęczone oczy. Ile razy już mówiłem sobie, że kończę z tymi sprawami? Że będę się trzymał tylko tarota i astrologii? A jednak za każdym razem, gdy ktoś dzwonił z prośbą o pomoc, nie potrafiłem odmówić.

— Dobra, przyjdę jutro. Ale ostrzegam cię – jeśli to rzeczywiście coś nadprzyrodzonego, to może być niebezpieczne. I dużo bardziej skomplikowane, niż myślisz.

— Wiem. Dlatego dzwonię do ciebie, a nie do księdza.

Po drugiej stronie zapadła cisza. Słyszałem tylko jego ciężki oddech.

— Mariusz… — zaczął po chwili ciszej, jakby ktoś mógł go podsłuchiwać. — Ja wiem, że ludzie gadają różne rzeczy o tobie. Że jesteś trochę… no wiesz. Ale ty naprawdę potrafisz rozpoznać, czy coś jest… prawdziwe?

— Potrafię — odpowiedziałem. — Problem w tym, że czasami wolałbym nie potrafić.

Rozłączyłem się i usiadłem z powrotem przy stole. Zimna kawa smakowała jeszcze gorzej niż przed rozmową. Wyjrzałem przez okno w stronę centrum miasta, choć stamtąd nie było widać wiatraka. Ale w jakiś dziwny sposób czułem jego obecność. Jak gdyby czerwona cegła pulsowała gdzieś w oddali, wysyłając sygnały, które tylko ja potrafiłem odebrać.

Gdy szedłem spać, miałem wrażenie, że coś się zmieniło. Nie tylko w mieście, ale we mnie samym. Jakby długo śpiące wspomnienia zaczynały się budzić. Przypomniałem sobie, jak jako dziecko bałem się przechodzić koło wiatraka. Jak zawsze skręcałem w boczną uliczkę, żeby go ominąć.

Myślałem, że to dziecięcy strach. Ale może dzieciństwo czasami widzi rzeczy, których dorośli już nie potrafią dostrzec?

Tej nocy śniły mi się runy. Stare, celtyckie znaki płynące na czerwonej cegle. A między nimi chodzili ludzie w niemieckich mundurach, szukając czegoś pod ziemią. Czegoś, co miało im dać władzę nad światem o którą tak uparcie latami walczyli.

Obudziłem się o piątej rano z suchymi ustami i bólem głowy. Wiedziałem, że to nie był zwykły sen. To było wspomnienie. Albo ostrzeżenie.

A może jedno i drugie.

Wiatrak w Polkowicach


Ratusz w Polkowicach o ósmej rano tonął w zimowym półmroku stycznia. Neonówki na korytarzach mruczały sennie, rzucając na ściany blady, chorobliwy blask. Pachniało tutaj zawsze tak samo – starym linoleum, kawą z automatu i tym specyficznym zapachem urzędowej rutyny, który przywodzi na myśl kurz i zmartwienia setek petentów. Moje kroki odbijały się echem od wysokich sufitów, a gdzieniegdzie mijałem bladego urzędnika z pomiętą twarzą, niosącego segregatory jak swój osobisty krzyż.

Pani Halina, sekretarka burmistrza, siedziała za swoim biurkiem jak stróż przedsionka. Przez te wszystkie lata, odkąd ją znałem, zdawała się nie starzeć – wciąż ta sama upięta fryzura, wciąż ten sam wzrok znad okularów, który potrafił zmrozić krew w żyłach. Dziś jednak coś było inaczej. Jej zwykle opanowane dłonie drżały lekko, gdy wskazała mi drzwi gabinetu.

— Pan Małecki czeka. I proszę mu kawy nie oferować, bo już wypił cztery od rana.

W jej głosie słyszałem nutkę niepokoju, której wcześniej tam nie było. Pani Halina to była kobieta, która przez dwadzieścia lat pracy w ratuszu widziała wszystko – skandale, afery, ludzkie dramaty. Jeśli ona się denerwowała, znaczyło to, że sytuacja wymknęła się spod kontroli.

Pchnąłem ciężkie dębowe drzwi gabinetu i natychmiast poczułem, jak zmienia się atmosfera. Powietrze było gęste, jakby nasycone niewidzialnym napięciem. Gabinet burmistrza zawsze był dla mnie symbolem lokalnej władzy – masywne biurko, portrety zasłużonych działaczy, flaga Polski w rogu. Dziś wszystko to wydawało się dziwnie mniejsze, jakby ściany się ściągnęły.

Grzegorz siedział za biurkiem pochylony nad stosem dokumentów, głowę trzymał w dłoniach jak człowiek dźwigający niewyobrażalny ciężar. Przed nim piętrzyły się papiery, zdjęcia i segregatory w takim chaosie, jakby ktoś przeszukiwał archiwum w poszukiwaniu zaginionego skarbu. Światło z biurkowej lampki padało na jego twarz, podkreślając cienie pod oczami i zarost, który wyraźnie rósł tam już od kilku dni.

Gdy podniósł głowę na dźwięk moich kroków, dostrzegłem w jego spojrzeniu coś, czego nigdy wcześniej tam nie widziałem. Strach. Nie ten zwykły niepokój urzędnika przed kontrolą z województwa, ale głęboką, pierwotną trwogę człowieka, który nagle zdał sobie sprawę, że żyje w świecie pełnym rzeczy, których nie rozumie.

— Dobrze, że przyszedłeś, Mariusz — mruknął, wstając z krzesła z wysiłkiem starszego o dwadzieścia lat mężczyzny. — Siadaj, napijesz się kawy? Herbaty?

Było wpół do dziewiątej rano, ale Grzegorz wyglądał jakby nie spał od tygodnia. Jego dłonie drżały lekko, gdy sięgał po kubek z zimną już kawą. Pomyślałem, że to nie był dobry znak. Grzegorza znałem od lat – był człowiekiem silnym, zdecydowanym, przywykłym do podejmowania trudnych decyzji. Jeśli był w takim stanie, oznaczało to, że sprawa przekroczyła granice jego świata.

— Kawy poproszę — powiedziałem, siadając w skórzanym fotelu naprzeciwko niego.

Przez te wszystkie lata praktykowania ezoteryki nauczyłem się czytać ludzi jak otwarte księgi. Sposób, w jaki Grzegorz unikał mojego wzroku, nerwowe ruchy jego palców, sposób w jaki oddychał – wszystko to mówiło mi, że boryka się z czymś, co wykracza poza jego rozumienie świata. I że się tego wstydzi.

— O to chodzi — rzucił przede mnie plik zdjęć z takim ruchem, jakby pozbywał się czegoś nieprzyjemnego.

Pierwsze zdjęcie pokazywało fragment muru wiatraka. Czerwone cegły, które pamiętałem z dzieciństwa, teraz pokrywały jakieś znaki. Na pierwszy rzut oka wyglądały jak wandalizm – głębokie, nieregularne zarysowania w kamieniu. Ale gdy przyjrzałem się bliżej, poczułem znajome ukłucie w żołądku, to samo, które zawsze towarzyszyło mi podczas kontaktu z prawdziwie nadprzyrodzonymi zjawiskami.

To nie było graffiti. To były runy.

Celtyckie runy, wykute z precyzją i znajomością ich znaczenia. Ktoś, kto to robił, doskonale wiedział, co robi. Przez lata studiowania starożytnych systemów pisma nauczyłem się rozpoznawać różnicę między przypadkowymi zarysowaniami a świadomie utworzonymi symbolami. Te znaki miały w sobie tę szczególną energię, którą odczuwałem zawsze w obecności autentycznej magii.

— Kiedy dokładnie się to pojawiło? — zapytałem, odkładając zdjęcie na biurko.

Mój głos brzmiał spokojnie, ale w środku czułem narastający niepokój. Runy nie pojawiają się same z siebie. Ktoś musiał je tam umieścić. A jeśli ktoś w Polkowicach znał się na celtyckich runach wystarczająco dobrze, żeby je używać, oznaczało to, że nie miałem do czynienia z amatorskim eksperymentem.

— Trzy dni temu — odpowiedział Grzegorz, nalewając sobie do szklanki sporą porcję żubrówki. — Rano nic nie było, wieczorem już było. Jakby ktoś w ciągu jednego dnia wziął profesjonalne narzędzia i wykuł to w twardym kamieniu. Ale nikt nic nie słyszał, nikt nic nie widział. A przecież to centrum miasta.

Myślałem intensywnie, przerzucając w głowie różne możliwości. Celtyckie runy w Polkowicach to był absurd – jedyne, co łączyło nasze miasto ze starożytną kulturą celtycką, to odległość około tysiąca kilometrów i różnica dwóch tysięcy lat. Jednak te znaki wyglądały autentycznie. Ktoś albo wiedział dokładnie, co robi, albo… miał bardzo dobrego nauczyciela.

Następne zdjęcie pokazywało wnętrze jakiegoś sklepu. Na pobielonym tynku ściany, jakieś dwa metry nad podłogą, widniały kolejne runy. Te nie były wykute – wyglądały jakby ktoś wypalił je rozgrzanym metalem. Czarne, węgliste krawędzie świadczyły o ogromnej temperaturze, która musiała powstać podczas ich tworzenia.

— A to gdzie? — zapytałem, choć już domyślałem się odpowiedzi.

— Sklep Kowalczuk, tuż obok wiatraka. Właścicielka przyszła rano otworzyć interes i… — Grzegorz urwał, jakby słowa uwięzły mu w gardle.

Wziąłem kolejne zdjęcie i zatrzymałem oddech. To nie były przypadkowe symbole rozrzucone chaotycznie po murach. To był przemyślany układ. Sekwencja. Każdy znak odnosił się do następnego, tworząc razem coś w rodzaju zdania lub formuły. Przez lata studiowania run nauczyłem się rozpoznawać takie wzorce, ale to, co widziałem na zdjęciach, przekraczało moje dotychczasowe doświadczenia.

Ktoś próbował coś wywołać. Albo kogoś przywołać.

— Grzegorz — powiedziałem powoli, starając się zachować spokój w głosie — który z tych znaków pojawił się jako pierwszy?

— Ten — wskazał palcem na zdjęcie wiatraka. — Potem kolejne, każdego dnia nowy. Jakby… jakby ktoś odliczał.

Przeszył mnie zimny dreszcz. Odliczanie. Przygotowanie. To były klasyczne elementy rytuału przywołania. Ktoś przygotowywał grunt pod coś większego. Pytanie brzmiało: pod co? I dlaczego właśnie tutaj, właśnie teraz?

— A robotnicy? Mówiłeś wczoraj przez telefon, że mieli jakieś problemy.

Grzegorz wypił żubrówkę jednym haustem, a potem przez długą chwilę wpatrywał się w pustą szklankę. W jego oczach dostrzegłem coś, co znałem z własnych doświadczeń – tego szczególnego rodzaju zmęczenie, które przychodzi, gdy człowiek musi zmierzyć się z rzeczywistością wykraczającą poza jego dotychczasowe pojmowanie świata.

— Pierwsza firma zrezygnowała po tygodniu — zaczął cicho. — Mówili, że narzędzia im znikają, że czują się obserwowani. Myślałem wtedy, że to jakaś gra, że chcą więcej pieniędzy. Druga firma wytrzymała tylko trzy dni. Kierownik budowy trafił do szpitala z zawałem. Człowiek lat trzydzieści pięć, bez żadnych wcześniejszych problemów z sercem.

Robiłem notatki w myślach, układając fakty w logiczną całość. Znikające narzędzia mogły mieć wytłumaczenie nadprzyrodzone – obiekty materialne często reagują na silne pola energetyczne. Uczucie bycia obserwowanym to klasyczny objaw obecności bytów z innych płaszczyzn. A nagły zawał u młodego, zdrowego mężczyzny… Widziałem już to wcześniej. Niektóre istoty żywią się ludzką energią życiową, szczególnie w momentach silnego stresu czy strachu.

— A trzecia firma? — zapytałem, choć z wyrazem twarzy Grzegorza domyślałem się, że historia będzie jeszcze gorsza.

Burmistrz odstawił szklankę i przetarł twarz dłońmi w geście człowieka, który próbuje wymazać nieprzyjemne wspomnienia.

— Wczoraj rano przyszedł do mnie Janik, ten od firmy „Remont-Bud”. Znam go od dwudziestu lat, solidny facet, żadnych fobie ani przesądów. Stał w tym gabinecie blady jak ściana, trzęsący się jak liść na wietrze. Powiedział, że jego ludzie nie będą więcej pracować przy wiatraku. Za żadne pieniądze.

— Co się stało? — zapytałem, choć część mnie wolała nie znać odpowiedzi.

— Podobno w nocy słyszeli głosy z wnętrza wiatraka. Jakby ktoś rozmawiał po niemiecku. Długie, rytmiczne wypowiedzi, jak… jak jakieś modlitwy albo zaklęcia.

Poczułem, jak włosy na karku stają mi dęba. Niemieckie głosy. W połączeniu z runami celtyckimi tworzyło to obraz, który nie podobał mi się wcale. Historia naszego regionu w czasie drugiej wojny światowej była pełna ciemnych kart, o których ludzie woleli nie mówić. Niektóre sekrety mają to do siebie, że nie dają się pochować na zawsze.

— A rano? — zapytałem, przeczuwając, że to nie koniec historii.

Grzegorz sięgnął do teczki i wyłożył przede mną plastikową torebkę na dowody. W środku leżało kilka przedmiotów, które sprawiły, że serce zabiło mi szybciej.

— Znaleźli to w swoich skrzynkach z narzędziami. W tych samych, które poprzedniego wieczoru zamknęli na kłódki.

Były to monety. Stare, ale w idealnym stanie, jakby dopiero co je wybito. Wzięłem torebkę do ręki i natychmiast pożałowałem tej decyzji. Metal przez plastik wydawał się lodowato zimny, a w powietrzu poczułem zapach, który zawsze towarzyszył mi w kontakcie z przedmiotami nasiąkniętymi negatywną energią.

Na jednej z monet była wyraźnie widoczna swastyka.

— Reichsmarki i fenigi z czasów wojny — powiedziałem, odkładając torebkę. — Ale nie powinny być w takim stanie. Wyglądają jak nowo wybite.

W mojej głowie układały się puzzle, tworząc obraz, którego wolałbym nie widzieć. Celtyckie runy, niemieckie monety z czasów wojny, głosy w obcym języku… To wszystko wskazywało na coś znacznie gorszego niż zwykłe nawiedzenie.

— Grzegorz, muszę ci zadać bardzo ważne pytanie. Czy ktokolwiek próbował dostać się do podziemi wiatraka?

Twarz burmistrza stężała. Odwrócił wzrok w stronę okna, za którym rozpościerało się zimowe popołudnie. Przez długą chwilę milczał, a ja widziałem, jak walczą w nim różne emocje.

— Skąd wiesz o podziemiach?

— Bo każdy średniowieczny wiatrak je ma. Pytanie brzmi: czy ktoś tam był?

Grzegorz wstał i podszedł do okna. Stał tam przez chwilę, patrząc w stronę centrum miasta.

— W latach osiemdziesiątych, gdy byłem jeszcze dzieciakiem, znaleziono tam wejście. Jakiś remont chodnika. Robotnicy natrafili na pustą przestrzeń pod wiatrakiem.

— I?

— Jeden ze starszych chłopaków z naszej ulicy, Andrzej Wrzosek, zszedł tam z latarką. Miał szesnaście lat. Wrócił po godzinie blady jak ściana, mamrocząc coś o starych kościach i dziwnych rysunkach na ścianach.

— Co dalej?

— Władze kazały natychmiast zamurować wejście. Żadnych dokumentów, żadnych badań. Jakby chcieli, żeby ludzie jak najszybciej zapomnieli.

Jego głos stał się cichy…

— Andrzej powiesił się tydzień później. Rodzice mówili, że od tamtego zejścia nie spał, nie jadł, ciągle rysował w zeszytach jakieś dziwne znaki. Podobne do tych… — wskazał na zdjęcia.

Poczułem, jak żołądek ściska mi się w supeł. Chłopak schodzi do podziemi, widzi runy, wraca z traumą i popełnia samobójstwo. A teraz, czterdzieści lat później, podobne runy pojawiają się na powierzchni.

Coś próbowało się wydostać.

— Muszę tam zejść — powiedziałem.

— Czy ty zwariowałeś?

— Jeśli chcemy wiedzieć, co się dzieje, nie mamy wyboru. Ale nie pójdę sam. Potrzebuję kogoś, kto zna historię miasta. I kogoś, kto nie zemdleje na widok pierwszego cienia.

— Nie znajdziesz nikogo na tyle szalonego.

— Znajdę. Ale najpierw muszę porozmawiać z jedną osobą.

— Z kim?

— Z Barbarą Grzelak z biblioteki. Jeśli ktoś w tym mieście wie coś o przedwojennej historii wiatraka, to ona.

Wstałem, zabierając kopie zdjęć. Intuicja mówiła mi, że czas się kończy. Runy pojawiające się sekwencyjnie, niemieckie artefakty, głosy z przeszłości – wszystko wskazywało na jakiś rytuał przygotowawczy.

— I Grzegorz? Od dziś zaproponuj swoim ludziom omijać wiatrak szerokim łukiem. Szczególnie po zmroku.

— A ty co zamierzasz?

— Najpierw dowiem się, czego szukali tam Niemcy podczas wojny. Potem zejdę na dół i sprawdzę, czy im się udało to znaleźć.

Wyszedłem z ratusza z nieprzyjemnym uczuciem ciężaru na ramionach. Przez wszystkie lata mieszkania w Polkowicach, przechodząc obok wiatraka setki razy, nigdy nie przyszło mi do głowy, że pod stopami może się ukrywać coś, co lepiej pozostawić w spokoju.

Niektóre sekrety wcześniej czy później domagają się światła dziennego. Pytanie brzmiało: czy poradzę sobie z tym, co znajdę?


Biblioteka miejska w Polkowicach mieści się w nowoczesnym budynku Zespołu Szkół przy ulicy Skalników. Wiedziałem, że Barbara Grzelak będzie dziś w swoim prywatnym archiwum – małym pomieszczeniu na końcu korytarza, które oficjalnie nie istniało w dokumentach szkoły. Przez lata gromadziła tam materiały swojego ojca, z dala od ciekawskich oczu.

Przeszedłem przez główne wejście i skierowałem się bocznymi korytarzami, omijając główną czytelnię. Na końcu korytarza, za szafą z materiałami edukacyjnymi, znajdowały się niewielkie drzwi. Zapukałem cicho.

— Proszę — usłyszałem znajomy głos.

Gdy pchnąłem drzwi, poczułem zapach starego papieru, kurzu i czegoś jeszcze – słodkawej woni rozkładu, jakby między kartami książek ukrywane były niewyjaśnione do dzisiaj sekrety. Pomieszczenie było małe, ale wypełnione regałami od podłogi do sufitu. Na ścianach wisiały stare mapy miasta, a na biurku leżały rozłożone dokumenty.

Pani Barbara siedziała za swoim biurkiem jak zawsze – wyprostowana, w eleganckich okularach, z włosami upiętymi w kok, który nie zmienił się od lat. Była jedną z tych kobiet, które urodziły się z misją zachowania pamięci o przeszłości. Gdy podnosiła wzrok znad katalogu, dostrzegłem w jej oczach ten szczególny cień, jaki mają ludzie noszący w sobie zbyt wiele cudzych tajemnic.

— Dzień dobry, pani Barbaro — przywitałem się, czując na języku metaliczny smak, który zawsze towarzyszył mi w miejscach nasiąkniętych starą energią.

— Pan Mariusz — powiedziała głosem cichym jak szelest pergaminu. — Rzadko nas pan odwiedza. Czy coś szczególnego sprowadza?

Gdy wymawiała te słowa, jej dłonie zacisnęły się nieznacznie na krawędzi biurka. Znałem ten gest – instynktowne przygotowanie do obrony przed niechcianymi pytaniami.

— Przyszedłem w sprawie wiatraka — powiedziałem wprost.

Reakcja była jak uderzenie pioruna. Dłonie Barbary zatrzymały się nad kartami katalogu, a powietrze w pomieszczeniu jakby zgęstniało. Zobaczyłem, jak mięśnie jej szczęki napinają się pod skórą, a w oczach błysnął strach – taki, jaki mają ludzie, gdy ktoś wspomina imię diabła.

— Wiatraka? — powtórzyła, a jej głos brzmiał jakby dobywał się z suchego gardła. — W jakiej sprawie?

Wiedziałem, że trafiłem w punkt. Barbara nie tylko wiedziała o wiatraku więcej, niż chciała przyznać – bała się tego, co wiedziała.

— Burmistrz poprosił mnie o… konsultację. W związku z problemami przy renowacji.

Barbara odłożyła katalog tak ostrożnie, jakby był wypełniony prochem. Splotła palce na biurku – dłonie drżały jej ledwo zauważalnie, ale ja widziałem to drżenie w sposobie, w jaki cienie światła tańczyły na jej skórze.

— Pan Mariusz zajmuje się… nietypowymi sprawami, prawda? — zapytała w końcu, a jej głos był tak cichy, że musiałem się nastawić, żeby go usłyszeć.

W powietrzu wyczuwałem zapach jej strachu – kwaśny, ostry, jak zapach metalu nagrzanego do czerwoności.

— Można to tak ująć.

— I myśli pan, że problemy z wiatrakiem mają… nietypowe przyczyny?

W jej głosie słyszałem nie tylko ostrożność, ale także coś jeszcze. Ulgę? Jakby przez lata czekała, aż ktoś w końcu zada właściwe pytania, ale jednocześnie bała się odpowiedzi, które będzie musiała udzielić.

— Pani Barbaro — powiedziałem, pochylając się w jej stronę tak, że mogłem wyczuć jej perfumy przemieszane z zapachem strachu — wiem, że pani ojciec był antykwariuszem. Że miał dostęp do przedwojennych dokumentów, których oficjalna historia nie odnotowała. I mam podejrzenie, że część z tych dokumentów dotyczy wiatraka.

Bibliotekarka milczała przez długą chwilę, a ja słyszałem tylko tykanie starego zegara na ścianie – każde uderzenie wskazówki jak odliczanie do egzekucji. W końcu wstała z krzesła, a gdy to robiła, dostrzegłem, jak jej nogi drżą pod spódnicą. Podeszła do jednego z regałów, poruszając się jak lunatyk, który boi się obudzenia.

— Wie pan, panie Mariuszu — zaczęła, nie odwracając się w moją stronę, a jej głos brzmiał jak szept dobywający się z grobu — są rzeczy, o których ludzie wolą nie rozmawiać. Szczególnie w małych miastach. Bo małe miasta żywią się legendami, ale tylko takimi, które nie są zbyt… niepokojące.

Obserwowałem, jak przesuwa palcem po grzbietach książek. Jej dłoń drżała tak, że okładki książek szeleściły jak suche liście.

— Ale czasami milczenie staje się bardziej niebezpieczne niż prawda — kontynuowała.

Wyciągnęła z półki cienką, oprawną w skórę księgę. Gdy ją dotknęła, poczułem w powietrzu nagłe ochłodzenie, jakby temperatura spadła o kilka stopni. Skóra oprawy była ciemnobrązowa, miejscami popękana, a gdy Barbara niosła ją do biurka, czułem bijący od niej zapach – nie tylko starzyzny, ale czegoś głębszego. Zapachu ziemi, w której zbyt długo leżały martwe rzeczy.

— To był dziennik mojego ojca — powiedziała, kładąc księgę przede mną jak ofiarę na ołtarzu. — Prowadził go od 1935 do 1944 roku. Większość zapisów dotyczy zwykłych spraw antykwarycznych. Ale są tam też… inne rzeczy.

Gdy położyła dłoń na okładce, zobaczyłem, jak przeszył ją dreszcz. Jakby książka była żywym organizmem, który reagował na dotyk.

— Niemcy interesowali się naszym miastem już przed wojną. Nie militarnie – archeologicznie. Przysyłali tu naukowców, badaczy, ludzi z różnych instytutów. Oficjalnie badali ślady średniowiecznego osadnictwa.

Jej głos nabrał metalicznego posmaku, jakby każde słowo kosztowało ją kawałek duszy.

— A nieoficjalnie? — zapytałem.

Barbara otworzyła dziennik na jednej z zaznaczonych stron. Gdy to robiła, usłyszałem cichy jęk papieru, jakby karty protestowały przeciwko odsłonięciu swoich sekretów. Tekst był napisany starym niemieckim pismem – litery jak pajęczyny rozsnute po żółtym pergaminie. Na marginesach ojciec bibliotekarki robił notatki po polsku, ale jego pismo stawało się coraz bardziej chaotyczne, jakby z każdą stroną tracił kontrolę nad własną ręką.

— Szukali śladów znacznie starszych. Celtyckich.

Gdy wypowiedziała to słowo, poczułem uderzenie tak silne, jakby ktoś wbił mi sztylet między łopatki. Wszystkie puzzle nagle się układały w obraz, którego wolałbym nie widzieć.

Poczułem, jak serce przyspiesza mi bicie. Celtowie w Polkowicach. To tłumaczyłoby runy na ścianach wiatraka.

— Tu, proszę zobaczyć — Barbara wskazała palcem na fragment tekstu, a ja zauważyłem, że jej paznokieć był obgryziony do krwi. — Czerwiec 1938 roku. Mój ojciec sprzedał niemieckiej ekspedycji starą mapę miasta z XVI wieku. Płacili za nią znacznie więcej, niż była warta. A jeden z nich pytał konkretnie o podziemne struktury pod wiatrakiem.

Przeczytałem notatki na marginesie. Pismo ojca Barbary stawało się coraz bardziej nerwowe z każdą linijką. Pisał o dziwnych pytaniach Niemców, o ich zainteresowaniu „starożytnymi miejscami kultu” i „przed chrześcijańskimi tradycjami”. Między wierszami czułem jego rosnący niepokój – człowiek intuicyjnie wyczuwał, że sprzedaje diabłu mapę do piekła.

— Czy wie pani, czy rzeczywiście znaleźli coś pod wiatrakiem?

Barbara przewróciła kilka stron, a papier trzeszczał pod jej palcami jak łamane kości.

— Tu. Sierpień 1943 roku.

Przeczytałem fragment, a zimny pot wystąpił mi na czole. Kowalczyk senior opisywał nocne dźwięki z kierunku wiatraka – „jakby setki ludzi śpiewało w nieznanym języku”, „echo dobywające się z głębin ziemi”, „światła, które pulsują pod ziemią jak bijące serce”.

— Co się stało z pani ojcem?

Twarz Barbary skurczyła się, jakby ktoś uderzył ją w twarz.

— Zaginął w listopadzie 1943 roku — powiedziała głosem bardziej cichym od szeptu. — Nigdy go nie odnaleziono. Matka mówiła, że poszedł wieczorem do sklepu i już nie wrócił. Ale ja znalazłam w jego papierach…

Wstała i podeszła do sejfu ukrytego za jednym z regałów. Gdy wpisywała kod, widziałem, jak jej palce drżą tak bardzo, że musiała powtórzyć kombinację trzy razy. Wyjęła z niego pożółkłą kopertę, która emanowała tym samym złowrogim chłodem co dziennik.

— To było schowane w podwójnym dnie jego biurka. Znalazłam to dopiero po jego śmierci, już po wojnie.

W kopercie były fotografie. Czarno-białe, ziarniste, ale wystarczająco wyraźne, żeby rozpoznać sylwetki mężczyzn w niemieckich mundurach. Gdy patrzyłem na nie, czułem, jakby ktoś przeciągał lodowatymi palcami po moim kręgosłupie. Na jednym ze zdjęć widać było otwór w ziemi – jak rana w ciele ziemi, ciemna i krwawiąca mrokiem.

— Ojciec ich śledził — szepnęła Barbara, a w jej głosie słyszałem ból, który dusił ją przez dziesięciolecia. — I myślę, że go za to zabili.

Ostatnie zdjęcie zatrzymało mi dech w piersiach i sprawiło, że świat wokół mnie na moment się zachwiał. Pokazywało wnętrze jakiejś komory – ściany pokryte runami, które zdawały się pulsować nawet na nieruchomym zdjęciu. A w centrum, na kamiennym postumencie, stała postać w białej szacie. Nawet na rozmazanej fotografii emanowała czymś tak złowrogim, że poczułem fizyczny ból w piersi, jakby powietrze zamieniło się w szkło.

To nie był człowiek. To było coś, co tylko przypominało człowieka.

— Pani Barbaro — powiedziałem, a mój głos brzmiał obco nawet dla mnie samego — czy ojciec pisał coś o tym, co Niemcy tam znaleźli?

Bibliotekarka wróciła do dziennika i otworzyła go na ostatnich zapisanych stronach. Jej dłonie drżały tak mocno, że musiała przytrzymać książkę drugą ręką.

— Ostatni wpis, 15 listopada 1943. Dzień przed zaginięciem.

Przeczytała fragment głosem tak cichym, że musiałem się nachylić, żeby usłyszeć:

— „Obudzili coś, co nie powinno było zostać obudzone. Stary druid śpi już od tysiąca lat pod kamieniem, ale oni łamią pieczęcie. Mówią, że da im władzę nad światem. Nie rozumieją, że najpierw da im śmierć. Widzę to w jego oczach na fotografiach – głód, który pożre wszystko. Bóg mi dopomóż, ale myślę, że już jest za późno.”

Cisza, która zapadła, była tak gęsta, że czułem ją jako fizyczną obecność w pomieszczeniu. Powietrze zgęstniało, a temperatura spadła tak bardzo, że zobaczyłem swoją parę przy każdym oddechu.

— Zamurowano je po wojnie — odpowiedziała, a w jej głosie pojawiło się drżenie. — Ale…

Przerwała, patrząc na mnie oczami pełnymi lęku i wątpliwości.

— Panie Mariuszu, czy pan naprawdę myśli, że powinniśmy… że ktokolwiek powinien się tym zajmować? — zapytała w końcu, a jej głos był ledwo słyszalny. — Mój ojciec zginął, gdy próbował dowiedzieć się prawdy. Może… może niektóre rzeczy powinny pozostać pogrzebane? Może to, co tam jest, lepiej zostawić w spokoju?

Spojrzałem jeszcze raz na zdjęcie postaci w białej szacie. Mimo rozmazania fotografii widziałem wyraźnie jej oczy – nie ludzkie oczy, ale czarne otchłanie, które zdawały się ssać światło z otoczenia.

— Obawiam się, że już za późno na takie rozważania — powiedziałem, wstając z krzesła i zabierając fotografie. — Cokolwiek tam jest, samo się budzi. Mogę tylko spróbować to powstrzymać.

Gdy wychodziłem z biblioteki, słońce chowało się już za budynkami, a ulice Polkowic tonęły w fioletowych cieniach. Z kierunku centrum miasta wiał zimny wiatr, który niósł ze sobą zapach bardzo starej ziemi i czegoś jeszcze – słodkawą woń rozkładu pomieszaną z metalicznym posmakiem krwi.

Coś, co nie powinno oddychać, właśnie brało pierwszy oddech.


Wróciłem do wiatraka o północy, gdy Polkowice pogrążyły się w śnie tak głębokim, że nawet bezdomne psy schowały się w ciepłe kąty. Mróz ściskał miasto jak żelazna pięść, a latarnie uliczne rzucały chorobliwe żółte plamy na pokrytą szronem ziemię. Każdy mój oddech zamieniał się w gęstą parę, która natychmiast zamarzała i opadała jak śnieg wykonany z ludzkiego tchnienia.

Wiatrak w blasku księżyca wyglądał jak gigantyczny pomnik śmierci – jego czerwone cegły były teraz czarne, pokryte lodem, który błyszczał jak zasuszona krew. Struktura wydawała się wyższa niż za dnia, jakby ciemność rozciągnęła ją w górę, ku gwiazdom, które tej nocy świeciły dziwnie blado. Stałem przed nim z torbą pełną narzędzi i czułem, jak moje serce pompuje krew tak głośno, że miałem wrażenie, iż każdy mieszkaniec miasta może to usłyszeć.

Coś było nie tak z tym miejscem. Śnieg w promieniu dziesięciu metrów od wiatraka był brudny, jakby ktoś polał go czymś ciemnym. Między białymi płatkami dostrzegłem dziwne, rdzawe plamy, które w świetle latarki wyglądały jak stare ślady krwi. Powietrze miało metaliczny smak krwi pomieszany z zapachem zgniłych liści, choć była środek zimy. A cisza… cisza była taka, jakby wszystkie żywe stworzenia w okolicy zdechły jednocześnie.

Na podstawie fotografii Barbary odnalazłem miejsce, gdzie niegdyś było wejście. Teraz znajdowała się tam betonowa płyta, nałożona najwyraźniej w pośpiechu – beton był nierówny, z widocznymi śladami palców robotników, jakby ktoś tynkował to w panice. Kiedy położyłem dłoń na chłodnej powierzchni, poczułem wibracje. Coś pod ziemią pulsowało jak obnażone serce, a przez beton przebijał się słabiutki, ale niepokojący zapach – mieszanka wilgoci, pleśni i czegoś słodkawego, co mogło być tylko rozkładem.

Wyciągnąłem z torby ciężki stalowy łom – pożyczyłem go od znajomego budowlańca, nie pytając po co. W nocnej ciszy każde uderzenie brzmiało jak wystrzał, ale nie miałem wyboru. Beton pękał i kruszył się pod stalą, odsłaniając ciemną pustkę poniżej, z której buchała woń tak intensywna, że musiałem założyć na twarz chustę.

Po godzinie ciężkiej pracy otwór był wystarczająco duży. Gdy wyłączyłem latarkę, by osłuchać czy ktoś nie idzie, cisza która zapadła była absolutna. Ale nie tylko cisza. Z głębin ziemi dochodził mi inny dźwięk – wolne, rytmiczne bulgotanie, jak gdyby pod ziemią płynęła rzeka zgniłej, gęstej krwi.

Wyjąłem latarkę i skierowałem promień w dół. Światło natychmiast wchłonęła czarna przepaść, jakby ciemność była żywym organizmem żywiącym się światłem. Powietrze buchające z podziemi było tak zimne i cuchnące, że moje płuca zapiekły przy pierwszym wdechu. Zapach był nie do opisania – zgniłe mięso, wilgotna ziemia, metaliczna woń krwi i coś jeszcze… zapach strachu. Tak intensywny, jakby setki ludzi umierało tutaj w agonii przez stulecia. Sprawdziłem wyposażenie – linę, dodatkowe baterie, nóż, butelkę wody i małą torbę runicznych amuletów ochronnych. W duchu żałowałem, że nie wziąłem większego noża. Albo pistoletu. Choć wiedziałem, że przeciwko temu, co może czekać na dole, broń palna będzie tak skuteczna jak dmuchanie na pożar.

Pierwszy krok w przepaść był jak skok w lodowatą wodę wypełnioną trucizną. Powietrze natychmiast stało się gęste, lepkie, jakby składało się nie z tlenu, ale z płynnej ciemności mieszanej z gazami rozkładu. Każdy oddech wymagał wysiłku, a w płucach czułem ostry ból, jakby wdychałem rozdrobnione szkło. Schodziłem po metalowej drabinie, która była zamontowana w ścianie szybu. Metal był pokryty grubą warstwą czegoś śliskiego – to nie była zwykła wilgoć. W świetle latarki wyglądało to jak mieszanka pleśni, sadzy i czegoś, co mogło być wyschniętą krwią. Moje dłonie śliznęły się przy każdym chwycie, a metalowy posmak na języku stawał się coraz intensywniejszy.

Po dwudziestu metrach dotarłem do dna szybu i stanąłem na kamiennej podłodze. Kiedy skierowałem latarkę w różne strony, zobaczyłem, że znajduję się w długim korytarzu. Ściany były wykute w żywej skale, ale pokrywały je symbole – setki runicznych znaków, które fosforyzowały w ciemności jak zgniłe drewno. Ale to nie one sprawiły, że zakręciło mi się w głowie. Na podłodze, w każdym kącie, piętrzyły się kości. Ludzkie kości. Nie stare, archeologiczne szczątki, ale świeże – przynajmniej część z nich. Czaszki z resztkami włosów, żebra z kawałkami zmumifikowanego mięsa, kończyny wciąż ubrane w strzępy nowoczesnej odzieży. I wszędzie, między kośćmi, wił się ruch – setki szczurów, grubych jak koty, o czerwonych oczach błyszczących w ciemności.

Gdy skierowałem światło na jedną z czaszek, zobaczyłem, że szczury wyłażą z jej oczodołów, niosąc w pyskach kawałki mózgu. Inne gryzły kości, które trzeszczały między ich zębami jak suche gałązki. A najgorsze było to, że te szczury nie uciekały na widok światła. Patrzyły na mnie z ciekawością, jakby zastanawiały się, czy jestem kolejnym posiłkiem.

Korytarz ciągnął się przede mną jak jelita ziemi, a ściany zwężały się i rozszerzały rytmicznie, jakby całe to miejsce oddychało. Runy na skale pulsowały w tym samym rytmie, a ich blask stawał się coraz bardziej intensywny im głębiej schodziłem. Z oddali dochodziły mnie dźwięki – nie tylko bulgotanie, ale też szepty, jęki, czasami coś co brzmiało jak śmiech dziecka, ale zniekształcony, jakby dobywał się z gardła potwora.

Po stu metrach korytarz rozszerzył się w wielką komorę.

To, co zobaczyłem, sprawiło, że na moment zapomniałem jak się oddycha.

Komora była ogromna – kopulasta, jak wnętrze katedry szatana. Sufit gdzieś się w ciemności, ale stamtąd zwisały jakieś sznury czy łańcuchy, na których kołysały się przedmioty przypominające ludzkie sylwetki. Ściany pokrywały runy – tysiące run, które pulsowały coraz szybciej, jakby cała komora była gigantycznym sercem.

Ale najgorsze było to, co znajdowało się na podłodze.

Cała posadzka była usłana kośćmi – nie chaotycznie, ale ułożonymi w koncentryczne kręgi, prowadzące do kamiennego ołtarza w centrum. I te kości… to były kompletne szkielety. Setki ludzi, którzy leżeli tutaj w pozach świadczących o agonii – z wykrzywionymi kręgosłupami, z rękami uniesionymi w geście błagania, z rozwartymi w niemym krzyku szczękami.

A pomiędzy starymi kośćmi leżały świeże zwłoki. Robotnicy z firm budowlanych – poznałem ich po ubraniach roboczych, po kakach, które wciąż leżały obok czaszek. Ich ciała były w różnych stadiach rozkładu, a najświeższe… najświeższe nie mogły mieć więcej niż kilka dni.

Na wszystkich tych szczątkach, starych i nowych, żerowały szczury. Dziesiątki szczurów, które poruszały się jak żywy dywan, gryzły, szarpały, niosły kawałki mięsa w nieznane zakamarki. Ich pisk tworzył nieustający chór, jak gdyby komora była pełna umierających dzieci.

I w centrum tego wszystkiego, na kamiennym ołtarzu, leżał człowiek.

Ale to nie był człowiek.

Gdy skierowałem na niego latarkę, zobaczyłem coś, co sprawiło, że pęcherz niemal odmówił mi posłuszeństwa. To była postać z fotografii Barbary, ale na żywo… na żywo była tysiąc razy gorsza.

Był wysokiej, ale bardzo nieproporcjonalny – jakby ktoś wziął normalnego człowieka i rozciągnął go na średniowiecznym krzyżu tortur. Kończyny za długie, tors za wąski, szyja za cienka jak u przygotowanego do zarzynania ptaka. Ale to nie były najgorsze deformacje.

Jego skóra była koloru pergaminu, ale nie martwego pergaminu – żywego, pulsującego, jakby pod spodem krążyły robaki zamiast krwi. I całe jego ciało pokrywały tatuaże – nie zwykłe tatuaże, ale żywe runy, które przemieszczały się po skórze jak węże. Widziałem, jak jeden symbol spływał mu z czoła na policzek, łączył się z innym na szyi, tworząc nowy znak, który potem rozpadał się i rozchodził po ramionach.

Jego twarz… Boże, jego twarz. Zbyt długa, zbyt wąska, z oczodołami tak głębokimi, że nie było widać oczu – tylko czarne wnęki, z których czasami błyskały zielone iskry. Nos jak dziób padlinożernego ptaka, usta zbyt szerokie, pełne żółtych zębów, które były za ostre jak u rekina. A z tych ust sączyła się czarna ciecz, która kapała na kamień ołtarza i syczy jak kwas.

Ale najgorsze było to, że oddychał. Po tysiącu lat śmierci, jego pierś unosiła się i opadała w regularnym rytmie. I przy każdym oddechu z jego gardła wydobywał się bulgot, jakby płuca były wypełnione gnijącą krwią.

Stanąłem w bezruchu, nie śmiejąc zrobić kroku dalej. Serce biło mi tak mocno, że miałem wrażenie, iż zaraz pęknie mi w piersi. Każdy instynkt krzyczał: „Uciekaj! Uciekaj stąd natychmiast!” Ale fascynacja była silniejsza niż strach. To było jak patrzenie na obnażoną istotę zła – przerażające, ale niemożliwe do oderwania wzroku.

I wtedy zobaczyłem, że wokół ołtarza, w specjalnych wyżłobieniach, leżą całe, nienaruszone szkielety. Ale te nie były stare. Ubrania, zegarki, obuwie – wszystko współczesne. Ostatnie ofiary, które Brennus – bo wiedziałem już, że to on – przyjął od swojego przebudzenia.

Gdy ta świadomość do mnie dotarła, usłyszałem coś, co sprawiło, że włosy stanęły mi dęba na całym ciele.

Śmiech.

Cichy, bulgoczący śmiech, który wydobywał się z gardła postaci na ołtarzu. Jego wargi się nie poruszały, ale śmiech był realny, odbijał się echem od ścian komory jak wycie tysięcy potępionych dusz. A szczury… szczury nagle umilkły i zwróciły w moją stronę swoje czerwone oczka.

A potem postać otworzyła oczy.

To nie były oczy. To były dwie ogniste przepaście prowadzące wprost do piekła. Zielone płomienie paliły się w czarnych oczodołach, a gdy spojrzał na mnie, poczułem, jakby ktoś wbił mi w mózg rozżarzony pręt. W tych oczach była inteligencja – stara, okrutna, nienasycona. I głód. Taki głód, jakiego nie powinno zaznać żadne żywe stworzenie. Głód na dusze, na cierpienie, na krew.

Jego usta poruszyły się, i usłyszałem głos – nie przez uszy, ale bezpośrednio w mojej głowie, jak gdyby wwiercał się w mózg tytanowym świdrem:

„Kim ty jesteś, śmiertelnikuuu, że odważyłeś się obudzić Brennusa z tysiącletniego snu? Czyż nie wiiiiesz, że ci, którzy przychodzą do mojej komnaty, zostają już na zawsze?”

Moje nogi zesztywniały. Chciałem uciekać, krzyczeć, ale moje ciało przestało mnie słuchać. Postać na ołtarzu zaczęła się podnosić – powoli, z gracją wielkiego kota, który obudził się z drzemki i odkrył przed sobą ranną mysz.

„Tak dłuuuugooo czeeekałeeeemm… Tak długo śniłem o krwii, o duszy, o mocy… A teraz przynosisz mi siebie, jak prezent od bogów…”

To była pułapka. Zrozumiałem to za późno. Runy na ścianach nie były tylko znakami – były czujnikami. Czekały, aż ktoś zejdzie dostatecznie nisko, żeby druid mógł go poczuć, mógł się obudzić i wciągnąć w swój świat.

Brennus zsunął się z ołtarza jak gigantyczny pająk, jego długie kończyny poruszały się w sposób, który łamał prawa anatomii. Gdy stanął na kościach swoich poprzednich ofiar, szczątki zachrzęściły pod jego stopami jak suchy piasek, a z rozpadających się żeber i czaszek wypełzły szczury, które rozsypały się po komorze z piszczeniem przypominającym śmiech dzieci.

Z bliska był jeszcze bardziej przerażający. Jego białą szatę pokrywały plamy – to nie był brud wieku, ale krew. Setki warstw krwi, która wsiąkła w materiał przez stulecia. A jego ciało… Boże, to ciało było jak mapa piekła wytatuowana na ludzkiej skórze. Runy poruszały się tak szybko, że robiło mi się niedobrze, gdy próbowałem je śledzić wzrokiem.

„Dwa tyyysiące laaaat przespałem pod tym kamieniem. Najpierw w śmierci, potem w półśnie, gdy niemieckie szczury mnie obudziły. Ale oni byli słaaabiiii, zbyt straaaachliwiii, by dokończyć to, co zaczęli. Teraz ty… ty jesteś silniejszy. Twoja esencja będzie smakoooować lepiej…”

Jego głos w mojej głowie był jak tłuczone szkło mieszane z miodem. Kusił i przerażał jednocześnie. Poczułem, jak moja wola zaczyna się rozpuszczać, jak moje myśli stają się coraz mniej moje, a coraz bardziej jego. W oczach zaczynały mi się tworzyć obrazy – ja leżący na tym ołtarzu, moja krew spływająca po kamieniu, moje ciało dołączające do kręgów śmierci na podłodze.

Ale wtedy dotknąłem amuletu w kieszeni – runicznego kamienia, który przygotowałem w domu. Bolesny impuls przeszył mi dłoń, ale też przywrócił mi jasność umysłu. To wystarczyło, żeby zrobić krok w tył.

Druid to zauważył. Jego płonące oczy błysnęły jeszcze jaśniejszym ogniem, a z jego gardła wydobył się dźwięk jak syk gigantycznego węża.

„Ahhh… więc jesteś runolooogiem. To cieeeekaweee. Bardzo cieeeekaweee. Twoich umiejętności będę mógł użyć, gdy staniesz się mną… częścią.”

Zaczął iść w moją stronę, a każdy jego krok odbijał się echem jak uderzenie dzwonu pogrzebowego. Szczury rozstępowały się przed nim, ale nie uciekały – tworzyły korytarz, jakby widziały w nim swojego króla. Runy na jego ciele pulsowały coraz szybciej, a powietrze wokół niego zaczęło skuć się, jakby temperatura spadła o dwadzieścia stopni.

Z każdym jego krokiem czułem, jak moja wola się rozpuszcza. Jego oczy wwiercały się w mój mózg jak rozgrzane szpile, a głos w mojej głowie stawał się coraz głośniejszy, zagłuszając moje własne myśli.

„Poddaj się, śmierteliniku… To nie będzie bolało długo. A potem będziesz częścią czegoś większego, czegoś wiecznego…”

Był już trzy metry ode mnie, gdy zobaczyłem, co naprawdę kryje się pod jego białą szatą. Tam, gdzie powinien być tors, była dziura – dosłownie dziura, przez którą widziałem pulsującą czerwoną masę przypominającą ogromne serce. Ale to nie było serce. To było coś, co ruszało się jak tysiące robaków splątanych w jedną, żywą kulę.

Dwa metry. Poczułem zapach jego oddechu – słodkawy smród gnijącego mięsa pomieszany z siarką. Jego dłonie wyciągnęły się w moją stronę, a paznokcie miał długie jak sztylety, czarne jakby były zrobione z węgla.

Metr. Jego palce niemal dotykały mojej twarzy, gdy wreszcie mój instynkt samozachowawczy przełamał hipnotyczny urok.

Rzuciłem się na bok, potykając się o stosy kości. Brennus zaryczał z frustracji – dźwięk, który był jak mieszanka ryku lwa i krzyku umierającego człowieka. Runąłem na podłogę między szkieletami, a kości rozsypały się pode mną jak domek z kart. Szczury piszczały i uciekały we wszystkich kierunkach, ale niektóre zamiast uciekać rzuciły się na mnie, gryząc przez ubranie.

— UCIEKAJ! — krzyknął w mojej głowie jakiś obcy głos. Nie Brennusa – ktoś inny, słabszy, bardziej ludzki. — UCIEKAJ, PÓKI JESZCZE MOŻESZ!

Podniosłem się na czworaki i zacząłem pełznąć w stronę korytarza, a za sobą słyszałem ciężkie kroki druida, który podążył za mną. Ale poruszał się dziwnie – jakby każdy krok sprawiał mu ból, jakby po tysiącu lat nieużywania jego ciało nie pamiętało jeszcze jak działać.

„Nie ucieeeknieeeszz ode mnie, mała śmieeeertelnaaa gniiidooo! To miasto już należy do mnie! Każdy, kto w nim mieszka, to moja własność!”

Dotarłem do korytarza i zerwałem się na nogi. Pobiegłem w stronę szybu, ale za sobą słyszałem coś, co sprawiło, że włosy stanęły mi dęba na całym ciele. Brennus nie biegł za mną – on szybował. Słyszałem szum powietrza, jakby wielkie skrzydła przecinały mrok.

Gdy dobiegłem do drabiny, obejrzałem się przez ramię. Druid unosił się w powietrzu metr nad ziemią, a jego szata rozwiewała się jak skrzydła gigantycznego nietoperza. Jego oczy świeciły teraz jak latarnie, a z jego ust wydobywały się języczne płomienie.

Zacząłem wspinać się po drabinie, pokonując po dwa szczeble na raz. Moje dłonie ślizgały się na mokrym metalu, ale adrenalina dodawała mi sił. Za sobą słyszałem coraz głośniejszy ryk Brennusa i szum jego nieformalnych skrzydeł.

Gdy byłem w połowie drogi do powierzchni, poczułem, jak drabina zaczyna się trząść. Spojrzałem w dół i zobaczyłem, że druid chwycił dolny koniec drabiny swoimi szponiastymi dłońmi. Metal zaczął się skręcać i pękać pod naporem jego siły.

— Zostaaaań, mały człowieeeczkuuuu! Zostań i poznaj prawdziwą moc!

Ostatnie pięć metrów pokonałem w czystej panice. Gdy moje dłonie dotknęły krawędzi otworu, drabina oderwała się od ściany z głośnym trzaskiem. Usłyszałem za sobą wściekły ryk Brennusa, ale już wyciągałem się na powierzchnię.

Zimne nocne powietrze uderzyło mnie w twarz jak policzek. Leżałem na zamarzniętej ziemi, dysząc jak zwierze, a z otworu buchały płomienie – nie zwykłe, pomarańczowe płomienie, ale zielone języki ognia, które lizały krawędzie betonu.

Z głębin szybu dochodziły mnie przekleństwa w nieznanym języku, coraz głośniejsze i coraz bardziej wściekłe. A potem usłyszałem coś, co sprawiło, że podniosłem się i zacząłem biec.

Dźwięk pękającego kamienia. Jakby ktoś wydobywał się z podziemnego więzienia.

Biegłem przez zaśnieżone ulice Polkowic, nie oglądając się za siebie. Dopiero gdy dotarłem do swojego domu i zatrzasnąłem drzwi, pozwoliłem sobie na oddech. Moje ubranie było pokryte błotem, krwią i czymś czarnym, co śmierdziało jak gnijące mięso. Dłonie drżały mi tak mocno, że nie mogłem odpalić światła.

Ale gdy wreszcie mi się udało, zobaczyłem coś, co sprawiło, że żołądek podszedł mi do gardła.

Na mojej kurtce, tam gdzie dotknęły mnie palce Brennusa, było pięć czarnych śladów. Nie brudu – śladów spalenizny, które przeszły przez materiał aż do skóry. A wokół nich, na mojej piersi, zaczynały się pojawiać runy.

Brennus mnie oznaczył. Teraz wiedział, gdzie mnie znaleźć. I wcześniej czy później przyjdzie po mnie.

Ale nie był już uwięziony w komorze. Teraz był wolny. I głodny. Bardzo głodny.

Spojrzałem przez okno w stronę centrum miasta. W oddali, nad wiatrakiem, wirowała kolumna zielonego dymu. A w tym dymie widziałem kształty – ludzkie sylwetki, które kręciły się i tańczyły jak potępieńcy w piekielnym ogniu.

Brennus budził swoją armię. A Polkowice były tylko początkiem.

Wiatrak w Polkowicach

Następnego dnia obudziłem się z uczuciem, jakby ktoś całą noc wypełniał mi żyły płynnym ołowiem. Runy na mojej piersi pulsowały w rytm bicia serca, a każdy puls przypominał mi o tym, że Brennus wie dokładnie, gdzie jestem. Spojrzałem przez okno – był środek dnia, ale niebo nad Polkowicami miało dziwny, żółto brunatny odcień, jakby powietrze było nasycone pyłem starożytnych grobów.

Telefon zadzwonił, gdy próbowałem zjeść śniadanie. Na wyświetlaczu pojawił się numer, którego nie rozpoznałem, ale gdy odebrałem, usłyszałem znajomy głos.

— Mariusz? Tu Jerzy Szczepański. Przepraszam, że dzwonię tak wcześnie, ale… coś się dzieje.

Jerzy był jednym z niewielu ludzi w mieście, którzy nie uważali mojego zajęcia za szarlatanerię. Emerytowany historyk, dawny wykładowca uniwersytetu we Wrocławiu, który po przejściu na emeryturę całkowicie poświęcił się badaniu lokalnej historii. Znaliśmy się od lat – czasami przychodził do mnie z pytaniami o znaczenie symboli, które znajdował w starych dokumentach, a ja odwiedzałem go, gdy potrzebowałem kontekstu historycznego dla moich przypadków.

— Co się dzieje, Jerzy?

— Moje amulety ochronne… przez całą noc się nagrzewały. A nad ranem zaczęły pękać. Wszystkie naraz. W ciągu czterdziestu lat praktyki nigdy czegoś takiego nie widziałem.

Poczułem dreszcz na karku. Jerzy nie był alarmistą. Jeśli on się niepokoił, znaczyło to, że sytuacja była poważna.

— Czy możesz przyjechać? — zapytał. — Mam wrażenie, że to ma związek z tym, o czym rozmawialiśmy ostatnio. Z tymi dziwami przy wiatraku.

— Już jadę.

Dr Jerzy Szczepański mieszkał w małym domku na skraju miasta, tuż przy lesie. Gdy podjechałem pod jego dom, od razu zauważyłem, że coś było nie tak. Ogród, zwykle zadbany, wyglądał jakby przeszła przez niego burza – gałęzie drzew były połamane i powykręcane w nienaturalny sposób, choć nie było ostatnio żadnej wichury, a śnieg na ścieżkach i rabatkach był brudny, jakby ktoś posypał go popiołem.

Dom otaczał wysoki, drewniany płot, furtka skrzypiała głośniej niż zwykle. Jerzy czekał już na progu – wysoki, chudy mężczyzna po siedemdziesiątce, ale jego zwykle spokojne, niebieskie oczy płonęły teraz niepokojem. W dłoniach trzymał coś, co wyglądało jak kawałki kamienia.

— Spójrz na to — powiedział, zanim zdążyłem się przywitać. — Wszystkie moje kamienie ochronne. Pękły jednocześnie, o piątej nad ranem.

Wziąłem jeden z kawałków. Był ciepły, jakby ktoś trzymał go nad ogniem. A na powierzchni, tam gdzie kamień się rozłupał, widać było cienkie, czarne żyłki – jakby kamień został zarażony przez coś złego.

— Wchodź szybko — powiedział Jerzy, rozglądając się nerwowo po ulicy. — Nie powinniśmy rozmawiać przy otwartych drzwiach.

Wnętrze domu było jak muzeum okultyzmu, ale dziś wszystko wyglądało jakby przeszło przez trzęsienie ziemi. Książki porozsypywane po podłodze, przewrócone krzesła, a na ścianach – tam gdzie wcześniej wisiały mapy i amulety – widać było ciemne ślady, jakby coś je przepaliło.

— Co się tutaj stało? — zapytałem.

— Nie wiem. Obudziłem się o piątej i zastałem dom w tym stanie. Ale najgorsze nie to — Jerzy podszedł do stolika przy kominku. — Najgorsze to, że niektóre z moich książek… otworzyły się same.

Na stole leżała rozłożona stara księga. Stronice były pożółkłe od wieku, a tekst napisany odręcznie po łacinie. Ale to, co przykuło moją uwagę, to rysunek na prawej stronie – przedstawiał postać w białej szacie, stojącą nad stosem ludzkich kości. Postać miała długie, chaos włosy i oczy jak czarne otchłanie.

— Brennus — wyszeptałem.

— Znasz to imię — stwierdził Jerzy. To nie było pytanie.

— Spotkałem go wczoraj. Twarzą w twarz.

Jerzy pobladł jeszcze bardziej.

— Boże święty. Więc to prawda. Rzeczywiście się obudził.

Usiadł ciężko w fotelu, jakby ważył teraz dwa razy więcej.

— Jerzy, powiedz mi wszystko, co wiesz o nim.

Starszy mężczyzna wstał i podszedł do jednej z przewróconych półek. Wyciągnął spośród porozrzucanych książek grubą, oprawioną w czarną skórę kronikę, która wyglądała na bardzo starą.

— To kronika klasztorna z XIII wieku — powiedział, stawiając ją na stole obok pierwszej księgi. — Napisał ją mnich Benedykt z Lubiąża. Przez lata zbierałem dokumenty na temat Brennusa. Większość historyków uważa je za legendy, ale ja… ja zawsze wiedziałem, że to prawda.

Otworzył kronikę na zaznaczonej stronie. Tekst był po łacinie, ale na marginesie ktoś robił notatki po polsku. Gdy Jerzy zaczął czytać, jego głos brzmiał jak szepty zza grobu:

— „Brennus de Silva Mortis przybył do tych ziem w roku 50 przed narodzeniem Chrystusa. Nie był zwykłym druidem, lecz kapłanem najczarniejszych sztuk, sługą bogów, których imion nie ośmielam się zapisać. Wszędzie, gdzie stąpała jego stopa, ziemia pokrywała się czarną solą, a studnie napełniały się krwią. Matki rodziły martwe dzieci, a ci, którzy spojrzeli mu w oczy, nigdy już nie odzyskali rozumu.”

Jerzy przerwał czytanie i spojrzał na mnie.

— Ale to nie koniec. Benedykt opisuje także jego rytuały. Brennus nie tylko zabijał – on wchłaniał dusze swoich ofiar. Każda śmierć czyniła go silniejszym, a każda pochłonięta dusza stawała się częścią jego armii.

— Armii?

— Spójrz na to — Jerzy wskazał na miniaturę na następnej stronie. Przedstawiała pole bitwy, ale walczący na nim ludzie wyglądali… źle. Mieli puste oczodoły i kończyny w niewłaściwych miejscach. — To nie były zwykłe zombie. To były dusze uformowane na nowo, przekształcone w narzędzia zniszczenia.

Poczułem, jak żołądek ściska mi się w supeł. Jeśli Brennus rzeczywiście miał takie możliwości…

— Co się z nim stało? Jak go powstrzymano?

Jerzy przewrócił kilka stron.

— Według kroniki, grupa celtyckich kapłanów, którzy służyli jeszcze starym, dobrym bogom, zdołała go schwytać. Ale nie mogli go zabić – był zbyt potężny, zbyt głęboko związany z ciemnymi mocami. Więc użyli najstarszej magii, jaką znali. Związali go węzami, które miały trwać tysiąc lat, i pogrzebali żywcem pod wielkim kamieniem, naznaczonym runami strachu.

— A Niemcy?

— Niemcy… — Jerzy zamknął kronikę i podszedł do okna. — Niemcy mieli dostęp do dokumentów, które my utraciliśmy stulecia temu. Wiedzieli dokładnie, gdzie Brennus jest pochowany. I wiedzieli, jak go obudzić.

Spojrzałem przez okno razem z nim. Nad wiatrakiem wciąż unosił się ten żółtawy dym, ale teraz był gęstszy, bardziej widoczny.

— Widzisz ten dym? — zapytał Jerzy.

— Tak.

— To nie dym. To dusze. Setki dusz, które Brennus pochłonął przez wieki. Teraz, gdy jest wolny, zaczynają się uwalniać. Ale nie w spokoju. W agonii, w szale, w głodzie zemsty.

Gdy tak mówił, zobaczyłem coś, co sprawiło że serce zabiło mi szybciej. Przez ulicę, w kierunku centrum miasta, szła kobieta w średnim wieku. Szła powoli, mechanicznie, jak lunatyczka. Jej głowa była odchylona do tyłu, a oczy szeroko otwarte, jakby patrzyła na coś, czego nikt inny nie widział.

— Ludzie idą do niego — szepnąłem.

— Brennus ich wzywa. Po jednej osobie, żeby nie wzbudzić podejrzeń. Nikt nie zauważy, że znikają, dopóki nie będzie za późno.

— Musimy ich powstrzymać.

— Jak? — Jerzy odwrócił się od okna, a w jego oczach dostrzegłem bezradność. — Brennus ma teraz dostęp do wszystkich dusz, które pochłonął przez dwa tysiąclecia. To armia, której nie da się pokonać zwykłymi środkami.

— Ale jest sposób, żeby go powstrzymać. Prawda?

Długo milczał, patrząc na kronikę.

— Benedykt pisze o rytuale ponownego związania. Ale wymagałby on… ofiary. Ktoś musiałby zająć miejsce Brennusa pod kamieniem. Na zawsze.

Poczułem, jak krew odpływa mi z twarzy.

— A poza tym?

— Poza tym trzeba by zgromadzić artefakty z pierwotnego rytuału. Kamienie runiczne, które użyli celtyccy kapłani. Krew z różnych rodów – celtyckiej, germańskiej, słowiańskiej. I najważniejsze… — Jerzy zawahał się.

— Co?

— Zgodę tego, kto jest już naznaczony przez Brennusa. Kto nosi jego pieczęć. — Jerzy spojrzał na moją pierś, gdzie pod koszulą pulsowały runy. — Kogoś takiego jak pan.

Nagle usłyszeliśmy dźwięk, który sprawił, że obaj zamarzliśmy. Z kierunku centrum miasta dochodził odgłos dzwonów. Ale to nie były dzwony kościelne – brzmiały źle, fałszywie, jakby ktoś uderzał w pęknięty metal. A między dźwiękami dzwonów słyszałem coś jeszcze – jęki, krzyki, głosy mówiące w nieznanym języku.

— Co to jest? — zapytałem.

Jerzy pobladł tak, że pomyślałem, że zaraz zemdleje.

— To niemożliwe — wyszeptał. — Te dzwony zostały zniszczone w 1943 roku.

— Jakie dzwony?

— Niemcy zbudowali nad grobem Brennusa prowizoryczną kaplicę. Mieli tam dzwony odlane specjalnie do rytuału przywołania – każdy dzwon był nałożony runami władzy i męczeństwa. Gdy wybuchła wojna i musieli uciekać, zniszczyli kaplicę, ale dzwony… dzwony miały zostać stopione.

Dźwięk stawał się coraz głośniejszy, coraz bardziej przenikający. Ale teraz słyszałem w nim coś jeszcze – echo tysięcy głosów, które krzyczały w agonii. To brzmiało jak chór potępionych dusz.

— Brennus odtwarza niemiecki rytuał — powiedział Jerzy, a jego głos drżał. — Przywołuje nie tylko swoją armię, ale też dusze wszystkich, którzy zginęli w czasie niemieckiej okupacji. Chce wykorzystać ich cierpienie jako paliwo do swojej mocy.

Dzwony umilkły tak nagle, jak się zaczęły. Zapadła cisza, która była jeszcze gorsza od hałasu. W tej ciszy słyszałem tylko odgłosy płaczu – cichego, desperackiego płaczu, który zdawał się dobywać z samej ziemi.

— Ile mamy czasu? — zapytałem.

— Może tydzień. Może mniej. A pan… — Jerzy spojrzał na moją dłoń, gdzie dostrzegłem nową, czarną linię. — Pan ma jeszcze mniej. Te runy się rozprzestrzeniają. Im dłużej będzie pan z nimi żył, tym bardziej będzie pan podlegał jego wpływowi.

— Jak długo?

— Może kilka dni. Gdy runy pokryją pana ciało w połowie, przestanie pan być sobą. Stanie się jednym z jego sług. Na zawsze.

Spojrzałem na swoje dłonie. Na lewej, między kciukiem a palcem wskazującym, widziałem już dwie nowe runy. A na prawej pojawiła się cienka, czarna linia, której nie była tam rano.

Brennus zaczynał mnie pochłaniać. I ja nawet tego nie czułem.

— Muszę iść — powiedziałem. — Zebrać ludzi, przygotować się.

— Mariusz — Jerzy złapał mnie za ramię. — Jeśli będziesz potrzebował pomocy… ja też znam się na starożytnych rytuałach. I na tym, jak walczyć z demonami.

— Będę o tym pamiętał.

Gdy wychodziłem z jego domu, usłyszałem za sobą odgłos wszystkich zamków w drzwiach. Nie mogłem mu się dziwić. Brennus był wolny, ja byłem naznaczony, a nad miastem zaczynały się dziać rzeczy, których nikt nie potrafił wytłumaczyć.

Ale przynajmniej wiedziałem już, z czym mam do czynienia. I wiedziałem, że mam bardzo mało czasu.

Spojrzałem jeszcze raz w stronę wiatraka. Żółtawy dym nad nim stał się bardziej gęsty, a w powietrzu czułem zapach siarki pomieszany ze słodkawą wonią rozkładu. Ale było jeszcze coś – metaliczny zapach, jak gdyby ktoś rozpalił wielki piec i topił w nim dzwony.

Na wszystkich nas.


Gdy wracałem od Jerzego Szczepańskiego, telefon zadzwonił po raz drugi tego dnia. Tym razem dzwoniła Barbara.

— Mariusz, musisz natychmiast przyjść do biblioteki — powiedziała bez przywitania. — Mam tutaj młodą parę, która… Boże, oni są w takim stanie, że boję się ich zostawić samych.

— Co się stało?

— To architekt od renowacji wiatraka. Tomek Siwiak. Przyszedł z żoną. Ona jest w ciąży i… Mariusz, ona mówi rzeczy, których nie powinna wiedzieć. O rzeczach sprzed wieków.

Ponownie dzisiaj poczułem, jak żołądek ściska mi się w supeł. Jeśli Brennus zaczynał wpływać na kobiety w ciąży…

— Już jadę.

Gdy dotarłem do biblioteki, zastałem ją zamkniętą dla czytelników. Barbara czekała przy drzwiach i od razu mnie wpuściła. W środku, przy stoliku w czytelni, siedziała młoda para. Mężczyzna około trzydziestu lat, wysoki, w okularach, nerwowo przebierał palcami po blacie. Obok niego siedziała kobieta z ogromnym brzuchem – musiała być w siódmym, może ósmym miesiącu ciąży. Ale to nie jej stan przykuł moją uwagę.

To były jej oczy. Miała oczy kobiety, która widziała rzeczy, których żaden człowiek widzieć nie powinien.

— Pan Mariusz Czarnecki — powiedziała Barbara cicho. — To są Tomek i Agnieszka Siwiakowie.

Tomek wstał i wyciągnął do mnie rękę. Jego uścisk był wilgotny od potu.

— Słyszałem o panu — powiedział. — Ludzie mówią, że zajmuje się pan… nietypowymi sprawami.

— Można tak powiedzieć. Barbara wspomniała, że mają państwo problemy związane z wiatrakiem?

— Nie z wiatrakiem — odezwała się Agnieszka cicho. — Z tym, co pod nim mieszka.

Jej głos brzmiał dziwnie, jakby mówiła przez sen. Gdy przyjrzałem się jej bliżej, zobaczyłem, że ma pod oczami ciemne cienie, a na dłoniach widać było ślady po paznokciach – drasnęła się we śnie.

— Może opowie pan od początku? — zaproponowałem, siadając naprzeciwko nich.

Tomek spojrzał na żonę, jakby szukał pozwolenia.

— Pracuję dla firmy architektonicznej — zaczął. — Byłem odpowiedzialny za projekt renowacji wiatraka. Przez miesiące studiowałem plany, robiłem pomiary, analizowałem konstrukcję. Ale od początku… od początku coś było nie tak.

— W jakim sensie?

— Każda firma, która próbowała tam pracować, miała problemy. Najpierw myślałem, że to przypadek. Potem zacząłem mieć sny.

Agnieszka chwyciła go za rękę. Jej palce drżały.

— Jakie sny? — zapytałem.

— Widziałem siebie w podziemnej komorze — odpowiedział Tomek, a jego głos zaczął drżeć jak u przestraszonego dziecka. — Ale to nie był zwykły sen. To było zbyt realne, zbyt… żywe.

Przerwał i przełknął ślinę, jakby próbował pozbyć się obrzydliwego smaku z ust.

— Komora była ogromna, wykuta w żywej skale, a ściany pokrywały runy, które… które świeciły. Jak gdyby ktoś namalował je krwią, która wciąż była żywa. Podłoga była usłana kośćmi – nie starymi, archeologicznymi, ale świeżymi. Niektóre wciąż miały kawałki mięsa, a między nimi biegały szczury grub, ohydne…

Tomek otarł pot z czoła drżącą dłonią.

— A powietrze… Boże, to powietrze. Można było je niemal pić, tak gęste od zapachu rozkładu. Z każdym oddechem czułem, jakby ktoś wlewał mi do płuc płynny metal. Ale najgorsze było to, że w tym śnie… ja to lubiłem. Ten zapach sprawiał mi przyjemność.

— Tomek… — Agnieszka próbowała go powstrzymać, ale on potrząsnął głową.

— Nie, muszę to powiedzieć. W centrum komory stała postać w białej szacie, ale to nie była normalna twarz. Miała skórę jak stary pergamin, popękaną i żółtą, a z tych pęknięć sączyła się czarna ciecz. Oczy… oczy to były dwie czarne dziury, tak głębokie, że gdy w nie patrzyłem, miałem wrażenie, że spadam w nie i lecę w dół przez wieczność.

Tomek zaczął mówić coraz szybciej, jakby chciał jak najszybciej pozbyć się tych wspomnień.

— Gdy się uśmiechała, widziałem rzędy żółtych kłów, ostrych jak igły, a z jej ust wydobywał się dym. Ale to nie był zwykły dym – to były małe twarze, twarze ludzi, którzy krzyczeli w niemym bólu. I ta postać mówiła do mnie po niemiecku słowami, które brzmiały jak zaklęcia wypluwane przez diabła. Rozumiałem każde słowo, choć nie znam tego języka, jakby ktoś wycinał znaczenia nożem wprost w moim mózgu.

— Co mówiła? — zapytałem, choć nie byłem pewien, czy chcę znać odpowiedź.

— Mówiła o wielkiej pracy, o przygotowaniach, o tym, że jestem częścią tysiącletniego planu. Pokazywała mi wizje… wizje mojego miasta, ale zniszczonego. Ludzie chodzili jak zombie, z pustymi oczami, a z ziemi wyrastały wielkie kamienne ołtarze, na których… na których składano ofiary.

Tomek przerwał i spojrzał na żonę z przerażeniem.

— Ale najgorsze było to, że w tych snach… ja się zgadzałem. Kiwałem głową, jakbym chciał jej pomóc. Śmiałem się, gdy pokazywała mi cierpienie innych ludzi. A gdy się budziłem, przez kilka sekund wciąż chciałem tam wrócić. Chciałem pomóc jej zniszczyć świat. To jakby… jakby to coś powoli pożerało moją duszę, zastępując ją czymś obcym, czymś złym.

W pomieszczeniu zapadła cisza, przerywana tylko cichym płaczem Agnieszki.

— A najgorszą rzeczą jest to — szepnął Tomek — że te sny stają się coraz dłuższe. Pierwszej nocy trwały może minutę. Teraz to są całe godziny. I boję się, że pewnej nocy… pewnej nocy się nie obudzę. Albo obudzę się jako ktoś inny.

— A pani Agnieszka?

Kobieta podniosła na mnie wzrok. W jej oczach dostrzegłem strach tak głębokie, że aż zabolało mnie serce.

— Moje sny zaczęły się trzy tygodnie temu — powiedziała. — Na początku to były tylko koszmary. Widziałam siebie rodząc, ale dziecko… dziecko było nie takie, jak powinno być.

— Agnieszka… — Tomek próbował ją powstrzymać, ale ona potrząsnęła głową.

— Nie, muszę mu powiedzieć. Może tylko on może nam pomóc.

Odwróciła się do mnie całym ciałem.

— W snach rodzę dziecko, ale ono ma oczy jak stary człowiek. I mówi do mnie. Mówi rzeczy, których niemowlę nie powinno wiedzieć. O starożytnych bogach, o rytuałach, o krwi i ofiarach.

Poczułem, jak włosy stają mi dęba na karku.

— A wczoraj w nocy — kontynuowała Agnieszka — sen się zmienił. Nie rodziłam już w szpitalu. Byłam w jakiejś komorze, okrągłej, pełnej kości. A nad moją głową stała ta postać w białej szacie. Trzymała nóż i czekała, aż dziecko się urodzi.

— Obudziłem ją w środku nocy — dodał Tomek. — Krzyczała tak głośno, że przybiegli sąsiedzi. A potem… potem zaczęła mówić.

— Co mówiła?

— Rzeczy, których nie mogła wiedzieć — odpowiedział Tomek. — O niemieckich żołnierzach, którzy pracowali przy wiatraku w 1943 roku. O rytuałach, które przeprowadzali. Nawet podała ich nazwiska.

Barbara, która do tej pory milczała, wyjęła z szuflady notes.

— Sprawdziłam te nazwiska w dokumentach mojego ojca — powiedziała. — Wszystkie się zgadzają. Oberführer Klaus Steinbach, Hauptsturmführer Ernst Wiedemann, Sturmbannführer Otto Hagen. Wszyscy członkowie Ahnenerbe, niemieckiej organizacji okultystycznej.

— To niemożliwe — wyszeptał Tomek. — Agnieszka nigdy się nie interesowała historią. Nie mogła tego wiedzieć.

Spojrzałem na Agnieszkę. Jej twarz była blada jak pergamin, a oczy miały ten szczególny, nieobecny wyraz, jaki widziałem u ludzi pod wpływem nadprzyrodzonych sił.

— Pani Agnieszko — powiedziałem delikatnie — czy pamięta pani te sny wyraźnie?

— Za wyraźnie — odpowiedziała. — To nie są zwykłe sny. To są… wspomnienia. Jakby ktoś wkładał mi do głowy rzeczy, które się zdarzyły naprawdę.

— Czyje wspomnienia?

Agnieszka zamknęła oczy i położyła dłonie na brzuchu.

— Kobiety, które rodziły tam kiedyś. W tej komorze. Widzę ich twarze, czuję ich ból. One wszystkie rodziły dla niego. Dla tego czegoś, co mieszka pod wiatrakiem.

— I co się działo z dziećmi?

— Zabierał je — wyszeptała Agnieszka. — Tuż po narodzinach. Nie po to, żeby je zabić. Po to, żeby… żeby wchłonąć ich dusze. Niewinne dusze, które nie zostały jeszcze splamione grzechem. To dawało mu największą moc.

W pomieszczeniu zapadła cisza tak gęsta, że słyszałem bicie własnego serca. To wszystko zaczynało mieć sens. Brennus nie szukał przypadkowych ofiar. Szukał czegoś konkretnego.

— Panie Mariuszu — odezwał się Tomek — czy pan myśli, że… że nasze dziecko…?

Nie musiał kończyć pytania. Wszyscy wiedzieliśmy, co chciał zapytać.

— Brennus potrzebuje niewinnej duszy do pełnego przebudzenia — powiedziałem. — Nienarodzona dusza jest najczystsza ze wszystkich. Jeśli ją pochłonie w odpowiednim momencie, odzyska pełnię swojej starożytnej mocy.

— Ale dlaczego akurat nasze dziecko? — zapytała Agnieszka.

— Bo pan był przy wiatraku — odpowiedział głos za naszymi plecami.

Wszyscy odwróciliśmy się. W drzwiach biblioteki stał Jerzy Szczepański. Nie wiem, jak się tam dostał – Barbara zamknęła drzwi na klucz.

— Przepraszam, że przyszedłem bez zapowiedzi — powiedział Jerzy, podchodząc do naszego stolika — ale czułem, że dzieje się coś ważnego. Moje amulety znowu zaczęły się nagrzewać.

— Skąd pan wie o Tomku? — zapytała Barbara.

— Bo widziałem plany renowacji wiatraka — odpowiedział Jerzy. — Pan Siwiak spędził przy nim miesiące. Studiował każdy kamień, każdą cegłę. Brennus go wyczuł. A przez niego dotarł do jego żony i dziecka.

— To znaczy, że to moja wina — powiedział Tomek załamując się. — To ja naraziłem na niebezpieczeństwo moją rodzinę.

— To nie pana wina — powiedziałem. — Brennus szukałby innej drogi. Jest cierpliwy i przebiegły. Gdyby nie pan, wybrałby kogoś innego.

Nagle Agnieszka zgięła się wpół, chwytając się za brzuch.

— Coś się dzieje — wyszeptała. — Dziecko… dziecko się porusza.

— To normalne — powiedział Tomek, ale w jego głosie słyszałem niepokój.

— Nie! — Agnieszka potrząsnęła głową. — To nienormalne ruchy. To jakby… jakby ktoś je budził! – prawie krzyknęła. 

Temperatura w pomieszczeniu nagle spadła tak dramatycznie, że nasze oddechy zamieniły się w gęste chmury pary. Na oknach zaczęła się osadzać para, ale nie zwykła – była czerwonawa, jakby mieszała się z krwią. Światło z lamp przyciemniło się, jakby ktoś regulował natężenie. Żarówki zaczęły migać w niepokojącym rytmie – jak bicie chorego serca. Z kątów pomieszczenia zaczęły dobiegać szepty w nieznanym języku, a książki na półkach zaczęły drżeć, jakby coś niewidzialnego przesuwało się między nimi.

— On przychodzi — wyszeptała Agnieszka. — Czuję go. Jest już bardzo blisko.

W tym momencie wszystkie książki w bibliotece zaczęły spadać z półek. Nie pojedynczo, ale całymi rzędami, jakby niewidzialna siła przesuwała się przez pomieszczenie. Podłoga zatrzęsła się pod naszymi stopami, a ze ścian zaczęły osypywać się kawałki tynku.

— Wszyscy do mnie! — krzyknął Jerzy, wyciągając z kieszeni kilka kamiennych amuletów. — Szybko!

Zgromadziliśmy się wokół starszego mężczyzny, który zaczął kreślić w powietrzu jakieś znaki. Amulety w jego dłoniach świeciły bladym, srebrnym światłem.

Ale to nie pomogło.

Agnieszka wydała okrzyk bólu i strachu. Jej oczy przewróciły się, pokazując tylko białka, a z ust zaczęła wypływać czarna ciecz.

— To nie może się dziać — mruknął Jerzy, kreśląc w powietrzu coraz więcej run ochronnych. — Moje amulety powinny nas chronić.

— On jest za silny — powiedziałem. — I ma bezpośrednie połączenie z dzieckiem.

Agnieszka zaczęła mówić, ale to nie był jej głos. Był to głos stary, gardłowy, pełen złości i głodu:

„Zbyt długo czekałem na tę chwilę, śmiertelnicy. Dziecko już należy do mnie. A przez nie będę miał władzę nad całym tym światem.”

Tomek próbował chwycić żonę za ręce, ale jego dłonie przeszły przez nią, jakby Agnieszka była tylko hologramem.

„Nie można mnie powstrzymać. Za niedługi czas, gdy księżyc będzie w zenicie, dziecko się narodzi. I ja wreszcie odzyskam pełnię mojej mocy.”

— W zenicie? — krzyknął Tomek. — Ale termin porodu to jeszcze dwa miesiące!

„Czas to iluzja dla takich jak wy. Ja decyduję, kiedy się rozpocznie nowe życie. I kiedy się skończy.”

Agnieszka, wciąż mówiąc głosem Brennusa, zaczęła się unosić w powietrzu. Jej ciało świeciło dziwnym, zielonkawym blaskiem, a wokół niej tworzyły się cienie w kształcie rąk, które wyciągały się w naszą stronę.

— Musimy coś zrobić! — krzyknął Tomek.

Ale zanim ktokolwiek zdążył zareagować, Agnieszka zniknęła. Po prostu rozpłynęła się w powietrzu jak dym, zostawiając po sobie tylko zapach siarki i echo śmiechu Brennusa.

W bibliotece zapadła martwa cisza.

— Zabrał ją — wyszeptał Tomek, upadając na kolana. — Zabrał moją żonę i dziecko.

— Nie zabrał — poprawiłem go. — Przeniósł do swojej komnaty. Tam będzie chciał przeprowadzić rytuał.

— To znaczy, że jeszcze żyje? — Tomek spojrzał na mnie z nadzieją.

— Tak długo, jak długo potrzebuje dziecka — odpowiedziałem. — Ale gdy się narodzi…

— Ile mamy czasu? — zapytał Jerzy.

Spojrzałem na zegarek. Była dziesiąta wieczorem.

— Do północy. Brennus powiedział, że rytuał rozpocznie się, gdy księżyc będzie w zenicie.

— Dwie godziny — powiedziała Barbara. — To bardzo mało czasu.

— To więcej niż myślałem — odpowiedziałem. — Ale będziemy musieli się pospieszyć. I będziemy musieli zejść tam wszyscy razem.

— Wszyscy? — zapytał Tomek.

— Tak. Bo tym razem nie idę tam po to, żeby zwiedzać. Idę tam, żeby zabić Brennusa. A do tego będę potrzebował was wszystkich.

Spojrzałem na każdego z nich po kolei. Barbara z jej wiedzą o niemieckich dokumentach. Jerzy z jego znajomością starożytnych rytuałów. Tomek z jego rozpaczą i miłością do żony.

— To może być jednokierunkowa podróż — ostrzegłem ich. — Brennus będzie teraz silniejszy niż kiedykolwiek. I będzie walczył o swoją egzystencję.

— Nie obchodzi mnie to — powiedział Tomek, wstając z kolan. — Moja żona i dziecko są tam na dole. Pójdę wszędzie, żeby je ocalić.

— I ja — dodała Barbara. — Przez całe życie żyłam w cieniu tajemnic mojego ojca. Czas z nimi skończyć.

— Ja też — powiedział Jerzy. — Przez czterdzieści lat studiowałem te rzeczy teoretycznie. Teraz czas sprawdzić, czy moja wiedza ma jakąś wartość w praktyce.

Spojrzałem na runy rozbryzgujące się po moich dłoniach. Było ich już więcej – czarne linie tworzyły skomplikowany wzór, który pulsował w rytm mojego serca. Miałem może godzinę, zanim Brennus przejmie nade mną pełną kontrolę.

— W takim razie zbieramy wyposażenie i idziemy — powiedziałem. — Brennus ma Agnieszkę, ale my mamy coś, czego on nie ma.

— Co? — zapytał Tomek.

— Motywację, żeby go powstrzymać. I gotowość, by poświęcić wszystko dla osób, które kochamy.

Spojrzałem przez okno w stronę wiatraka. Nad budynkiem kłębiły się teraz ciemne chmury, a z ich wnętrza dochodziły błyski zielonego światła. Brennus przygotowywał swój ostateczny rytuał.

Ale my też się przygotowywaliśmy. I tym razem jeden z nas nie wróci na powierzchnię.

Pytanie brzmiało: czy to będzie Brennus, czy ktoś z nas?

Wiatrak w Polkowicach

O wpół do jedenastej stanęliśmy przed wiatrakiem jak żołnierze przed ostatnią bitwą. W świetle latarek nasze twarze wyglądały jak maski śmierci – blade, spięte, pełne determinacji pomieszanej ze strachem. Każdy z nas niósł to, co uznał za najważniejsze: Jerzy swoje amulety i starożytne księgi, Barbara kopie niemieckich dokumentów i zdjęcia z archiwum ojca, Tomek młot budowlany i rozpacz ojca, który może stracić wszystko. A ja… ja niosłem coraz większy ciężar run rozprzestrzeniających się po moim ciele jak czarna gangrena.

Otwór, który wykułem poprzedniej nocy, teraz ział jak rana w ciele ziemi. Z jego wnętrza buchał nie tylko smród rozkładu, ale też dźwięki – jęki, szepty, skrzypienie metalu, jakby ktoś torturował instrumenty muzyczne. A przede wszystkim – krzyki kobiety rodzącej w agonii, tak przeszywające, że ptaki na całym osiedlu uciekły, a w oknach domów pojawiły się przerażone twarze sąsiadów. Ale ci ludzie zachowywali się dziwnie. Stali w oknach jak posągi, z szeroko otwartymi oczami, ale nie ruszali się z miejsca. Widziałem, jak ich usta poruszają się bezgłośnie, jakby modlili się albo recytowali jakieś zaklęcia. Żadnemu z nich nie przyszło do głowy, żeby wezwać policję czy pogotowie – po prostu stali i patrzyli, jakby byli zahipnotyzowani przez dźwięki dobiegające z podziemi. Brennus już rozprzestrzeniał swój wpływ na miasto, otumaniając umysły ludzi, czyniąc ich biernymi świadkami swojego powrotu.

— Agnieszka — wyszeptał Tomek, ściskając młot tak mocno, że kostki jego dłoni zrobiły się białe, a paznokcie wbiły mu się w skórę do krwi.

— Pamiętajcie — powiedziałem, sprawdzając po raz ostatni wyposażenie — tam na dole nie ma zasad naszego świata. Brennus będzie próbował was oszukać, wciągnąć w swoje wizje, przekonać, że poddanie się to jedyne wyjście. Nie słuchajcie go. Jeśli ktoś z nas się zagubi, pozostali mają obowiązek go porzucić.

— A jeśli… jeśli nie będzie innego sposobu? — zapytała Barbara, a jej głos drżał jak u przestraszonego dziecka. — Jeśli ktoś rzeczywiście będzie musiał zostać na jego miejscu?

Spojrzałem na runy pokrywające już pół mojego lewego ramienia i zaczynające spływać na tors. Czułem, jak moja wola zaczyna się rozpuszczać na ich krawędziach, jak myśli stają się coraz mniej moje, a coraz bardziej… jego.

— Jeśli tak będzie, to ja zostanę — powiedziałem. — Jestem już częściowo jego. I lepiej umrzeć jako człowiek, niż żyć jako jego niewolnik.

Zacząłem schodzić po drabinie jako pierwszy. Metal był jeszcze bardziej śliski niż wcześniej, pokryty substancją, która w świetle latarki wyglądała jak mieszanka krwi, ropy i czegoś, co mogło być rozpuszczonym mięsem. Smród był tak intensywny, że Barbara zwymiotowała już na trzecim szczeblu, a jej wymiociny spadły w przepaść z mokrym plaśnięciem.

Z każdym szczeblem w dół powietrze stawało się gęstsze, lepkie, jakby składało się z cząsteczek strachu i rozpaczy. Temperatura spadała tak dramatycznie, że nasze oddechy zamieniały się w gęste chmury pary, ale była to para czerwona, jakby mieszała się z krwią z naszych płuc.

Gdy dotarliśmy do korytarza, zobaczyłem, że się całkowicie zmienił. Runy na ścianach płonęły teraz jasnym, zielonym światłem, ale między nimi pojawiły się nowe symbole – nie celtyckie, ale niemieckie. Nazistowskie swastyki przeplatały się z runami władzy, tworząc makabryczną mieszankę starożytnej i nowoczesnej magii. A między runami, jakby wyrastające ze ścian, sterczały ludzkie kończyny – ręce, nogi, głowy, które poruszały się i próbowały nas złapać.

— Brennus wykorzystuje niemiecki rytuał — wyszeptał Jerzy, unikając ręki, która sięgnęła po jego twarz. — Łączy swoją moc z tym, co zrobili tutaj osiemdziesiąt lat temu. I z ofiarami, które tu zginęły.

Ale najgorsze były dźwięki. Krzyki Agnieszki stawały się coraz głośniejsze, coraz bardziej zwierzęce, jakby rodziła nie dziecko, ale demona. Między nimi słyszałem inne głosy – męskie, mówiące po niemiecku w rytmie jakiegoś obrządku, ale też głosy polskie, błagające o litość, krzyczące o pomoc.

— Boże święty — szepnęła Barbara, zatrzymując się przed jedną ze ścian. — Oni wciąż tutaj są. Wszystkie ofiary z ostatnich osiemdziesięciu lat. Brennus ich nie zniszczył, tylko uwięził w kamieniach.

Gdy podświetliła ścianę latarką, zobaczyliśmy prawdę. W samej skale, jak w bursztynie, były uwięzione twarze – setki twarzy ludzi, którzy zginęli w tym miejscu. Niemieccy żołnierze, polscy więźniowie, robotnicy, dzieci. Wszyscy z oczami szeroko otwartymi w wiecznym krzyku.

A teraz te oczy zaczęły się poruszać. Patrzył na nas.

— Oni żyją — wyszeptał Tomek. — Oni wciąż żyją i cierpią.

Korytarz rozszerzył się w komorę, ale to już nie była ta sama komora, którą widziałem wcześniej. Brennus ją zmienił, rozbudował, przekształcił w katedrę bólu wartą najgorszych koszmarów ludzkości.

Była ogromna – może sześćdziesiąt metrów średnicy, z kopulastym sufitem, z którego zwisały łańcuchy zakończone hakami. Na tych hakach wisiały ciała – nie stare szkielety, ale świeże zwłoki, jeszcze ciepłe, jeszcze krwawiące, jeszcze oddychające. Poznałem niektóre twarze – to byli ludzie, którzy znikali z miasta w ostatnich dniach. Pani Kowalczuk ze sklepu, młody fryzjer z rynku, stara Jadzia, która karmiła bezdomne koty.

Ale to nie były zwłoki. To byli żywi ludzie, wciąż oddychający, ale z piekielnie wykrzywionymi twarzami, z oczami wywróconymi do tyłu, z ustami rozwartymi w niemym krzyku. Brennus nie zabijał ich – karmił się ich agonią, ich strachem, ich błaganiami o śmierć, które nigdy nie nadchodziła.

— Pomóżcie… nam… — wyszeptała pani Kowalczuk, gdy mijaliśmy pod nią. Jej głos był jak szmer zeschłych liści. — Zabijcie… nas… proszę…

Tomek próbował sięgnąć do niej, ale łańcuch, na którym wisiała, był za wysoko.

— Nie możemy — powiedziałem, ciągnąc go dalej. — Jeśli ich uwolnimy, Brennus ich znów złapie. Musimy najpierw jego zniszczyć.

W centrum tej sali, na kamiennym ołtarzu otoczonym kręgiem płonących czaszek, leżała Agnieszka. Była naga, pokryta potem i krwią, jej brzuch wydymał się i kurczył w nie naturalnym rytmie, jakby coś wewnątrz próbowało się wydostać siłą, rozrywając ją od środka. Jej oczy były szeroko otwarte, ale białka zamieniły się w zieleń, a z ust wypływała czarna krew, która syczała na kamieniu ołtarza jak kwas.

Ale najgorsze było to, co widać było przez jej rozciągniętą skórę brzucha. Pod skórą poruszało się coś wielkiego, coś, co miało zbyt wiele kończyn, zbyt wiele głów, coś, co nie powinno nigdy ujrzeć światła dziennego.

A wokół ołtarza stali oni.

Niemieccy żołnierze w mundurach SS, ale to nie były duchowe aparycje. To byli prawdziwi mężczyźni, których Brennus przywrócił do życia po osiemdziesięciu latach śmierci. Ich skóra była popękana jak stary pergamin, przez szczeliny świeciło czerwone światło, jakby wewnątrz płonęły piekielne ognie. Oczy wypełniały zielone płomienie, a z rozpadających się ust sączyła się ta sama ciecz co z ust Agnieszki. Ale wciąż trzymali broń – lugery, sztylety, granaty, które teraz świeciły tym samym złowrogim blaskiem.

I nad wszystkim, jak dyrygent makabrycznej orkiestry, stał Brennus.

Ale to już nie była postać, którą widziałem wcześniej. Teraz był olbrzymi – trzy metry wzrostu, z ciałem skleconym z kawałków innych ciał. Jego tors składał się z torsu niemieckiego oficera, ale był rozdęty jak balon, a przez przezroczystą skórę widać było serca – dziesiątki serc, które biły w różnych rytmach. Ręce pochodziły od różnych ofiar – jedna z niemieckiego żołnierza, druga od polskiego dziecka, trzecia od kobiety. A głowę… głowę miał starożytną, celtycką, ale pokrytą żywymi runami, które poruszały się po skórze jak robaki, wychodziły przez oczodoły i wracały przez usta.

Gdy nas zobaczył, wszystkie te serca w jego piersi zabiły szybciej, a jego usta – wszystkie trzy, bo miał usta w trzech miejscach twarzy – rozciągnęły się w uśmiechu, odsłaniając rząd żółtych kłów długich jak sztylety.

„Witajcie, bohaterowie” – jego głos odbijał się od ścian jak huk artylerii, ale jednocześnie wypełniał nasze głowy od środka jak płynny metal. „Przyszliście zobaczyć narodziny nowego boga. Narodziny MNIE.”

— Zostaw ją! — krzyknął Tomek, wyciągając młot. — Weź mnie zamiast niej!

Brennus zaśmiał się dźwiękiem jak łamane szkło mieszane z krzykiem niemowląt.

„Twoja miłość jest… wzruszająca. Ale niepotrzebna. Już niedługo będzie ci wszystko jedno. Gdy połknę duszę tego dziecka, będę miał dość mocy, żeby przemienić was wszystkich w moje narzędzia.”

Agnieszka wydała okrzyk tak przeszywający, że pękły szklane amulety w kieszeni Jerzego, a z uszu popłynęła nam krew. Jej brzuch rozdarł się na pół, ale zamiast krwi wyciekała z niej zielona ciecz, która skwierczała jak kwas i wgryzała się w kamień ołtarza.

A z rozdartego brzucha zaczęło się wyłaniać coś, co sprawiło, że poczułem, jak rozum umyka mi z głowy.

To nie była mała rączka dziecka. To były małe szpony, czarne jak węgiel, zakończone pazurkami długimi jak igły. A za nimi wyłoniła się główka, ale to nie była główka niemowlęcia. Była to głowa starożytnego mędrca z twarzą pokrytą runami, z oczami jak czarne otchłanie i ustami pełnymi kłów.

— To nie może być prawda — wyszeptała Barbara. — To niemożliwe…

„Wszystko jest możliwe, gdy ma się dość mocy” – zaśmiał się Brennus. „A ja mam już prawie dość.”

Wyciągnął swoje splątane ręce w stronę wyłaniającego się stwora.

— Nie! — krzyknął Tomek i rzucił się w stronę ołtarza.

Ale niemieccy żołnierze zastawili mu drogę. Jeden z nich – oficer z rangą Oberführera na łatach munduru – chwycił Tomka za gardło i uniósł do góry jak dziecko. Jego palce, zakończone teraz szponami, wbijały się w szyję Tomka, a krew zaczęła sączyć się między stalowymi pazurami.

— Zostawcie go! — krzyknąłem, dobywając noża.

Rzuciłem się na Oberführera, ale moje ostrze przeszło przez niego jak przez powietrze, choć jednocześnie poczułem opór, jakbym przeciął gęstą melasę. To nie byli normalni nieżywi – to były twory energii czystego zła, utrzymywane przy życiu siłą woli Brennusa, ale wciąż zachowywały pamięć swojej fizycznej egzystencji.

„Nie możesz ich zranić zwykłym żelazem” – zaśmiał się druid. „Ale oni mogą zranić was wszystkich. Na śmierć.”

Machnął ręką, a jeden z łańcuchów zwisłych nad naszymi głowami opadł z hukiem jak kowadło, łapiąc Barbarę za kostkę. Uniosła się do góry z krzykiem. Podwinięta sukienka odsłoniła sine ślady tam, gdzie łańcuch wgryzł się w ciało.

— Barbara! — Jerzy rzucił się, żeby ją złapać, ale było za późno.

Kobieta wisiała teraz trzy metry nad ziemią, a z jej kostki kapała krew na kamienną podłogę. Krople uderzały o kamień z dźwiękiem jak odliczanie do egzekucji.

Ale wtedy stało się coś, czego się nie spodziewałem. Stary historyk nie próbował fizycznie walczyć z łańcuchami. Zamiast tego zaczął recytować w łacinie, ale to nie była zwykła łacina – były to słowa tak stare, że powietrze wokół nich zaczęło się jakby skręcać, kreśląc w przestrzeni runy, które płonęły srebrnym światłem.

I łańcuch puścił Barbarę.

Spadła na ziemię z jękiem bólu, ale żyła.

„Niemożliwe!” – wrzasnął Brennus, a wszystkie jego serca zabiły jak oszalałe. „Skąd znasz słowa pierwotnej mocy?!”

— Bo nie jestem tylko historykiem — odpowiedział Jerzy, łapiąc spadającą Barbarę i pomagając jej wstać. — Jestem potomkiem tych kapłanów, którzy cię związali dwa tysiące lat temu. I pamiętam ich słowa. I ich gniew.

Jerzy zaczął mówić coś w języku starożytnym – nie po łacinie, ale w czymś znacznie starszym, w języku, który był stary, gdy budowano Stonehenge. Jego głos nabierał mocy z każdym słowem, a amulety w jego rękach zaczęły płonąć srebrzystym światłem tak jasnym, że niemieckie zombie zaczęły się cofać, zasłaniając twarze.

Niemieccy żołnierze zaczęli się rozpuszczać – dosłownie rozpuszczać, jakby byli zrobieni z wosku trzymanego zbyt blisko ognia. Ich mundury odpadały kawałkami, odsłaniając kości, które szybko zamieniały się w proch.

A sam Brennus cofnął się o krok, a potem o drugi.

— Jerzy! — krzyknąłem. — Kontynuuj! To działa!

Ale wtedy Agnieszka wydała ostatni, przerażający krzyk – krzyk, który rozdarł powietrze jak materiał, spowodował, że z sufitu posypały się kamienie, a z ust wszystkich wiszących ofiar popłynęła krew.

A z jej łona wyłoniło się w pełni dziecko.

Ale to nie było normalne dziecko. Miało rozmiar noworodka, ale twarz starożytnego mędrca z oczami jak gwiazdy supernowe – czarnymi, ale pełnymi płonącej energii. Gdy otwarło usta, zamiast płaczu wydało dźwięk jak ryk tysiąca smoków mieszany z krzykiem wszystkich ofiar piekła.

A najgorsze było to, że gdy na nas spojrzało, poczuliśmy jego inteligencję. To nie był noworodek. To był tysiącletni umysł w ciele dziecka.

„NARESZCIE!” – zawył Brennus i sięgnął po dziecko. „NARESZCIE MOGĘ SIĘ ODNOWIĆ!”

To było teraz albo nigdy.

Rzuciłem się w stronę ołtarza, ignorując zmierzające w moim kierunku dłonie niemieckich duchów, które wciąż próbowały się zmaterializować. Runy na moim ciele płonęły białym ogniem – odkryłem, że gdy działam wbrew woli Brennusa, jego własne oznaczenia obracają się przeciwko niemu.

Chwyciłem dziecko na sekundę przed Brennusem.

Było gorące jak rozżarzony metal, ale trzymałem je mocno, choć skóra na moich dłoniach zaczęła się palić i obierać. W tej chwili poczułem jego prawdziwą naturę – to była pradawana dusza, uwięziona w ciele niemowlęcia. Dusza druida sprzed dwóch tysięcy lat, który próbował się odrodzić przez mękę niewinnego dziecka.

— To nie jest dziecko Agnieszki! — krzyknąłem do Tomka, którego niemiecki oficer wciąż dusił. — To jest on! To jest młody Brennus próbujący się odrodzić!

„Oddaj mi to, co moje!” – ryczał druid, rzucając się na mnie wszystkimi swoimi splątanymi rękami.

Ale Jerzy wciąż recytował swoje zaklęcia, a jego słowa tworzyły niewidzialną barierę z czystej siły woli. Brennus uderzył w nią jak w szklaną ścianę i odbił się z wyciem bólu, które było głośniejsze niż krzyk wszystkich wiszących ofiar razem wziętych.

— Mariusz! — krzyknęła Barbara, kuśtykając na obolałej nodze. — Dokumenty mojego ojca! Tam jest opisany sposób na zniszczenie duszy druida!

Rzuciła mi jakiś pożółkły papier. Przeczytałem go w biegu, tłumacząc znaczenie łacińskich słów. Rytuał zniszczenia wymagał… wymagał dobrowolnego poświęcenia się naznaczonego przez Brennusa. Ktoś, kto nosi jego runy, musi przyjąć całe jego zło na siebie i pozwolić mu się pochłonąć.

Kogoś takiego jak ja.

— Mariusz, nie! — krzyknął Tomek, odgadując moje zamiary.

Ale nie miałem wyboru. Dziecko w moich ramionach zaczynało się rozpadać – to była tylko czasowa inkarnacja, powłoka dla prawdziwej duszy. Prawdziwa istota Brennusa wciąż była w jego dorosłym, stwórczym ciele.

Położyłem dziecko na ziemi i sięgnąłem do kieszeni po ostatni amulet – ten, który dostałem od Jerzego. Był to kamień runiczny, wykuty przed dwoma tysiącami lat przez kapłanów, którzy związali Brennusa po raz pierwszy. Teraz płonął w mojej dłoni jak kawałek słońca.

— Jerzy! — krzyknąłem. — Jak zakończyć rytuał wiązania?

— Ktoś naznaczony musi dobrowolnie wziąć na siebie całe zło druida! — odpowiedział, nie przerywając swojego recytowania. — Ale to oznacza śmierć! Nie przeżyjesz tego!

— Wiem!

Uniosłem kamień nad głowę. Runy na moim ciele zaczęły płonąć tak jasno, że oświetliły całą komorę jak fajerwerki. Brennus, widząc co zamierzam zrobić, rzucił się na mnie z wyciem, które mogło obudzić wszystkich umarłych w promieniu stu kilometrów.

„NIE! JESTEŚ MOJE! NALEŻYSZ DO MNIE! JESTEM TWOIM PANEM!”

— Nigdy — powiedziałem i z całej siły uścisnąłem kamień runiczny.

Ból był nie do opisania. Czułem, jak wszystkie runy na moim ciele eksplodują jednocześnie, jak energia Brennusa przepływa przez mnie jak rzeka roztopionego metalu, paląc wszystko na swojej drodze. Ale trzymałem kamień, czając jak żywego węża, który próbował mi się wyrwać i spalić mi wnętrzności.

Brennus zaczął się kurczyć. Jego ogromne ciało zaczęło się zapadać do środka jak balon, z którego ucieka powietrze, a wszystkie serca w jego piersi zaczęły eksplodować jedno po drugim, rozbryzgując czarną krew po ścianach komory.

Niemieccy żołnierze rozpłynęli się jak dym, a łańcuchy z sufitu spadły z brzękiem, uwalniając wiszące na nich ciała, które opadły na podłogę z mokrymi odgłosami.

„Nie możesz mnie zniszczyć!” – krzyczał druid, a jego głos stawał się coraz wyższy, coraz bardziej dziecinny. „Jestem wieczny! Jestem bogiem! Jestem…”

— Jesteś skończony — powiedziałem, czując jak moje własne życie wypływa z mojego ciała razem z jego mocą.

Kamień runiczny w mojej dłoni rozpękł się na pół, uwalniając energię nagromadzoną przez dwa tysiąclecia. Była to energia poświęcenia, miłości, nadziei, rodzicielskiej czułości – wszystko, co przez wieki przeciwstawiało się temu, czym był Brennus.

Druid implodował. Nie eksplodował – implodował, jak gwiazda zapadająca się w czarną dziurę. Jego krzyk stawał się cichy, coraz młodszy, aż wreszcie był to tylko płacz niemowlęcia, a potem i to ucichło całkowicie.

A potem nastała cisza.

Cisza jak w grobie.

Leżałem na kamiennej podłodze, czując jak moje siły odchodzą razem z krwią sączącą się z run, które teraz były już tylko bliznami. Tomek klęczał przy Agnieszce, która oddychała ciężko, ale była żywa i przytomna. Barbara i Jerzy pomogli sobie wstać, wstrząśnięci, zakrwawieni, ale żywi.

— Mariusz! — Tomek podbiegł do mnie, zostawiając żonę w objęciach Barbary. — Trzymaj się! Wyciągniemy cię stąd!

Pokręciłem głową. Widziałem własne dłonie – runy rozprzestrzeniły się już po całym ciele, ale teraz były ciemne, martwe. Byłem więcej duchem niż człowiekiem.

— Nie mogę stąd wyjść — wyszeptałem, a każde słowo kosztowało mnie kawałek duszy. — Ktoś musi zostać i pilnować tego miejsca. Ktoś, kto ma w sobie jego moc, ale nie jego złość. Ktoś, kto dobrowolnie się poświęcił.

— Ale…

— Zaopiekuj się żoną i dzieckiem — przerwałem mu. — Prawdziwym dzieckiem, które przyjdzie na świat za dwa miesiące. I pamiętaj… to, co tutaj było, naprawdę jest skończone. Na zawsze.

Chciałem powiedzieć coś więcej, ale siły mnie opuściły. Ostatnią rzeczą, którą pamiętam, było jak Tomek bierze na ręce Agnieszkę, a Jerzy i Barbara pomagają mu wydostać się z komory, opuszczając mnie w dobroci ciemności.

A potem została tylko cisza i spokój. 

I ciemność.

Ale to była dobra ciemność. Ciemność bez Brennusa. Ciemność bez zła.


Rok później

Wiatrak w Polkowicach został wreszcie odrestaurowany. Teraz to piękny zabytek, który przyciąga turystów z całego regionu. Burmistrz Małecki dostał awans do zarządu województwa. Barbara Kowalczyk napisała książkę o przedwojennej historii miasta, która została bestsellerem.

Jerzy Szczepański prowadzi teraz prywatną praktykę – pomaga ludziom z „nietypowymi problemami”. Ma więcej klientów, niż potrafi obsłużyć.

Tomek i Agnieszka Siwiakowie zostali w Polkowicach. Ich córka, Helena, urodziła się zdrowa i normalna. Czasami, gdy Tomek pracuje wieczorami nad projektami, widzi przez okno postać mężczyzny stojącego przy wiatraku. Ale ta postać nie emanuje złem – przeciwnie, wydaje się strzec miasta.

A ja? Przeżyłem, choć nikt nie wie jak. Znaleźli mnie trzy dni później w lesie za miastem, nieprzytomnego, ale żywego. Runy zniknęły z mojego ciała, jakby nigdy ich tam nie było. Lekarze mówili o cudownym uzdrowieniu, ja wolę nie zadawać zbyt wielu pytań. Ale pamiętam fragmenty. Głos kobiety, która mnie wzywała z ciemności – głos słyszany wcześniej, ale nie mogę go umiejscowić. Zapach dzikiej róży w miejscu, gdzie nie powinno być żadnych kwiatów. I oczy. Stare, mądre oczy, które patrzyły na mnie z troską, jakby znały mnie od stuleci. Ktoś mnie wyniósł z tej krypty, ktoś mnie ocalił – ale kto? I dlaczego? Czasami, późnym wieczorem, czuję na sobie czyjeś spojrzenie. Odwracam się, ale nikogo nie ma. Tylko cień, który zdaje się machać na pożegnanie, zanim zniknie między drzewami. I wtedy wiem, że mam nad sobą opiekę. Opiekę kogoś, kto wie o moim przeznaczeniu więcej, niż ja sam.

Brennus nie żyje – o tym jestem pewien. Ale świat pełen jest starożytnego zła, które od wieków czeka na swoją kolej. I czasami, gdy telefon dzwoni późną nocą, wiem, że kolejna przygoda właśnie się zaczyna.

Bo niektórzy mają przeznaczenie, od którego nie można uciec.

A ja jestem jednym z nich.

Darmowa wróżba z kart tarota

Dodaj komentarz