You are currently viewing Kładka Przeklętych. Polkowice nigdy nie zasypiają…

Kładka Przeklętych. Polkowice nigdy nie zasypiają…

Wstęp

Jestem Mariusz Czarnecki. Mieszkam w Polkowicach i zajmuję się tym, co większość ludzi nazywa „paranormalnymi zjawiskami”. Pomagam ludziom rozwiązywać problemy, z którymi nie poradzi sobie ani policja, ani psycholog, ani ksiądz. Demony, duchy, klątwy, opętania – to moja codzienność od kilku lat.

Nie jestem szarlatanem. Nie wróżę z fusów ani nie sprzedaję amuletów za bajońskie pieniądze. Po prostu widzę rzeczy, których inni nie widzą. I umiem z nimi walczyć. Ta historia zaczęła się od zwykłego telefonu o świcie. Anna Kowal dzwoniła, bo jej brat Paweł zaginął. Ostatni raz widziano go na kładce nad S3 – tej betonowej konstrukcji, która łączy osiedle Nowe Polkowice z centrum miasta.

Kładka dla pieszych nad drogą S3 w Polkowicach została wybudowana w latach 2012–2013. Połączyła osiedle Nowe Polkowice z centrum miasta, zapewniając bezpieczne przejście dla pieszych nad ruchliwą trasą. Zwykła, szara, betonowa konstrukcja. Nic specjalnego. Przynajmniej tak myślałem na początku. Ale ta kładka kryła tajemnicę, która sięgała głębiej niż którykolwiek z przypadków, z jakimi miałem do czynienia. Tajemnicę, która łączyła świat żywych ze światem umarłych. Tajemnicę, która kosztowała już kilka istnień ludzkich. I tajemnicę, która niemal kosztowała życie mnie i Ilonę Wiśniewską – jedyną osobę w Polkowicach, która potrafi czytać przeszłość miejsc i przedmiotów.

To nie jest przyjemna historia. Jest o bólu, zemście, sprawiedliwości i o tym, gdzie przebiega granica między jednym a drugim. Jest o tym, że czasem nawet po śmierci nie ma spokoju. I o tym, że czasem jedynym sposobem na znalezienie pokoju jest wybaczenie.

Jeśli wierzysz tylko w to, co widzisz, możesz przestać czytać. Ta historia nie jest dla ciebie.

Ale jeśli kiedykolwiek czułeś, że świat kryje więcej tajemnic, niż chce nam pokazać – czytaj dalej.

Opowiem ci o kładce, która co 28 dni stawała się bramą do piekła. O dziewczynie, która po śmierci stała się strażniczką tego miejsca. I o tym, co się dzieje, gdy sprawiedliwość zmienia się w zemstę.

A wszystko zaczęło się od tego przeklętego telefonu o szóstej rano…


Paweł Kowal miał dwadzieścia jeden lat i właśnie skończył najgorszy wieczór swojego życia. Nie dlatego, że Kasia go olała na imprezie u Tomka, choć to bolało jak diabli. Nie dlatego, że wydał ostatnie sto złotych na wódkę, którą wypił w samotności, gdy wszyscy inni bawili się na parkiecie. Najgorszy był ten moment, kiedy zobaczył, jak Kasia całuje się z Łukaszem przy barze. Wtedy wiedział, że musi stąd wyjść, zanim zrobi coś głupiego. Teraz szedł przez nocne Polkowice, potykając się o nierówności chodnika. Alkohol robił swoje – świat kołysał się lekko, a w uszach szumiało jak w muszli.Sprawdził telefon. 23:18.

 – Kurwa, jak późno – pomyślał. – Jutro praca w magazynie o szóstej rano. Będzie miał kaca jak diabeł, ale jakoś to przejdzie. Zawsze przechodził.

Dotarł do dawnego dworca PKS. Prosto do domu czy przez kładkę? Kładka była krótsza trasą, ale w tym stanie jakim był trochę bał się iść nawet przez tą nowoczesną budowlę… Machnął ręką. Przecież to tylko parę kroków więcej niż przez skrzyżowanie obok McDonalda. Co może się stać?

Ruszył w stronę kładki nad S3. Latarnie rzucały długie cienie na asfalt, a z dołu dochodził jednostajny szum przejeżdżających ciężarówek. Polkowice spały, tylko on błąkał się jak idiota po ulicach, rozmyślając nad tym, co powiedział Kasi źle, gdzie zawalił, dlaczego zawsze był tym gorszym wyborem.

Stanął u podnóża kładki. Betonowa i zarazem nowoczesna konstrukcja wyglądała właściwie zwyczajnie – drewniano-stalowe solidne barierki, szara nawierzchnia, nic specjalnego. Zaczął wchodzić po łagodnym podjeździe, gdy nagle coś się zmieniło. Gdzie miał być środek kładki, teraz ziała czarna dziura. Zamiast dalszej części mostu widział kamienne schody prowadzące w dół, otoczone mgłą, która falowała jak żywy organizm. Z głębi dochodziły dźwięki – jęki, szepty, a czasem wyraźne słowa.

— Paweł… Paweł, tu jestem…

Zamarł. To głos Tomka. Tego samego Tomka, u którego była dzisiejsza impreza. Ale jak to możliwe? Tomek został w mieszkaniu, był trzeźwy, jechał do domu swoim autem…

— Paweł, pomóż mi, kurwa… Spadłem tutaj… Noga mi sterczy…

Podszedł bliżej do krawędzi schodów. Mgła była gęsta, ale gdzieś w dole migotało słabe światło. Jakby ktoś trzymał telefon z włączoną latarką.

— Tomek? Tomek, jesteś tam?

— Tak, jestem… Boże, jak dobrze, że przyszedłeś… Nie wiem, co się stało, szedłem przez kładkę i nagle… Schody, wszędzie schody… Spadłem…

Paweł spojrzał za siebie. Kładka wyglądała normalnie – po jego stronie był zwykły beton, barierki, latarnie. Ale przed nim zionęła otchłań ze schodami, które nie powinny istnieć. Jutro wytrzeźwieje i będzie się śmiał z tego bzdurnego halucynacji.

 Ale głos Tomka brzmiał tak prawdziwie, tak pełen bólu…

— Zaraz schodzę, stary…

Postawił stopę na pierwszym stopniu. Kamień był zimny i śliski. Mgła natychmiast otoczyła mu nogę, a temperatura spadła o kilka stopni. Drugi stopień. Trzeci. Coraz gęstsza mgła. Coraz mniej widać było latarni nad kładką.

— Tomek, gdzie jesteś?

— Tutaj, jeszcze kawałek w dół… Widzę twoje światło…

Ale Paweł nie miał żadnego światła. Telefon został w kieszeni kurtki, a latarkę miał wyłączoną. Z czego więc Tomek widział blask?

Szedł dalej po schodach, które wciąż prowadziły w dół. Dziesięć stopni. Dwadzieścia. Pięćdziesiąt. To niemożliwe – kładka była przecież nie aż tak wysoko, a on schodził już od kilku minut. Gdzie się podział ruch na drodze? Dlaczego nie słychać już samochodów?

— Tomek!

Krzyk odbił się echem, ale nikt nie odpowiedział. Paweł stanął i rozejrzał się. Dookoła była tylko mgła i kamienne schody. Gdy spojrzał w górę, nie widział już latarni. Nie widział niczego. Tylko ciemność.

Próbował wrócić, ale gdy odwrócił się, schody ciągnęły się także w drugą stronę. W górę i w dół. Wszędzie te same kamienne stopnie, pokryte śluzem i dziwnymi, ciemnymi plamami.

— Co to kurwa jest…

Głos mu drżał. Alkohol nagle zupełnie mu wyparował. Adrenalina biła mu pod czaszką jak młot. To nie mogło być prawdziwe. To był jakiś koszmarny sen, halucynacja, cokolwiek…

Z mgły wyłonił się zarys postaci. Wysoka, chuda, z długimi włosami. Kobieta w białej sukni, ale suknia była brudna, podarta, jakby ktoś ją ciągnął po ziemi.

— Witamy w domu, Pawle Kowal…

Mówiła jego nazwisko. Skąd znała jego nazwisko?

— Kim jesteś? Gdzie jest Tomek?

— Tomka tu nie ma, Pawle. Tomek jest bezpieczny w swoim łóżku i śpi po imprezie. To co słyszałeś, to był tylko sposób, żeby cię tu ściągnąć…

Kobieta podeszła bliżej. Jej twarz była blada jak mleko, a oczy… oczy były całkowicie czarne. Nie było w nich białek, źrenic, niczego. Tylko czerń jak studnia.

— Kto… kim jesteś?

— Strażniczką. Dbam o to, żeby nowi mieszkańcy poczuli się tu jak w domu. A ty będziesz tu mieszkał bardzo, bardzo długo, Pawle…

Próbował uciekać, ale nogi miał jak z waty. Mgła stawała się coraz bardziej nieprzenikniona, coraz zimniejsza. Kobieta wyciągnęła ku niemu ręce – były białe jak kość i zakończone długimi, czarnymi pazurami.

— Twoje miejsce jest przygotowane. Twój demon czeka. Będziesz cierpiał za każdy grzech, którego się dopuściłeś, i za te, których dopuszczą się inni…

— Jakie grzechy? Ja nic złego nie robiłem!

— Ach, Pawle… Wszyscy to mówią na początku…

Kobieta cofnęła się o krok i Paweł zobaczył, co było za nią. Mgła się rozstąpiła i ukazała bezkresną równinę pokrytą popiołem. Wszędzie, jak okiem sięgnąć, stały rzędy krzyży, gilotyn, kół tortur. Przy każdym narzędziu męki znajdowała się postać – ludzka, ale już nie całkiem. Niektórzy mieli powyrywane gałki oczne, inni porozrywane usta, jeszcze inni wisieli na hakach wbitych w żebra.

I wszyscy krzyczeli.

Krzyk tysiąca gardeł wznosił się ku niebu jak apokaliptyczny chór. Jęki, błagania, przekleństwa mieszały się w jeden długi, przejmujący dźwięk. Niektóre głosy były znajome – Paweł słyszał w tej kakofonii swoją matkę, ojca, byłe dziewczyny, kolegów ze szkoły. Wszyscy, których kiedykolwiek skrzywdził słowem, gestem czy myślą.

— Widzisz ich? — szeptała kobieta wprost do jego ucha. — To są twoi dłużnicy. Za każdą łzę, którą ktoś wylał przez ciebie, za każde złamane serce, za każde okłamanie. Wszyscy ci, których zraniłeś, czekają na sprawiedliwość…

W oddali, między narzędziami tortur, przesuwały się cienie. Demony wielkości słoni, z głowami zepsutych zwierząt, ciągnęły za sobą łańcuchy z ludzkimi czaszkami. Ich oczy płonęły jak węgle, a z paszczami ociekała smoła.

— Ale ja… ja nikogo nie zabiłem… Nigdy nikomu nie zrobiłem nic strasznego…

— Naprawdę? — Kobieta nachyliła się nad nim. — A Anna Kozłowska z siódmej klasy? Pamiętasz Annę? Tę grubą, brzydką dziewczynę, którą ty i twoi koledzy wyzywaliście od świń? Tę, która płakała w toalecie po każdej lekcji?

Paweł pamiętał. Anna. Ta dziwna dziewczyna, która zawsze nosiła za duże swetry i miała pryszcze na twarzy. Tak, wyśmiewali ją. Ale to były żarty. Dziecięce żarty.

— Powieś się — powiedziała kobieta głosem Anny. — Powieś się, bo jesteś do niczego. Tak jej powiedziałeś, pamiętasz? Była czternastoletnia. Uwierzyła ci.

— Nie… To nie było… To nie było poważnie…

— Znaleziono ją w piwnicy. Powróz z suszarki. Szyja złamana. Była martwa przez trzy dni, zanim ktoś ją znalazł.

Paweł nie wiedział o samobójstwie Anny. Nie wiedział, że po wakacjach już nie wróciła do szkoły. Nie zadawał takich pytań.

Z równiny tortur dochodziły nowe dźwięki. Metaliczny świst biczów, trzask łamanych kości, skwierczenie żelaza w płomieniach. Nad tym wszystkim unosił się słodkawy zapach spalenizny i gnijącego mięsa.

— Twoje miejsce jest już gotowe, Pawle Kowal…

Mgła znowu go otoczyła, ale teraz była gorąca jak dech z paleniska. Lodowate palce kobiety dotknęły jego czoła i nagle… nagle był już nie na schodach. Stał na równinie usłanej popiołem, a przed nim wznosił się drewniany krzyż. Do ramion już miał przybite gwoździe.

— Nie! Nie!

Krzyczał, ale jego głos zginął wśród tysięcy innych krzyków. Demony z głowami szakali i hieny zbliżały się do niego, niosąc młoty i jeszcze więcej gwoździ.

A nad wszystkim, z wysokiej wieży z czarnego kamienia, obserwowała go kobieta w białej sukni. Teraz już wiedział, kim była.

Była Anną Kozłowską. I czekała na niego od dziesięciu lat.

kładka przeklętych

O 23:48 kładka nad S3 wyglądała znowu normalnie. Betonowa konstrukcja, metalowo-drewniane barierki, szara nawierzchnia. Nic specjalnego. Ciężarówki jeździły w dole, latarnie świeciły spokojnie. Gdyby ktoś przechodził tamtędy następnego dnia rano, znalazłby tylko telefon Pawła Kowala, leżący na środku kładki z rozbitym ekranem. Policja uznałaby to za zwykłe zagubienie. Albo kradzież. Takie rzeczy się zdarzają. Ale gdyby ktoś wiedział, gdzie szukać, i gdyby miał odpowiednie umiejętności, mógłby zauważyć ślady. Energetyczne odciski. Wspomnienia zatrzymane w kamieniu i betonie.

Ilona Wiśniewska wiedziała, gdzie szukać. I miała odpowiednie umiejętności.

Telefon o świcie

Obudziłem się z tym przeklętym snem znowu. Tym samym, który nawiedzał mnie od trzech miesięcy – stałem w płonącym kościele, a z konfesjonału wychodziły dzieci z wyrwanymi oczami. Zawsze te same dzieci, zawsze ten sam płacz, zawsze ten sam moment, kiedy jedna z nich – dziewczynka z blond włosami – wyciągała ku mnie zakrwawione ręce i szeptała: „Dlaczego nie uratowałeś nas wcześniej?”

Dlaczego. Przeklęte pytanie, które zadawałem sobie codziennie od sprawy w Prudniku. Tam też było za późno. Tam też dzieci cierpiały, zanim w ogóle się dowiedziałem o problemie.

Wstałem z łóżka i spojrzałem na zegarek. Szósta rano. Za oknem wciąż było ciemno – listopadowe Polkowice budziły się powoli, a ja już wiedziałem, że nie zasnę. Sny o dzieciach były najgorsze. Po takich snach mogłem tylko wstać, zaparzyć kawę i sprawdzić pocztę, licząc, że ktoś napisze z jakąś sprawą, która zajmie mój strapiony umysł. Cokolwiek, żeby zagłuszyć te głosy w głowie. Mieszkanie wyglądało jak księgarnia po trzęsieniu ziemi. Książki piętrzyły się wszędzie – na półkach, na podłodze, na parapetach. „Klucz Salomona” obok „Demonologii” Roda Ferrella, „Necronomicon” Lovecrafta tuż przy „Malleus Maleficarum” w tłumaczeniu z łaciny. Na biurku leżały runy – kamienne, drewniane, metalowe. Obok nich fiolki z ziołami, których nazwy większość ludzi nie potrafiłaby nawet wymówić. Życie rytualisty. Brzmi egzotycznie, prawda? W rzeczywistości to znaczy, że mieszkasz sam, śmierdzisz ci w domu kadzidłami i siarką, a jedyną rozmową z ludźmi są telefony od tych, którym demony namieszały w życiu. Romantyczne jak cholera.

Poszedłem do kuchni zaparzyć kawę. Na blacie leżały jeszcze zapiski z wczorajszej sprawy – jakiś facet z Wrocławia twierdził, że jego zmarła żona gości po nocach w jego mieszkaniu i przestawia meble. Typowy przypadek smutnej rzeczywistości wdowca, który nie potrafił się pogodzić z tym, że kobieta w końcu spoczęła w spokoju. Czasem ludzie nie chcą, żeby ich bliscy odeszli, więc podświadomie ich wzywają. Napisałem mu, że ma zapalić białą świecę, przeprosić małżonkę za to, że ją zatrzymuje, i pozwolić jej odejść. Za darmo oczywiście. Takie rzeczy to nie był biznes, tylko ludzka przyzwoitość.

Ale były też prawdziwe sprawy. Jak ta w Prudniku.

Usiadłem przy kuchennym stole z kubkiem kawy i zaciągnąłem się papierosem. Już drugi dzisiaj, a nie było jeszcze siódmej. Kiepski nawyk, ale w mojej pracy nerwy trzeba było jakoś uspokajać. Albo papierosami, albo alkoholem. Wybrałem to pierwsze, bo z demonami lepiej dyskutować na trzeźwo.

Telefon zadzwonił, kiedy dopijałem pierwszą kawę. Numer nieznany. O tej porze dzwonili tylko ludzie z naprawdę poważnymi problemami. Albo ci, którzy całą noc nie spali z powodu tego, co się działo w ich życiu.

— Tak słucham?

Głos miałem zachrypnięty od papierosów i krótkiej nocy. Za oknem było już jaśniej, ale wciąż czułem się, jakbym przespał może z godzinę.

— Pan Mariusz Czarnecki? Ten od… od tych rzeczy?

Kobieta. Młoda, sądząc po głosie. Przestraszona, ale próbująca tego nie okazywać. Słyszałem w jej tonie ten znajomy mix desperacji i zawstydzenia. Wszyscy zaczynali tak samo – nie bardzo wiedząc, jak określić to, czym się zajmuję.

— Zależy, jakich rzeczy. Jeśli chodzi pani o demony, duchy, klątwy i podobne przyjemności, to tak. Jeśli o hydraulikę, to się pani pomyliła.

Ironia to była moja tarcza. Zawsze gdy ktoś dzwonił tak wcześnie, z takim głosem, wiedziałem, że za chwilę usłyszę historię, która zostanie mi w głowie na długo. Lepiej było od razu zdystansować się trochę, zanim emocje mnie wciągną.

— Potrzebuję pomocy. Mój brat zaginął. Policja umorzyła sprawę, ale ja wiem, że to nie jest… normalne zaginięcie.

Usiadłem prosto. Zagubione osoby to był mój chleb powszedni. Połowa dzwoniła, bo ktoś po prostu wyjechał z domu po kłótni z żoną czy chłopakiem. Druga połowa miała rację – działo się coś nadprzyrodzonego. Problem w tym, że nie było sposobu, żeby z góry ocenić, do której grupy należy dzwoniący.

— Słucham. Proszę wszystko opowiedzieć od początku. I spokojnie, bez pośpiechu.

Miałem już przygotowany notes i długopis. Po latach nabrałem nawyku zapisywania wszystkiego. Szczegóły, które na pierwszy rzut oka wydawały się nieważne, często okazywały się kluczowe.

— Nazywam się Anna Kowal. Mieszkam w Polkowicach… na Dolnych… Mój brat Paweł zaginął dwa tygodnie temu, w nocy z piątku na sobotę. Wracał z imprezy i… zniknął. Znaleźli tylko jego telefon na kładce nad S3. Tej, która łączy centrum z Polkowicami Dolnymi.

Zapisałem: „Anna Kowal, brat Paweł, kładka S3”. Kładka. Już drugie w tym roku zaginięcie w okolicy tej kładki. Pierwszy przypadek był w marcu – siedemnastolatka wracająca z dyskoteki. Też znaleziono tylko telefon. Wtedy pomyślałem, że to może być samobójstwo albo napaść. Teraz zaczynałem myśleć inaczej.

— Proszę mi powiedzieć dokładnie, o której godzinie brat opuścił imprezę i gdzie ona się odbywała.

— Około jedenastej wieczorem. Impreza była u jego kolegi Tomka na osiedlu Centrum. Paweł był… pijany. Nie nawalony jak świnia, ale pijany. Tomek mówi, że wyszedł bez słowa, jakby na kogoś się obraził.

— I przeważnie chodził tędy do domu? Przez kładkę?

— Nie, na ogół chodził obok McDonalda . Kładka to była dłuższa droga. Nie wiem, dlaczego tamtędy poszedł…

Wstałem i podszedłem do okna. Listopadowe Polkowice wyglądały ponuro – niskie chmury, mżawka, ludzie skuleni pod parasolami. Typowy sezon na duchy i demony. Im gorsza pogoda, tym więcej roboty. Nie wiem dlaczego, ale nadprzyrodzone zjawiska uwielbiały jesienne i zimowe wieczory.

— Pani Aniu, czy przed zaginięciem brata działo się coś dziwnego? Sen, który go niepokoił? Może wspominał o jakichś głosach, wizjach?

— Nie… To znaczy, był ostatnio smutny, ale to przez dziewczynę. Zerwała z nim miesiąc temu. Ale to raczej nic paranormalnego.

— A czy on kiedykolwiek was interesował ezoteryką? Tarot, ouija, kontakty z duchami?

— Broń Boże. Paweł to był materialista. Wierzył tylko w to, co mógł zobaczyć. Śmiał się z ludzi, którzy chodzą do wróżek.

Ciekawe. Zazwyczaj ofiary nadprzyrodzonych zjawisk to były osoby w jakiś sposób wrażliwe na nie. Ludzie, którzy sami szukali kontaktu z tamtą stroną albo mieli w rodzinie historię podobnych doświadczeń. Ale czasem zło po prostu szukało przypadkowych ofiar.

— Pani Aniu, ja się tym zajmę. Ale muszę panią ostrzec – jeśli to jest rzeczywiście sprawa nadprzyrodzona, może się okazać, że brata już nie znajdziemy żywego. – Zrobiłem pauzę. 

Milczała przez długą chwilę. Słyszałem jej ciężki, nierówny oddech.

— A jeśli znajdzie pan… odpowiedzi? Jeśli dowie się pan, co się stało?

— To też jest możliwe. Czasem odpowiedzi to jedyne, co można znaleźć.

— Ile to będzie kosztować?

Zawsze to pytanie. Rozumiałem – ludzie musieli wiedzieć, na co się piszą. Ale nie lubiłem mówić o pieniądzach w takich momentach.

— Nic, dopóki nie znajdę pani brata albo odpowiedzi na to, co się stało. Jeśli go znajdę żywego, zapłaci pani tyle, ile uzna za stosowne. Jeśli znajdę tylko prawdę… płaci pani za benzynę.

— Dlaczego robi pan to za darmo?

— Bo kiedyś też ktoś pomógł mi za darmo. I bo łatwiej mi się śpi, gdy wiem, że komuś pomogłem.

To nie była do końca prawda. Prawda była taka, że i tak źle spałem, więc mogłem przynajmniej źle spać z czystym sumieniem. Ale nie było sensu komplikować sprawy.

— Kiedy możemy się spotkać?

— Dzisiaj po południu. Ale najpierw muszę skontaktować się z osobą, która mi pomoże w śledztwie. Znam kogoś w Polkowicach, kto ma… specjalne umiejętności.

— Jakie umiejętności?

— Czyta przeszłość miejsc i przedmiotów. Widzi rzeczy, które tam się wydarzyły. Jeśli coś się stało na tej kładce, ona to zobaczy.

Anna znowu milczała. Pewnie myślała, że jest takim samym szaleńcem jak wszyscy, którzy zajmują się „tymi rzeczami”. Nie miałem jej tego za złe. Sam kiedyś tak myślałem.

— Dobrze. Zaufaj panu. Ale proszę… proszę znaleźć mojego brata.

— Zrobię wszystko, co będę mógł.

Skończyłem rozmowę i oparłem się o parapet. Kładka nad S3. Druga ofiara w tym roku. A może trzecia, jeśli liczyć tego pijaczka z maja, którego sprawę też szybko umorzono. Za dużo jak na przypadek. Musiałem zadzwonić do Ilony. To ona będzie kluczem do rozwiązania tej zagadki. Jeśli ktoś potrafi odczytać, co dzieje się na tej kładce, to tylko ona.

Przez okno zobaczyłem, że przestało padać. Słońce przebijało się przez chmury, rzucając długie cienie na ulicę. Dzień nie zapowiadał się najgorzej. Może uda się go skończyć z jakąś odpowiedzią.

A może skończy się kolejną tragedią. W mojej pracy nigdy nie można było być pewnym.

Dwójka życia

O trzeciej po południu stałem przed urzędem miasta w Polkowicach, paląc papierosa pod daszkiem wejścia głównego. Mżyło od rana – taki nieprzyjemny, przenikliwy deszcz, od którego człowiek przemaka do kości nawet pod parasolem. Idealny dzień na duchy i inne nieczystości. Zawsze tak było – im bardziej paskudna pogoda, tym więcej roboty dla takich jak ja. Wiedziałem, że Ilona kończy pracę punktualnie o piętnastej. Była jedną z tych osób, które nigdy się nie spóźniają i nie zostają w pracy ani minuty dłużej niż muszą. Szanowałem to w niej. W świecie, gdzie większość ludzi żyje w chaosie, jej punktualność działała na mnie uspokajająco. Znałem ją od dwóch lat. Poznaliśmy się na targach ezoterycznych we Wrocławiu, gdzie ona miała stoisko z minerałami i kryształami, a ja sprzedawałem konsultacje z kart Tarota w rogu hali. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że ta spokojna księgowa w garniturze ma dar, którego większość ludzi nawet nie potrafiłaby zrozumieć.

Kroniki Akaszy. Brzmi jak jakiś New Age’owy bełkot z tych wszystkich książek o czakrach i anielskiej energii, prawda? Ale Ilona naprawdę potrafiła czytać przeszłość rzeczy i miejsc. Widziała obrazy z dawnych czasów, słyszała rozmowy, które toczyły się lata, czasem dziesięciolecia wcześniej. Pierwszy raz pokazała mi to w moim własnym mieszkaniu – dotknęła starej szafy po babci i opowiedziała mi rzeczy o mojej rodzinie, których nawet nie wiedziałem. Właśnie wtedy zrozumiałem, że jej dar jest autentyczny. Że wśród morza ezoterycznych szarlatanów trafiłem na kogoś, kto naprawdę posiada nadprzyrodzone umiejętności. Drzwi urzędu otworzyły się o piętnastej zero pięć. Wyszła na zewnątrz w swoim szarym garniturze, z włosami związanymi w kok, z teczką w ręku. Wyglądała jak każda inna urzędniczka – osoba z  życia publicznego, którą można spotkać w każdym polskim urzędzie. Ale ja wiedziałem, co się kryje pod tą fasadą.

— Cześć, Mariusz. Dzwoniłeś w sprawie kładki?

Bez zbędnych ceremonii. Tak ją lubiłem. Żadnego ezoterycznego patosu, żadnego udawania tajemniczej wyroczni. Praktykowała swoją umiejętność jak lekarz czy mechanik – fachowo, bez przepychu.

— Tak. Kolejne zaginięcie. Już trzecie w tym roku.

— Trzecie? Słyszałam o dwóch…

— Bo trzeci przypadek był w maju. Nie nagłośnili go za bardzo. Pięćdziesięciolatek wracający z knajpy. Też tylko telefon został na kładce.

Ilona zmarszczyła brwi. Miała te swoje intensywne, zielone oczy, którymi patrzyła, jakby widziała więcej niż wszyscy inni. I prawdopodobnie widziała. Czasem zastanawiałem się, czy to dar, czy przekleństwo – móc zobaczyć wszystkie traumy, które przeżyło jakieś miejsce. Każdą tragedię, każdy akt przemocy, każdą śmierć.

— To nie jest przypadek. Trzy osoby, ten sam schemat…

— Dlatego cię potrzebuję. Musisz sprawdzić tę kładkę. Zobaczyć, co się tam dzieje.

Stanęliśmy pod daszkiem, patrząc na szare miasto. Polkowice nie były szczególnie piękne – typowe polskie miasteczko z blokami z wielkiej płyty, zadbane centrum i przemysłowe przedmieścia. Ale Ilona żyła tu całe życie i wiedziała o nim wszystko. Każda ulica, każdy budynek miały dla niej swoją historię.

— Mariusz, czy ty czasem nie myślisz, że nasze życie jest jakieś… dziwne?

Spojrzałem na nią. Rzadko mówiła o osobistych rzeczach. Zwykle rozmawialiśmy tylko o sprawach, nad którymi pracowaliśmy.

— W jakim sensie dziwne?

— No pomyśl. Ja pracuję w urzędzie jako księgowa, liczę podatki, wypełniam druki, a wieczorami czytam energetyczną pamięć wszechświata. Ty oficjalnie jesteś bezrobotny, a nieoficjalnie walczysz z demonami. To brzmi jak jakiś kiepski serial o nadprzyrodzonych zjawiskach.

Zaśmiałem się. Miała rację. Nasze życie było dość surrealistyczne.

— Ale dobrze, że jest takie dziwne. Normalność jest przeceniona.

— Czasem zastanawiam się, co by było, gdybym nie miała tego daru. Może wyprowadziłabym się do większego miasta, znalazła normalnego chłopaka, urodziła dzieci…

— A teraz zamiast tego pomagasz ludziom znaleźć zaginionych bliskich i rozwiązujesz zagadki, których policja nie potrafi rozwiązać. Wydaje mi się, że to lepsze niż normalne życie.

Ilona uśmiechnęła się lekko. Rzadko się uśmiechała, więc zawsze cieszyłem się, gdy mi się to udało.

— Może masz rację. Czasem tylko… czasem zastanawiam się, czy to, co widzę, jest prawdziwe, czy to wszystko się nie dzieje tylko w mojej głowie.

— Ile razy już pomagałaś mi rozwiązać sprawy? Dziesięć? Piętnaście? Za każdym razem to, co widziałaś, się sprawdzało.

— Wiem. Ale czasem mam wrażenie, że to wszystko jest jak film, w którym gram główną rolę, ale nie znam scenariusza.

Deszcz zaczął padać mocniej. Ludzie szybko przebiegali chodnikami, skuleni pod parasolami. Miasto wyglądało jak mokry, szary obraz namalowany przez przygnębionego artystę.

— Kiedy możemy iść sprawdzić tę kładkę? — zapytałem.

— Dzisiaj wieczorem. Ale Mariusz… jeśli to naprawdę jest coś nadprzyrodzonego, to może być niebezpieczne. Naprawdę niebezpieczne.

— Dlatego nie idziesz tam sama.

Popatrzył na mnie uważnie. Między nami zawsze była ta nienazwana więź – nie romantyczna, nie przyjacielska, coś pomiędzy. Więź ludzi, którzy widzieli te same rzeczy, które pozostali uznaliby za szaleństwo. Więź ludzi, którzy żyli w dwóch światach jednocześnie.

— Wiesz co? — powiedziała nagle. — Chodźmy na kawę. Muszę ci coś opowiedzieć o tej kładce.

— Co masz na myśli?

— Nie można tak o wszystkim mówić na ulicy. Zwłaszcza o takich rzeczach.

Ruszyliśmy w stronę kawiarni na rynku. Małe, przytulne miejsce z kilkoma stolikami i właścicielką, która robiła najlepszą kawę w mieście. Ilona często tam chodziła po pracy, żeby odciąć się od biurowej atmosfery.

Gdy siedzieliśmy już przy stoliku z kawą, Ilona rozejrzała się i nachyliła ku mnie.

— Mariusz, ja już próbowałam czytać tę kładkę.

— Co? Kiedy?

— Miesiąc temu. Po tym pierwszym zaginięciu. Wiedziałam, że to nie może być przypadek. Więc pewnego wieczoru poszłam tam sama i…

— Sama? To było cholernie niebezpieczne.

— Wiem. Ale myślałam, że to będzie rutynowe odczytanie. Chciałam sprawdzić, czy ktoś tam naprawdę zginął czy może po prostu uciekł z domu.

— I co zobaczyłaś?

Ilona popatrzyła na mnie tymi swoimi zielonymi oczami. Były w nich strach i coś jeszcze – jakby ważyła, czy powiedzieć mi prawdę.

— Nic. Kompletnie nic. To było jak… jak próba czytania z czarnej kartki. Jakby ktoś specjalnie wymazał wszystkie ślady.

— To niemożliwe. Wszystko zostawi energetyczny ślad. Każde zdarzenie, każda emocja…

— Właśnie dlatego to jest tak niepokojące. Ktoś albo coś świadomie zatarło wszystkie ślady. A to wymaga nieprawdopodobnej mocy.

Poczułem, jak po plecach przechodzi mi dreszcz. Wymazywanie energetycznych śladów to była technika znana tylko najstarszym demonom albo ludziom z naprawdę potężną wiedzą magiczną. Nie spotkałem się z czymś takim nigdy.

— Dlatego potrzebuję cię przy sobie dziś wieczorem — powiedziałem. — Razem możemy być silniejsi.

— Mariusz, ja nie jestem wojowniczką. Ja tylko czytam przeszłość. Nie walczę z demonami jak ty.

— Ale widzisz rzeczy, których ja nie widzę. A ja mam wiedzę o tym, jak się bronić przed tym, co tam może być.

Ilona milczała przez chwilę, patrząc przez okno na deszczowe ulice Polkowic.

— Dobra. Spotykamy się o ósmej przy kładce?

— O ósmej. I Ilona… weź ze sobą jakąś ochronę. Amulet, kamień, cokolwiek. Mam przeczucie, że będziemy tego potrzebować.

— Już mam. — Pokazała mi srebrny łańcuszek z ametystem wiszący na jej szyi. — Ten kamień zawsze noszę. Chroni przed negatywną energią.

— I jeszcze jedno. Jeśli poczujesz, że dzieje się coś złego, że to dla ciebie za dużo, to od razu mi powiedz. Nie bądź bohaterką. Lepiej wycofać się żywym niż zostać martwym bohaterem.

— Dobrze. Ale Mariusz… co jeśli to, co tam jest, jest silniejsze od nas obojga?

To było dobre pytanie. Pytanie, na które nie miałem dobrej odpowiedzi.

— To się przekonamy dziś wieczorem.

Wyszliśmy z kawiarni, a deszcz wciąż padał. Ilona poszła do domu przygotować się na wieczorną ekspedycję, a ja usiadłem w samochodzie i zapalił papierosa. Przez szyby widziałem, jak Polkowice powoli zanurzają się w jesiennej ciemności.

Za pięć godzin będę wiedział, czy Paweł Kowal jest jeszcze żywy. I czy ja sam będę żył o północy.

Czasem nienawidziłem swojej pracy.

Polkowice

Dotyk przeszłości

O ósmej wieczorem kładka wyglądała prawie jak każda inna betonowa konstrukcja w Polsce. Szara, jednak nowoczesna i funkcjonalna. Gdyby nie to, że właśnie tam zginęło trzech ludzi, nikt by na nią nie zwrócił uwagi. Ale ja wiedziałem, że najgorsze rzeczy często kryją się za najbardziej zwyczajną fasadą.

Ilona już na mnie czekała. Stała pod latarnią, w czarnej kurtce z kapturem narzuconym na głowę. Wyglądała jak zwykła mieszkanka miasta wracająca z pracy. Ale w jej postawie było coś, co zdradzało napięcie. Sposób, w jaki trzymała ramiona, sposób, w jaki rozglądała się wokół – wszystko mówiło, że wie, iż to nie będzie zwykły wieczór.

— Cześć — powiedziałem, podchodząc do niej. — Gotowa?

— Nie wiem, czy ktoś może być gotowy na takie rzeczy. Ale jestem tutaj.

Spojrzałem na kładkę. Z dołu dochodził szum samochodów na S3. Pojedyncze światła reflektorów przesuwały się w ciemności jak świetliki. Normalny listopadowy wieczór w normalnym polskim mieście. Gdyby nie to, że z tego miejsca zniknęły trzy osoby.

— Jak to robimy? — zapytałem.

— Zazwyczaj wystarczy dotyk. Położę ręce na konstrukcji i spróbuję odczytać jej energetyczną pamięć. Ale już ci mówiłam, że ostatnio nic nie widziałam.

— Może tym razem będzie inaczej. Może wtedy było za wcześnie, a teraz ślady się skumulowały.

Ilona skinęła głową, ale widziałem w jej oczach wątpliwość. Zdejmowała rękawiczki, przygotowując się do bezpośredniego kontaktu z drewnianą poręczą.

Ruszyliśmy na środek kładki. Tu właśnie znajdowano telefony zaginionych. Zastanawiałem się, co czuli w ostatnich chwilach. Strach? Zdziwienie? A może nic nie czuli, bo zostali przeniesieni w inne miejsce tak szybko, że nie zdążyli zrozumieć, co się dzieje?

— Mariusz — powiedziała Ilona. — Jest coś, o czym ci nie powiedziałam. Kiedy miesiąc temu próbowałam tu czytać, przez chwilę… przez chwilę miałam wrażenie, że ktoś czyta mnie. Jakby ta kładka sama próbowała wejść do mojej głowy.

Poczułem, jak włosy na karku stają mi dęba. To było bardzo złą wiadomością. Obiekty, które próbowały „czytać” ludzi zamiast pozwalać się czytać, to był znak opętania lub obecności bardzo potężnej i świadomej siły.

— Dlaczego mi o tym nie powiedziałaś wcześniej?

— Bo myślałam, że to tylko moja wyobraźnia. Ale teraz, gdy tu stoję… czuję to znowu. Jakby ktoś obserwował nas z ukrycia.

Rozejrzałem się wokół. Ulice były puste, tylko od czasu do czasu przejeżdżał jakiś samochód. Ale to uczucie obserwacji znałem. Czasem duchy lub demony rzeczywiście obserwowały ludzi, zanim zdecydowały się zaatakować. To był ich sposób na ocenę zagrożenia.

— Ilona, jeśli czujesz się niekomfortowo, możemy to przełożyć.

— Nie. Anna Kowal czeka na odpowiedzi. Jej brat może być gdzieś uwięziony, może cierpi. Nie mogę go zostawić w takim stanie tylko dlatego, że się boję.

Podziwiałem ją za tę odwagę. Łatwiej jest walczyć z demonem mieczem albo rytuałem niż otworzyć swoją psychikę na to, co może ją zaatakować bezpośrednio.

— Dobra. Ale przy pierwszym znaku niebezpieczeństwa przerywamy, jasne?

— Jasne.

Ilona podeszła do barierki kładki i położyła na niej dłonie. Zamknęła oczy i zaczęła oddychać głęboko, spokojnie. Widziałem, jak jej twarz się rozluźnia, jak wchodzi w ten dziwny stan między jawą a snem, w którym potrafiła czytać przeszłość.

Przez pierwszą minutę nic się nie działo. Ilona stała nieruchomo, z zamkniętymi oczami, a ja pilnowałem okolicy. Ale potem coś się zmieniło. Jej oddech stał się płytszy, a na twarzy pojawił się wyraz koncentracji, jakby próbowała zobaczyć coś bardzo dalekiego.

— Widzę… widzę kogoś — szeptała. — Młody mężczyzna. Pijany. Idzie przez kładkę… ale coś się dzieje. Kładka… kładka się zmienia.

— Co masz na myśli, że się zmienia?

— Zamiast końca kładki są… schody. Kamienne schody prowadzące w dół. A z dołu dochodzą głosy… znane głosy…

Poczułem, jak serce bije mi szybciej. To pasowało do teorii o portalu lub przejściu do innego wymiaru. Ale skąd na zwyczajnej kładce w Polkowicach miało się wziąć coś takiego?

— Idzie w dół — kontynuowała Ilona. — Myśli, że ktoś potrzebuje pomocy. Ale to pułapka. Schody prowadzą… o Boże… prowadzą…

Nagle zaczęła drżeć. Jej ciało trzęsło się jakby miała atak epilepsji, ale wiedziałem, że to nie choroba. To była reakcja na to, co widziała w wizji.

— Ilona! Co się dzieje?

— Widzę… widzę miejsce… to nie jest nasz świat, Mariusz. To jest jakby, w jakimś sensie miejsce kary. Miejsce cierpienia…

Jej głos zaczął drżeć, a na twarzy pojawiły się krople potu mimo chłodnego wieczoru.

— Wszędzie… wszędzie są rzędy krzyży. Setki, tysiące krzyży rozciągających się aż po horyzont. Ale to nie są zwykłe krzyże, Mariusz. One żyją. Drewno pulsuje jak serce, a gwoździe… gwoździe rosną same, przebijając ciała wiszące na nich na wylot. Słyszę trzask łamanych kości, widzę, jak krew ścieka po drewnie i tworzy strumienie na popielatej ziemi…

Zadrżałem. Nie widziałem tego, co ona, ale jej opis wywoływał we mnie fizyczny ból.

— A między krzyżami stoją szubienice. Ale to nie są zwykłe szubienice. Pętle same się zaciskają i rozluźniają, jakby oddychały. Ludzie wiszą tam, ale nie umierają. Nie mogą umrzeć. Ich twarze są sine od braku powietrza, oczy wytrzeszczone, języki wywalone, ale wciąż żyją. Wciąż cierpią…

Ilona zaczęła się trząść mocniej. Jej oddech stał się płytki, urywany.

— Widzę koła tortur. Ogromne, metalowe koła pokryte zardzewiałymi kolcami. Ludzie są do nich przywiązani i koła się obracają… powoli, bardzo powoli. Kolce rozdzierają ciało centymetr po centymetrze, ale zaraz potem rany się goją, tylko po to, żeby kolce mogły je rozedrzeć znowu. I ci ludzie krzyczą… o Boże, jak oni krzyczą…

Jej głos stał się cienki jak struna gotowa pęknąć. Próbowałem ją otrząsnąć, ale była głęboko w transie, więcej niż kiedykolwiek wcześniej.

— I stoły… stoły z żelaza rozgrzanego do czerwoności. Ludzie są na nich przykuci łańcuchami, a metal piecze, pali ich skórę. Słyszę syczenie płonącego mięsa, czuję ten słodkawy zapach spalenizny. Ale zaraz potem skóra się regeneruje i wszystko zaczyna się od nowa…

— Ilona, musisz przestać. To za głębokie.

— Nie mogę… nie mogę przestać patrzeć! Bo widzę też oprawców. To nie są ludzie, Mariusz. To są demony wielkości słoni, ale poruszają się z gracją kotów. Mają głowy zepsutych zwierząt – niektóre jak psy z wyrwanymi oczami, inne jak kozły z rogami pełnymi larw, jeszcze inne jak świnie z paszczami pełnymi koralików z ludzkich zębów…

Poczułem, jak żołądek podchodzi mi do gardła. Ale Ilona kontynuowała, jakby nie mogła powstrzymać potoku wizji.

— Każdy demon ma swojego człowieka. Swojego podopiecznego. I znają go doskonale. Wiedzą, jak go złamać, co sprawia mu największy ból. Jeden demon ma pazury jak brzytwy i powoli skroba nimi po kościach swojej ofiary. Inny ma paszczę pełną kwasu i po kawałku zjada twarz człowieka, zawsze zaczynając od oczu. A jeszcze inny…

— Dość! Ilona, wracaj!

— A jeszcze inny ma ręce zakończone szprychami i wbija je w ciało, przekłuwając organy, ale tak, żeby człowiek się nie wykrwawił. I wszyscy krzyczą, Mariusz. Wszyscy płaczą i błagają o litość. Ale wiedzą, że nie ma litości. Że to jest sprawiedliwość. Że zasłużyli na to, co ich spotyka…

Łzy płynęły po jej policzkach, ale oczy wciąż miała zamknięte, wciąż była w tej piekielnej wizji.

— Bo to nie są przypadkowe ofiary. Widzę ich grzechy, Mariusz. Widzę wszystko, co robili za życia. Ten mężczyzna przybity do krzyża – to nauczyciel, który molestował dzieci przez dwadzieścia lat. Ta kobieta na kole tortur – to matka, która biła swoje dzieci młotkiem. Ten facet na rozgrzanym stole – to lekarz, który żądał pieniędzy od umierających pacjentów…

— Ale to nie może być sprawiedliwe – Ilona. – Nikt nie zasługuje na takie cierpienie – powiedziałem.

— Sprawiedliwe? — głos Ilony stał się dziwnie spokojny. — A co z ich ofiarami, Mariusz? Co z dziećmi, które cierpiały przez lata? Co z ludźmi, którzy umierali w męczarniach? Czy ich cierpienie było sprawiedliwe?. 

Szczerze mówiąc zwątpiłem czy to teraz głos Ilony czy jakiegoś demona. Tak. To już nie był głos Ilony. Zdałem sobie sprawę, że coś do niej mówi, coś z tamtego miejsca.

— Każdy ma swojego demona, Mariusz. Każdy ma swojego oprawcę dostosowanego do jego grzechów. A najgorsze jest to, że oni pamiętają wszystko. Pamiętają każdą chwilę szczęścia z ich życia i wiedzą, że już nigdy jej nie zaznają. Pamiętają każdą osobę, którą kochali, i wiedzą, że już nigdy jej nie zobaczą. To jest prawdziwe piekło – nie sam ból, ale świadomość, że trwa on wiecznie i że jest zasłużony…

— Ilona, musisz wyjść z tej wizji. To za głębokie, za niebezpieczne.

— Ale Paweł… widzę Pawła Kowala. Jest przybity do krzyża. Ale kobieta, która go tam doprowadziła… ona ma znajomą twarz… to… to Anna Kozłowska…

— Kim jest Anna Kozłowska?

— Dziewczyna, która popełniła samobójstwo dziesięć lat temu. Paweł ją znał… on i jego koledzy ją znęcali w szkole. Ona się powiesiła przez nich. A teraz… teraz się mści. Ona prowadzi tam ludzi. Ona jest strażniczką tego miejsca…

Ilona krzyczała teraz, jej ciało trzęsło się coraz mocniej. Wiedziałem, że jeśli nie wyrwę jej z tego transu natychmiast, może dojść do uszkodzeń psychicznych.

— Ilona! Wracaj! Teraz!

Chwyciłem ją za ramiona i szarpnąłem. Ale zamiast się obudzić, jej oczy otworzyły się i były całkowicie białe. To nie była już Ilona. To było coś, co mówiło jej głosem.

— Mariuszu Czarnecki — powiedziała tym głosem, który nie był jej głosem. — Znamy cię. Wiemy, kim jesteś. Wiemy, co robiłeś.

— Kim jesteś? — zapytałem, starając się zachować spokój.

— Jestem Anna Kozłowska. I pamiętam każdego, kto mnie skrzywdził. Każdego, kto pozwolił, żeby mnie krzywdzono. Każdego, kto stał i patrzył, jak cierpię.

— Ilona, to nie jesteś ty. Walcz z tym!

— A ty, Mariusz? — kontynuował głos Anny. — Ile razy widziałeś, jak ktoś cierpi, i nic nie robiłeś? Ile razy mogłeś pomóc, ale wybrałeś własne bezpieczeństwo?

Te słowa trafiły mnie jak cios pięścią. Bo były prawdziwe. Pamiętałem sprawy, w które nie chciałem się angażować. Ludzi, którym mogłem pomóc, ale tego nie robiłem, bo było zbyt niebezpiecznie albo zbyt skomplikowanie.

— Każdy kiedyś stanie przed sądem — mówiła Anna głosem Ilony. — Każdy zapłaci za swoje grzechy. Za to, co robił, i za to, czego nie robił.

— Puszczaj ją! — krzyknąłem. — Ilona nie ma z tym nic wspólnego!

— Ilona? — Anna zaśmiała się tym strasznym śmiechem. — Ilona jest teraz w moim świecie. Widzi wszystko, co ja widziałam. Czuje wszystko, co ja czułam. Ten ból, tę samotność, tę beznadzieję…

Wiedziałem, że muszę coś zrobić, zanim Ilona zostanie na zawsze uwięziona w tym piekielnym miejscu. Sięgnąłem do kieszeni po mały mieszek z solą egzorcyzmu – mieszanką soli morskiej z ziołami błogosławionymi przez księdza. To nie było bardzo potężne, ale mogło przerwać słabsze opętanie.

— Przez moc świętego Michała Archanioła, przez moc świętego Benedykta, przez moc wszystkich świętych, rozkazuję ci opuścić to ciało!

Rzuciłem sól na Ilonę. Anna-w-Ilonie wrzasnęła przeraźliwie i cofnęła się, ale nie puściła.

— Myślisz, że twoje rytuały mają tu jakąś moc? — szydził głos. — To miejsce jest starsze niż twoja religia. Starsze niż wszystkie twoje księgi i modlitwy.

Ale zobaczyłem, że sól jednak coś dała. Oczy Ilony przez chwilę odzyskały normalny kolor, a jej głos stał się jej własnym głosem.

— Mariusz… pomóż mi… nie mogę… nie mogę się wydostać…

— Trzymam cię! Walcz z tym!

Chwyciłem ją za ręce i zacząłem odciągać od barierki. Ale w tej chwili kładka zaczęła się zmieniać. To, co widziała w wizji, stało się rzeczywistością. Zamiast dalszej części mostu pojawiły się kamienne schody prowadzące w dół, do mglistej otchłani.

A z tej otchłani wychodziły sylwetki. Dziesiątki ludzi w podartej odzieży, z ranami na ciałach, z oczami pełnymi bólu i szaleństwa. To były dusze uwięzione w tym miejscu kary.

I wszystkie szły w naszą stronę.

— Ilona! Teraz albo nigdy!

Szarpnąłem ją z całej siły i pobiegliśmy w stronę początku kładki. Za nami słyszałem jęki i krzyki duchów, które próbowały nas dogonić. Ale gdy dotarliśmy do końca kładki, wszystko nagle ucichło.

Odwróciłem się. Kładka wyglądała znowu normalnie. Szara, zwyczajna.

Ilona leżała na chodniku, dysząc ciężko. Jej oczy były znowu normalnie, ale widziałem w nich przerażenie.

— Widziałam go — szeptała. — Widziałem Pawła. Jest tam. Jest uwięziony w tym piekle. I nie tylko on. Są tam setki ludzi, może tysiące. Wszyscy płacą za swoje grzechy.

— Ale jak możemy go stamtąd wyciągnąć?

— Nie wiem. To miejsce… to miejsce ma swoje prawa. Anna Kozłowska jest jego strażniczką, ale nie jest jego władczynią. Jest ktoś większy. Ktoś, kto stworzył to miejsce.

Pomogłem jej wstać. Trzęsła się z zimna i szoku.

— Musimy się dowiedzieć więcej o tej Annie Kozłowskiej — powiedziałem. — O tym, co jej się stało. I o tym, dlaczego właśnie ta kładka stała się bramą do tamtego miejsca.

— Mariusz — powiedziała Ilona, chwytając mnie za rękę. — Ta kładka… ona nie działa cały czas. To co widzieliśmy… to się dzieje tylko w określonych momentach. W określonych godzinach.

— Jakich godzinach?

— Nie wiem. Ale mam wrażenie, że ktoś to kontroluje. Ktoś, kto wie bardzo dobrze, kiedy i komu otworzyć bramę do tamtego świata.

Spojrzałem raz jeszcze na kładkę. Wyglądała niewinnie, jak każdy inny miejsce w mieście. Ale teraz wiedziałem, że kryje jeden z najokropniejszych sekretów, z jakimi miałem do czynienia. Gdzieś tam, w tamtym piekielnym wymiarze, Paweł Kowal cierpiał za grzechy swojego życia. A jego siostra Anna czekała na informacje o tym, co się z nim stało.

Jak miałem jej powiedzieć, że jej brat żyje, ale znajduje się w miejscu gorszym niż śmierć?

Archiwum umarłych

Następnego dnia obudziłem się z głową jak młotem pneumatycznym i wspomnieniami, które wolałbym wymazać z pamięci. Ilona była bliska śmierci poprzedniej nocy. Widziałem, jak jej oczy pokryły się bielą pod powiekami, jak ciało trzęsło się w konwulsjach. Gdybym nie zdołał jej wyrwać z tego transu…

Nie chciałem o tym myśleć.

Była dziesiąta rano, kiedy usiadłem przed komputerem z kubkiem kawy tak mocnej, że można by nią asfalt rozpuszczać. Musiałem dowiedzieć się wszystkiego o Annie Kozłowskiej. Kim była, jak żyła, a przede wszystkim – dlaczego właśnie ona stała się strażniczką tamtego piekła. Internet pamiętał wszystko. To było jednocześnie błogosławieństwo i przekleństwo naszych czasów. Wpisałem „Anna Kozłowska Polkowice samobójstwo 2014” i czekałem.

Pierwszy link prowadził do archiwum lokalnej gazety. Krótka notka na trzeciej stronie: „Tragedia w polkowickiej szkole. 14-letnia Anna Kozłowska została znaleziona martwa w piwnicy kamienicy przy ulicy Mickiewicza 15. Przyczyna śmierci: powieszenie. Policja wykluczyła udział osób trzecich.” Mickiewicza 15. Zapisałem adres i szukałem dalej. Kolejne artykuły były jeszcze krótsze, jeszcze bardziej suche. Jakby ktoś chciał szybko zamieść całą sprawę pod dywan. Ale jeden szczegół przykuł moją uwagę. Anna mieszkała z babcią. Rodzice zginęli w wypadku samochodowym, gdy miała osiem lat.

Sierota. Jak ja. Może dlatego jej historia tak mnie poruszyła.

Przez godzinę przeszukiwałem wszystkie strony, fora, archiwa. W końcu trafiłem na to, czego szukałem. Stary blog o nazwie „Polkowice Pamiętają”. Prowadziła go emerytowana nauczycielka, która zbierała historie z życia miasta. I tam była relacja o Annie Kozłowskiej.

Czytałem, a żołądek skręcał mi się z każdym akapitem.

Anna była dziwną dziewczyną. Cicha, zamknięta w sobie, z nadwagą i pryszczami na twarzy. Nosiła zawsze za duże swetry, jakby chciała się schować przed światem. Nie miała przyjaciół. W klasie traktowano ją jak powietrze albo gorzej – jak cel do ataków.

A Paweł Kowal był jednym z głównych oprawców.

On i jego paczka – Tomek Wąsik, Michał Kowalski, Damian Nowak – znęcali się nad nią przez trzy lata. Codziennie. Systematycznie. Nazywali ją „Krową”, „Świnią”, „Brzydulą”. Chowali jej plecak, mazali ławkę klejem, żeby ubranie się przykleiło. Rzucali w nią mokrymi papierami w toalecie. Ale to, co zrobili w ostatnim tygodniu przed jej śmiercią, przeszło wszystko. Nakręcili film. Anna myślała, że wreszcie ktoś chce się z nią zaprzyjaźnić. Tomek zaprosił ją na podwórko za szkołą, powiedział, że chce jej coś pokazać. Była taka szczęśliwa… To była pułapka. Czekał tam Paweł z telefonem.

Kazali jej się rozebrać, zanim jej powiedzą „sekret”. Gdy odmówiła, zagrozili, że opowiedzą wszystkim, że sama się do nich dobijała. Że jest zakochana w Pawle i prosiła go o sex. Uwierzyła im. Rozebrała się.

Film trafił do internetu następnego dnia. Anna naga, płacząca, błagająca żeby przestali. A oni śmiali się, robili zdjęcia, komentowali jej ciało.

Przez całą szkołę rozpowszechniał się ten filmik. Każdy go miał. Każdy go oglądał. Każdy się śmiał. Anna przestała przychodzić do szkoły. Przez tydzień siedziała w domu, nie wychodząc z pokoju. Babcia próbowała z nią rozmawiać, ale Anna tylko płakała i powtarzała: „Wszyscy mnie nienawidzą. Wszyscy się śmieją.”

W piątek wieczorem napisała list. Krótki, pięć zdań:

„Nie mogę już tego wytrzymać. Wszyscy mnie nienawidzą. Jestem brzydka i głupia, tak jak mówili. Może jak umrę, będzie lepiej. Może będę mogła być wreszcie spokojny.”

Znaleziono ją następnego dnia rano. Powiesiła się na sznurze do prania w piwnicy. Miała czternaście lat.

Paweł Kowal i jego koledzy zostali przesłuchani przez policję. Ale byli niepełnoletni. Dostali nagany. Sprawy nie nagłośniono. Rodzice załatwili, żeby zamieść wszystko pod dywan. Filmik zniknął z sieci. Wszyscy udawali, że nic się nie stało. Anna Kozłowska została pochowana na cmentarzu w Polkowicach. Na pogrzebie było pięć osób. Babcia, ksiądz, grabarz i dwóch sąsiadów.

Zamknąłem laptopa i zapalił papierosa. Ręce trzęsły mi się lekko. Wiedziałem już, dlaczego Anna stała się strażniczką tamtego piekła. Jej ból, jej poniżenie, jej rozpacz były tak wielkie, że nie pozwoliły jej odejść. Związały ją z tym światem, przemieniły w mścicielkę.

Ale wciąż nie wiedziałem, kto stworzył to miejsce tortur. Anna była tylko narzędziem. Ktoś większy, ktoś potężniejszy musiał być prawdziwym władcą tej krainy kary.

Telefon zadzwonił, przerywając moje rozmyślania. Ilona.

— Cześć. Jak się czujesz po wczorajszej nocy?

— Jak po przejściu przez maszynkę do mielenia mięsa. Ale żyję. A ty, znalazłeś coś o tej Annie?

— Znalazłem. I to nie jest przyjemna historia.

Opowiedziałem jej wszystko – o filmiku, o znęcaniu, o samobójstwie. Słuchała w milczeniu, czasem tylko westchnęła głośno.

— Rozumiem już, dlaczego wybrała Pawła — powiedziała w końcu. — Ale Mariusz… jest coś, o czym ci nie powiedziałem. O tym, co widziałam wczoraj w tej wizji.

— Co takiego?

— Ta kładka… ona nie działa chaotycznie. Ma swój rytm, swój cykl. Otwiera się dokładnie co dwadzieścia osiem dni, zawsze o tej samej godzinie.

— O której?

— O dwudziestej trzeciej siedemnaście. I trwa dokładnie trzydzieści minut. Od dwudziestej trzeciej siedemnaście do dwudziestej trzeciej czterdzieści siedem.

Sprawdziłem kalendarz. Ostatnie zaginięcie było trzy dni temu. Jeśli Ilona ma rację…

— Następne otwarcie będzie za dwadzieścia pięć dni — powiedziałem.

— Tak. Ale Mariusz, jest coś jeszcze. Widziałam w tej wizji coś, co mnie przerażało bardziej niż wszystkie tortury. W tamtym miejscu jest ktoś, kto… kto zbiera cierpienie. Kto się nim karmi.

— Co masz na myśli?

— Ten, kto stworzył to miejsce, to nie tylko sędzia. To pożeracz. Każdy krzyk, każda łza, każdy moment rozpaczy tych ludzi… to wszystko jest jego pożywieniem. Anna Kozłowska to tylko strażniczka. Prawdziwy władca jest czymś znacznie gorszym. Poczułem, jak krew zastygł mi w żyłach. Wiedziałem, o czym mówi. W najstarszych księgach demonologii pisano o takich istotach. Demonach cierpienia, które karmiły się ludzkim bólem jak inne istoty karmiły się mięsem.

— Czy widziałaś go? Tego władcę?

— Tylko cień. Ogromny, czarny cień unoszący się nad tym wszystkim. Ale czułam jego obecność. Czułam, jak się nasycał cierpieniem tych ludzi. I wiem, że wie o nas. Że nas obserwuje.

— Ilona, może powinniśmy zostawić tę sprawę. To może być zbyt niebezpieczne nawet dla nas.

— A co z Pawłem? Co z wszystkimi innymi, którzy tam cierpią?

Wiedziałem, że ma rację. Nie mogłem po prostu zostawić tych ludzi w tym piekle. Ale wiedziałem też, że jeśli pójdziemy tam następnego razu, możemy nie wrócić żywi.

— Musimy się przygotować — powiedziałem w końcu. — Lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. Potrzebujemy ochrony, broni, wszystkiego, co może nam pomóc.

— Mariusz, ale co jeśli to miejsce jest nie do pokonania? Co jeśli ten demon jest zbyt potężny?

To było dobre pytanie. Pytanie, na które nie miałem odpowiedzi.

Tego wieczoru poszedłem na cmentarz w Polkowicach. Znalazłem grób Anny Kozłowskiej bez trudu – był zaniedbany, pokryty chwastami, bez żadnych kwiatów. Na szarym kamiennym krzyżu napis: „Anna Kozłowska 2000-2014. Niech odpoczywa w pokoju.”

Ale ona nie odpoczywała w pokoju. Od dziesięciu lat krążyła między światami, prowadząc ludzi do miejsca kary, karmiąc swojego pana ich cierpieniem.

Klęknąłem przy grobie i położyłem na nim białe chryzantemy, które kupiłem w kwiaciarni.

— Przepraszam — powiedziałem cicho. — Przepraszam za to, co ci zrobili. Przepraszam, że nikt cię nie obronił. Nie zasłużyłaś na to, co się stało.

Wiatr zaszumiał w koronach drzew. Przez chwilę miałem wrażenie, że ktoś mnie obserwuje, ale gdy się rozejrzałem, cmentarz był pusty.

— Wiem, że teraz jesteś na usługach czegoś okropnego — kontynuowałem. — Ale może jeszcze można cię uwolnić. Może jeszcze możesz znaleźć spokój.

Nie wiem, czy mnie słyszała. Nie wiem, czy w ogóle było to możliwe. Ale chciałem jej to powiedzieć. Chciałem, żeby wiedziała, że ktoś pamięta o jej cierpieniu. Że ktoś rozumie jej ból. Wróciłem do domu z planami w głowie. Miałem dwadzieścia pięć dni na przygotowanie się do najważniejszej walki mojego życia. Walki o dusze uwięzione w piekielnym wymiarze. Walki z demonem, który karmił się cierpieniem. Nigdy wcześniej nie stanąłem przeciwko czemuś tak potężnemu. Ale wiedziałem, że muszę spróbować. Dla Pawła. Dla Anny. Dla wszystkich tych, którzy cierpieli w tamtym miejscu.

Bo jeśli nie ja, to kto?

Kładka

W krainie cierpienia

Dwadzieścia pięć dni przygotowań minęło jak sen. Albo jak koszmar, bo każda noc przynosiła mi wizje tego piekielnego miejsca. Widziałem Pawła przygwoździonego do krzyża, słyszałem jego krzyki. Czasem budziłem się spocony i drżący, z jego głosem wciąż brzmiącym w uszach.

Ilona też nie sypiała dobrze. Odkąd dotknęła kładki, coś się w niej zmieniło. Mówiła, że czuje ciągłą obecność tamtego miejsca, jakby część jej duszy została tam uwięziona. Schudła, miała podkrążone oczy, często łapałem ją na tym, że patrzy w pustkę i szepce do siebie.

— Czas już — powiedziała, sprawdzając zegarek.

Była dwudziesta trzecia dziesięć. Staliśmy na początku kładki, uzbrojeni jak na małą wojnę. W kieszeni kurtki miałem nóż z poświęconą stalą – jedyna broń, która mogła skrzywdzić istoty z tamtej strony. W plecaku nosiłem wszystko, co mogło się przydać – sól do egzorcyzmu z Lourdes, krzyż ze srebrnym Chrystusem, butelkę wody święconej z Częstochowy, zwitek pergaminu z łacińskimi zaklęciami ochronnymi, różaniec po dziadku i mały mieszek z ziemią z ziemi świętej.

Ilona trzymała w dłoni kryształ górski wielkości pięści – najsilniejszy ochronny kamień, jaki udało mi się znaleźć. Wokół szyi miała pięć amuletów: srebrny krzyż, pentagram, ręka Fatimy, oko Horusa i jakiś starożytny symbol, którego znaczenia nie znałem.

— Pamiętaj — powiedziałem, chwytając ją za rękę. — Przy pierwszym znaku, że coś idzie nie tak, wracamy. Bez dyskusji.

— Wiem.

— I jeśli poczujesz, że znowu próbuje cię opętać…

— Powiem ci od razu.

Ruszyliśmy na środek kładki. O tej porze była pusta – kto normalny chodziłby tu o jedenastej wieczorem? Z dołu dochodził szum samochodów na S3, ale wydawał się odległy, jakby dobiegał z innego świata.

O dwudziestej trzeciej szesnaście zaczęło się.

Najpierw powietrze stało się gęste, ciężkie. Oddychanie wymagało wysiłku. Potem latarnie zaczęły migotać i gasły jedna po drugiej. W końcu zostaliśmy w ciemności, tylko z blaskiem naszych latarek.

— Mariusz… — szeptała Ilona. — Zaczyna się.

Zobaczyłem to na własne oczy. Koniec kładki zaczął się rozpuszczać jak masło w gorącej patelni. Na jego miejsce pojawiały się kamienne schody pokryte czerwoną mgłą. Z dołu dochodziły głosy – płacz, krzyki, jęki bólu.

— Gotowa?

Skinęła głową, ale widziałem strach w jej oczach. Ja też się bałem. Ale czasem trzeba iść tam, gdzie się boisz, żeby być tym, kim chcesz być.

Pierwszy stopień był lodowaty. Drugi jeszcze zimniejszy. Z każdym krokiem w dół temperatura spadała, a powietrze stawało się coraz bardziej gęste. Po piętnastu stopniach już nie widziałem kładki nad nami. Tylko czerwona mgła i nieskończone schody.

— Słyszysz to? — zapytała Ilona.

Słyszałem. Krzyki, błagania, szloch. Ale też coś jeszcze – rytmiczny, metaliczny dźwięk. Jak uderzenia młota o kowadło. Lub gwoździ wbijanych w drewno.

Po pięćdziesięciu stopniach mgła zaczęła się rozstępować. Ukazała się przed nami panorama, którą Ilona opisywała, ale widzieć to na własne oczy to było coś zupełnie innego.

Równina ciągnęła się po horyzont. Popielata ziemia, na której nie rosło ani źdźbło trawy. I wszędzie, jak okiem sięgnąć, narzędzia tortur. Krzyże z przygwoźdżionymi ludźmi. Koła tortur, na których ciała były rozciągane do granic możliwości. Stoły z rozgrzanego metalu, na których skóra syczała i parzyła. Szubienice z powieszonymi, którzy nie mogli umrzeć.

A między tymi narzędziami śmierci przemieszczały się demony.

Widziałem je teraz wyraźnie. Niektóre miały kształty zwierząt zniekształconych przez jakiś koszmarny eksperyment. Inne wyglądały jak ludzie, ale z nogami na odwrót, z twarzami na plecach, z rękami rosnącymi z klatki piersiowej. Jeszcze inne były po prostu mięsem – różową, pulsującą masą z setkami oczu i ust.

Każdy demon miał swojego człowieka. Swojego podopiecznego. I znał dokładnie, jak sprawić mu największy ból.

— O Boże — wyszeptałem.

— To jeszcze nie wszystko — powiedziała Ilona. — Spójrz tam.

Wskazała na środek równiny. Tam wznosiła się wieża z czarnego kamienia, wysoka na może sto metrów. Na jej szczycie paliło się czerwone światło. I stamtąd dochodziła aura potęgi tak przemożnej, że kolana się pode mną ugięły.

— Tam jest — szeptała Ilona. — Władca tego miejsca.

— Mariusz Czarnecki!!!.

Głos rozległ się tuż za nami. Odwróciłem się i zobaczyłem ją. Anna Kozłowska stała na schodach, ale nie wyglądała już jak czternastoletnia dziewczyna. Była wysoka, chuda, z długimi czarnymi włosami. Suknia, którą miała na sobie, była kiedyś biała, ale teraz pokrywały ją brązowe plamy. Jej oczy były jak dziury w twarzy – całkowicie czarne, bez białek, bez źrenic.

— Witaj w moim domu — powiedziała, a jej głos był jak szklane odłamki rozbijane o kamień.

— Anna — powiedziałem, próbując zachować spokój. — Nie musisz tego robić. Możesz odejść. Możesz znaleźć spokój.

Zaśmiała się. Ten śmiech sprawił, że włosy stanęły mi dęba.

— Spokój? Po tym, co mi zrobili? Po tym, jak mnie poniżyli, opluli, zniszczyli?

— To nie usprawiedliwia tego — wskazałem na równinę tortur. — Tego, co robisz innym.

— A co z moim cierpieniem? Kto za nie zapłacił? Kto poniósł karę?

— Paweł już płaci. Jest przybity do krzyża. Czy to nie wystarczy?

— To nie wystarczy nigdy! — krzyknęła, a jej głos odbił się echem od kamiennych ścian. — Oni zniszczyli moje życie! Sprawili, że wolałam umrzeć niż żyć! Teraz ja decyduję, kto żyje, a kto cierpi!

— Anna, spójrz na siebie — powiedziała Ilona, robiąc krok w jej stronę. — Czy tak chciałaś skończyć? Jako oprawczyni? Jako ta, która sprawia innym taki ból, jaki sprawiono tobie?

Anna zafalowała, jakby słowa Ilony ją zabolały. Przez chwilę w jej czarnych oczach migotało coś ludzkiego.

— Ja… ja nie chciałam… Ale On mnie nauczył… On mi pokazał, jak sprawiedliwa jest kara…

— Kto ci to pokazał? — zapytałem. — Ten, który cię uwięził? Ten, który karmi się twoim bólem?

— Nie! — wrzasnęła. — On mnie uwolnił! On dał mi siłę! On…

Nie skończyła, bo nagle z czarnej wieży dobiegł dźwięk – niski, przenikliwy, jak odgłos rozdzieranego metalu. Anna zadrżała całym ciałem i upadła na kolana.

— Przychodzi — wyszeptała. — On przychodzi.

Z wieży zaczął wydobywać się czarny dym. Ale to nie był zwykły dym. Poruszał się celowo, świadomie, jak żywy organizm. I rósł z każdą sekundą.

— Ilona, musimy stąd iść. Teraz.

— Nie! — Anna wstała i zagorszta nam drogę. — Nie możecie odejść! On musi was zobaczyć! Musi was poznać!

— Przepuść nas, Anno.

— Nie! Zostańcie! Zakoszujecie tego, co ja kosztowałam! Poznacie ból, który ja poznałam!

Wyciągnęłam miecz. Anna zaśmiała się i machnęła ręką. Poczułem, jakby ktoś uderzył mnie młotem w klatkę piersiową. Poleciałem do tyłu, a miecz wypadł mi z ręki.

— Myślisz, że twoja zabawka może mnie skrzywdzić? — szydziła. — Ja już nie żyję, Mariuszu. Nie można zabić tego, co już jest martwe.

Ilona klęknęła i położyła ręce na kamiennych schodach. Zamknęła oczy i zaczęła mruczeć coś pod nosem.

— Co robisz? — krzyknął Anna.

— Czytam przeszłość tego miejsca — powiedziała Ilona nie otwierając oczu. — Chcę zobaczyć, jak tu trafiłaś. Chcę zobaczyć prawdę.

— Nie! — Anna rzuciła się w jej stronę, ale nagle zatrzymała się jakby wbiła w niewidzialną ścianę. Kryształ w ręku Ilony płonął teraz białym światłem.

— Widzę… — mówiła Ilona. — Widzę cię, Anno. Po śmierci. Byłaś błąkającą się duszą. Cierpiałaś, ale była w tobie też miłość. Miłość do babci. Chciałaś ją chronić.

— Nie! Przestań!

— Ale On cię znalazł. Władca tego miejsca. Nakarmił się twoim bólem. A potem… a potem ci zaproponował deal. Dał ci moc, ale w zamian za służbę. Powiedział, że będziesz mogła się mścić.

— To była moja decyzja!

— Nie! — Ilona otworzyła oczy, a łzy płynęły po jej policzkach. — To nie była twoja decyzja! On cię zniewolił! Związał twój ból z tym miejscem! Nie jesteś strażniczką, Anno. Jesteś więźniarką! Tak samo jak wszyscy oni!

Anna krzyknęła tak przeraźliwie, że pękały kamienie pod naszymi stopami. Ale w tym krzyku był nie tylko gniew. Był w nim ból. Ból czternastoletniej dziewczyny, która została oszukana nawet po śmierci.

Czarny dym z wieży był już blisko. W jego kształtach widziałem oblicza – ludzkie twarze wykrzywione w grymasie bólu. Ale też coś więcej. Czerwone oczy, które patrzyły wprost na nas.

— Mariusz — wyszeptała Ilona. — Widzę sposób. Jest sposób na uwolnienie ich wszystkich.

— Jaki?

— Ktoś musi zostać. Ktoś musi zająć miejsce tego demona. Ktoś musi zostać strażnikiem tego miejsca, ale nie po to, żeby zadawać ból, tylko żeby go nie było. Żeby uwolnić wszystkie dusze.

— To nie wchodzi w grę.

— To jedyny sposób, Mariusz.

— Nie! Znajdziemy inny!

Ale dym już nas dosięgnął. Poczułem, jak oplatał mnie zimny dotyk. W mojej głowie zaczął brzmieć głos – starożytny, pełen potęgi, straszny.

„Kim jesteś, by przeszkadzać mi w zbieraniu żniwa?”

Zobaczyłem go wtedy. Nie miał fizycznej formy – był świadomością, energią, czystym złem. Ale jego obecność była tak przytłaczająca, że nie mogłem się ruszyć.

„Twoje cierpienie będzie wyborne” – mówił głos. „Twoja pycha, twoja arogancja… ile bólu mogę z tego wycisnąć…”

Poczułem, jak coś wchodzi mi do głowy. Zimne, śliskie, obce. Próbowało przejąć kontrolę nad moim umysłem. Widziałem obrazy – wszystkich ludzi, których zawiodłem, wszystkie błędy, jakie popełniłem. Winę, żal, rozpacz – wszystko było pokazane i używane przeciwko mnie.

— Mariusz! — krzyknęła Ilona. — Pamiętaj, kim jesteś! Pamiętaj, dlaczego tu przyszedłeś!

Przypomniałem sobie Pawła. Anna Kowal płaczącą przez telefon. Wszystkich ludzi, których próbowałem uratować przez lata. Nie zawsze mi się udawało. Ale próbowałem. Zawsze próbowałem.

— Nie jesteś doskonały — powiedziałem głosowi w mojej głowie. — Ale próbuję być lepszy. Próbuję pomagać. I to czyni mnie silniejszym od ciebie.

„Silniejszym? Ja karmiłem się cierpieniem od tysięcy lat!”

— Ale nigdy nie próbowałeś go leczyć. Nigdy nie próbowałeś dawać nadziei. Znasz tylko ból. A ja znam też miłość.

Demon zawył z wściekłości. Jego uścisk został słabszy. Udało mi się wyrwać rękę i chwyciłem butelkę wody święconej.

— Przez moc Boga żywego! — krzyknąłem, wylewając wodę na ziemię. — Przez moc świętego Michała Archanioła! Przeklinam cię, istoto ciemności!

Woda święcona zamieniła się w parę tam, gdzie dotknęła ziemi. Demon cofnął się, ale tylko na chwilę.

„Myślisz, że twoja religia ma tu jakąś moc? To miejsce jest starsze niż twój Bóg!”

Może miał rację. Może moja wiara była niewystarczająca. Ale wtedy zobaczyłem, że Anna stoi nad Iloną i patrzy na nią z dziwnym wyrazem twarzy.

— Ja… ja pamiętam — szeptała Anna. — Pamiętam, jak było wcześniej. Zanim On mnie znalazł. Byłam przerażona, ale… ale nie byłam zła. Nie chciałam skrzywdzić innych.

— Możesz być taka znowu — powiedziała Ilona. — Możesz wybrać miłość zamiast nienawiści.

— Ale jak? Jak mogę naprawić to, co robiłam?

— Pomóż nam — powiedziałem. — Pomóż nam uwolnić wszystkich tych ludzi. Paweł, wszyscy inni – oni nie muszą cierpieć. Ty nie musisz być narzędziem ich bólu.

Anna spojrzała na wieżę, potem na nas. W jej czarnych oczach po raz pierwszy zobaczyłem łzy.

— Ja… nie wiem jak. On jest zbyt silny.

— Nie rób tego sama — powiedziała Ilona. — Zrób to z nami.

Anna wyciągnęła rękę. Ilona chwyciła ją bez wahania. Ja chwyciłem dłoń Ilony. I nagle poczułem napływ mocy – nie mojej mocy, ale naszej mocy. Wspólnej.

Demon poczuł to też. Jego krzyk odbił się echem po całej równinie.

„Nie możecie mnie pokonać! Ja jestem władcą tego miejsca!”

— Już nie — powiedziała Anna. — Ja rezygnuję z służby. Wybieram miłość.

I wtedy stało się coś pięknego. Anna zaczęła się zmieniać. Jej czarne włosy stały się jasne, suknia wybielała, oczy odzyskały ludzki kolor. Wyglądała znowu jak cztrnastolatka, ale cztrnastolatka pełna światła.

Demon zawył i rzucił się na nas całą swoją mocą. Ale my byliśmy gotowi. Nasze połączone ręce płonęły białym światłem, które odcinało go od jego źródła mocy.

— Teraz! — krzyknąłem.

Anna podniosła wolną rękę i skierowała ją w stronę wieży.

— Przeze wszystkich, których skrzywdziłam! Przeze wszystkich, którzy cierpią! Przeze wszystkich, którzy kochają! Rozkazuję ci – ODEJDŹ!

Wieża eksplodowała. Czarny dym rozwiał się jak niepotrzebny kłą obłok. A demon… demon po prostu zniknął. Jak świeca zgaszona podmuchem wiatru.

Równina zaczęła się zmieniać. Narzędzia tortur rozpuściły się w powietrzu. Ludzie przybici do krzyży, rozciągnięci na kołach, paleni na stołach – wszyscy zostali uwolnieni. Stali teraz na świeżej, zielonej trawie, cali, uleczeni, wolni.

Widziałem wśród nich Pawła. Patrzył na Annę z wyrazem zrozumienia na twarzy.

— Przepraszam — powiedział. — Przepraszam za wszystko, co ci zrobiłem.

— Wiem — odparła Anna. — Ja też przepraszam. Za to, co robiłam tutaj.

— Co się teraz stanie? — zapytała Ilona.

Anna uśmiechnęła się – pierwszy prawdziwy uśmiech, jaki widziałem na jej twarzy.

— Teraz wszyscy idziemy tam, gdzie powinniśmy byli iść już dawno. Tam, gdzie nie ma bólu. Gdzie jest tylko pokój.

Jedno po drugim, dusze zaczęły znikać w jasnym świetle. Anna była ostatnia.

— Dziękuję — powiedziała. — Dziękuję, że przypomnieliście mi, kim naprawdę jestem.

I zniknęła.

Staliśmy sami na zielonej równinie. Ale nie na długo. Miejsce zaczęło się rozpadać, jakby ktoś wymazywał je z rzeczywistości.

— Wracamy — powiedziałem, ciągnąc Ilonę za rękę.

Biegliśmy po rozpadających się schodach, a za nami świat się kończył. Wskoczyliśmy na kładkę w ostatniej chwili, kilka sekund przed dwudziestą trzecią czterdzieści siedem.

Leżeliśmy na betonie, dysząc ciężko. A kładka wyglądała znowu normalnie – szara i zwyczajna.

— Czy to się naprawdę stało? — zapytała Ilona.

Spojrzałem na zegarek. Dwudziesta trzecia czterdzieści osiem. A na moich dłoniach wciąż była ziemia z tamtego miejsca.

— Tak — powiedziałem. — To się stało.

Kładka w Polkowicach

Cena wyboru

Trzeci dzień po powrocie z piekła. Trzeci dzień bez snu.

Za oknem świeciło słońce, ptaki ćwierkały, ludzie szli do pracy – normalny świat trwał tak, jakby nic się nie stało. Jakby nie uwolniliśmy setek dusz z wiecznej kaźni. Jakby nie pokonaliśmy demona, który karmił się cierpieniem od tysięcy lat.

Ale ja wiedziałem, że się stało. Bo nosiłem tego ślady na ciele i w duszy.

Ręce trzęsły mi się od trzech dni. Nie mogłem utrzymać kubka kawy bez rozlania. Na lewym ramieniu miałem oparzenie w kształcie pazura – tam, gdzie demon mnie dotknął. A najgorsze były sny. W snach wciąż byłem w tamtym miejscu. Wciąż słyszałem krzyki. Wciąż czułem obecność tej pradawnej, złej siły.

Ilona przyszła o dziesiątej rano. Wyglądała jeszcze gorzej niż ja. Schudła może pięć kilogramów w trzy dni, miała zapadnięte policzki i cienie pod oczami jak siniaki.

— Mariusz — powiedziała, siadając na fotelu. — Musimy porozmawiać.

— O czym?

— O tym, co się z nami dzieje. O tym, co to miejsce z nami zrobiło.

Wiedziałem, o czym mówi. Obaj to czuliśmy. Od nocy na kładce coś się w nas zmieniło. Jakby tamto miejsce pozostawiło w naszych duszach ślad. Jakby część nas została tam na zawsze.

— Nie jestem już taka jak wcześniej — mówiła Ilona. — Gdy dotykam rzeczy, widzę nie tylko przeszłość. Widzę też przyszłość. I to, co widzę…

— Co widzę?

— Cierpienie, Mariusz. Wszędzie cierpienie. Każdy człowiek, którego spotykam, niesie w sobie jakiś ból. Każdy ma swojego demona. Każdy ma coś, za co się karze.

Zrozumiałem, co ma na myśli. Ja też to czułem. Odkąd wróciliśmy, widziałem ludzi inaczej. Widziałem ich winy, ich żale, ich ukryte grzechy. Jakby pokonanie tamtego demona dało mi część jego mocy. Jego zdolność do widzenia ciemnych stron ludzkich dusz.

— A co z Pawłem? — zapytałem, próbując zmienić temat.

— Paweł… Paweł pamięta wszystko. Ale jest inny. Spokojniejszy. Jakby przejście przez tamto piekło go oczyściło.

Zadzwoniłem do niego poprzedniego dnia. Paweł Kowal odpowiedział po drugim sygnale, a jego głos brzmiał jak głos człowieka, który przeszedł przez śmierć i wrócił ze zrozumieniem.

– Mariusz – powiedział. – Dziękuję. Nie tylko za uratowanie. Za to, że pokazałeś mi, kim naprawdę jestem.

– Co masz na myśli?

– Tam, w tamtym miejscu, widziałem wszystkich ludzi, których skrzywdziłem. Nie tylko Annę. Wszystkich. I rozumiałem, dlaczego cierpię. Zasłużyłem na to.

– Nikt nie zasługuje na wieczne cierpienie.

– Może nie wieczne. Ale na jakieś – tak. Za to, co robiłem, za to, kim byłem… To było sprawiedliwe. Anna też to zrozumiała. Dlatego mogła wybaczyć.

Ta rozmowa nie dawała mi spokoju. Bo Paweł miał rację. W tamtym miejscu nie było przypadkowych ofiar. Każdy, kto tam trafił, miał na sumieniu czyjeś cierpienie. Każdy w jakiś sposób zasłużył na karę.

Ale czy oznaczało to, że demon miał rację? Że jego system sprawiedliwości był prawidłowy?

— Ilona — powiedziałem. — Co jeśli popełniliśmy błąd?

— Jaki błąd?

— Co jeśli to miejsce naprawdę było potrzebne? Co jeśli ci ludzie naprawdę zasługiwali na karę?

Ilona popatrzyła na mnie z przerażeniem.

— Mariusz, nie możesz tak myśleć. To, co robił ten demon…

— Może nie metody były złe, tylko motywacja. Może ktoś inny powinien pilnować sprawiedliwości. Ktoś, kto nie karmi się cierpieniem, ale rzeczywiście dba o równowagę.

— O czym ty mówisz?

Wstałem i podszedłem do okna. Na ulicy widziałem ludzi spieszących się do swoich spraw. Ale teraz widziałem też więcej. Mężczyzna w garniturze – bił żonę. Kobieta z wózkiem – nie płaciła podatków od dziesięciu lat. Nastolatek z plecakiem – sprzedawał narkotyki dzieciom.

Wszędzie wina. Wszędzie niewypłacone długi wobec sprawiedliwości.

— Mariusz — Ilona wstała i podeszła do mnie. — Wyglądasz tak, jakbyś… jakbyś chciał wrócić do tamtego miejsca.

— A co jeśli tak?

— Nie! To miejsce nas zmieniło. Zaraziło nami. Musisz z tym walczyć!

— A może to nie zarazek? Może to ewolucja? Może świat potrzebuje kogoś, kto będzie dbał o sprawiedliwość?

Ilona chwyciła mnie za ramiona.

— Słyszysz się? Mówisz dokładnie to, co mówił ten demon. O sprawiedliwości, o karze, o tym, że ludzie zasługują na cierpienie.

— Ale ja nie chcę się karmić ich bólem. Chcę ich leczyć. Chcę im pomagać wykupić ich winy.

— Przez co? Przez tortury?

— Przez pokutę. Przez prawdziwe odkupienie.

Ilona puściła mnie i cofnęła się o krok.

— Mariusz, to nie ty mówisz. To ta siła, którą zetknęliśmy. Ona w nas zostało. Próbuje nas skorumpować.

Może miała rację. Ale może też nie. Może po prostu po raz pierwszy widziałem świat takim, jakim naprawdę był. Miejscem, gdzie sprawiedliwość była rzadkością, a zło często pozostawało bezkarny.

Telefon zadzwonił, przerywając nasze rozmowy. Anna Kowal.

— Mariusz? To ja. Paweł chce się z panem spotkać. Mówi, że ma coś ważnego do powiedzenia. Czy możemy się dziś zobaczyć?

— Jasne. O której i gdzie?

— O szesnastej, w kawiarni na rynku.


Kawiarnia była pełna ludzi, ale gdy wszedłem, od razu zauważyłem Pawła. Siedział w rogu, przy stoliku dla dwóch osób. Wyglądał inaczej niż w moich wspomnieniach. Chudy, z głęboko osadzonymi oczami, z czymś w wyrazie twarzy, czego wcześniej tam nie było. Mądrością? Smutkiem? Zrozumieniem?

— Mariusz — powiedział, wstając na moje powitanie. — Dziękuję, że przyszedł.

Usiedliśmy. Paweł zamówił kawę, ja herbatę. Kilka minut siedzieliśmy w milczeniu.

— Wiem, co pan myśli — powiedział w końcu.

— Co mam na myśli?

— Że może tamto miejsce było potrzebne. Że może ta sprawiedliwość, chociaż okrutna, była lepsza niż brak sprawiedliwości.

Spojrzałem na niego zaskoczony. Skąd wiedział?

— Bo ja myślę to samo — kontynuował. — Od trzech dni zadaje sobie to pytanie. Czy zasłużyłem na to, co mi się stało? I odpowiedź brzmi: tak. Absolutnie tak.

— Ale…

— Nie ma żadnego „ale”. To, co robiłem Annie, to, jak ją traktowałem… nie było żadnego usprawiedliwienia. Byłem młody? I co z tego? W wieku czternastu lat wiedziałem, że krzywdzenie innych jest złe. Ale robiłem to, bo było mi z tym dobrze. Bo dawało mi poczucie władzy.

Paweł pił kawę powoli, jakby każdy łyk był przemyślany.

— Ale wie pan, co zrozumiałem tam, w tym miejscu? Nie chodzi o karę. Chodzi o zrozumienie. Anna mogła mnie uwolnić nie dlatego, że przestała się gniewać. Ale dlatego, że zrozumiała, iż jej ból nie będzie mniejszy, jeśli będzie zadawać ból innym.

— A ja co powinienem zrozumieć?

— Że pan nie jest sędzią, Mariusz. Pan jest lekarzem. Pańska rola to nie karanie ludzi za grzechy. To pomaganie im w leczeniu ran, które te grzechy powodują.

Te słowa uderzyły mnie jak pięść. Bo były prawdziwe.

— Tamto miejsce próbuje pana zmienić — kontynuował Paweł. — Próbuje zrobić z pana to, czym był demon. Ale pan może wybrać inaczej. Tak jak Anna wybrała inaczej.

— A jeśli nie potrafię? A jeśli ta siła jest silniejsza ode mnie?

— To się pan z nią zmierzy. Tak jak zmierzył się z tym demonem. Ale tym razem nie będzie pan sam.

— Co masz na myśli?

Paweł uśmiechnął się – pierwszy prawdziwy uśmiech, jaki widziałem na jego twarzy.

— Ma pan Ilonę. Ma pan mnie. Ma pan wszystkich ludzi, którym pan pomógł przez lata. Ma pan ludzi, którzy wiedzą, kim pan naprawdę jest. I którzy przypomną panu o tym, gdy będzie pan zapominał.


Wieczorem siedziałem z Iloną na ławce w parku. Opowiedziałem jej o rozmowie z Pawłem.

— Miał rację — powiedziała. — Obaj czujemy tę ciemną siłę w sobie. Ale możemy się jej przeciwstawić.

— Jak?

— Robiąc to, co zawsze robiliśmy. Pomagając ludziom. Ale nie przez karanie. Przez leczenie.

Spojrzałem na nią. W świetle latarni wyglądała jak przybrana gipsowego anioła. Chuda, blada, ale z determinacją w oczach.

— Ilona, czy ty sądzisz, że tamto miejsce może wrócić? Że ktoś inny może je odtworzyć?

— Nie wiem. Ale jeśli tak się stanie, będziemy gotowi.

— A jeśli nie będziemy wystarczająco silni?

— To znajdziemy kogoś, kto będzie. Zawsze znajdą się ludzie, którzy wybiorą miłość zamiast zemsty. Nadzieję zamiast rozpaczy.

Położyła mi dłoń na ramieniu. Pierwszy raz od trzech dni poczułem spokój.

— Mariusz?

— Tak?

— Obiecaj mi coś.

— Co?

— Że bez względu na to, jak bardzo ta ciemna siła będzie cię kusić, nie pozwolisz jej wygrać. Że zawsze będziesz pamiętał, kim naprawdę jesteś.

— Obiecuję.

A gdy to mówiłem, poczułem, że naprawdę tak myślę. Demon zostawił we mnie część swojej mocy. Ale zostawił też nauczkę. Że nawet największy ból można uzdrowić. Że nawet największa wina może być wybaczona.

Trzeba tylko wybrać miłość zamiast nienawiści.


Tydzień później dostałem pierwszy telefon po całej sprawie. Kobieta z Wrocławia, której córka zaczęła rozmawiać z niewidzialnym przyjacielem. Brzmiało na zwykłe łukającą wyobraźnia dziecka, ale postanowiłem sprawdzić. Gdy jechałem autobusem do Wrocławia, myślałem o Annie Kozłowskiej. O tym, jak wybrała przebaczenie zamiast zemsty. O tym, jak uratowała nie tylko Pawła, ale i nas wszystkich. I pomyślałem, że może właśnie to jest definicją bohaterstwa. Nie pokonanie zła siłą. Ale pokonanie zła w sobie. Wybór światła, gdy ciemność wydaje się łatwiejsza.

Moja praca się nie skończyła. Może nigdy się nie skończy. Ale przynajmniej teraz wiedziałem, dlaczego ją wykonuję.

Nie po to, żeby karać. Żeby leczyć.

Bo w świecie pełnym bólu, leczenie to jedyna prawdziwa sprawiedliwość.


Wróżba z tarota za darmo

Dodaj komentarz