Dziś opowiem wam o sprawie, która zmieniła mój sposób patrzenia na wodę. Osiedle Polanka pod Polkowicami wyglądało jak każde inne – nowe domy, zadbane trawniki, spokojne rodziny. Ale pod powierzchnią tej normalności kryła się tajemnica stara jak ludzka pamięć.
Gdy Klaudiusz Macioszek zadzwonił do mnie tamtego październikowego wieczoru, jego głos drżał ze strachu. Dwoje sąsiadów znaleziono mokrych, z wodą w płucach. Problem w tym, że w okolicy nie ma żadnych zbiorników wodnych. A domy na osiedlu zaczynają „pocić się” wilgocią, której nie powinno tam być.
To, co odkryliśmy razem z Iloną Wiśniewską, przeszło moje najśmielsze oczekiwania.
Prawda sięgała 1967 roku i tragedii, o której nikt nie chciał mówić. Pięcioro dzieci. Stare bagna za cegielni. I człowiek, który przez sześćdziesiąt lat żył z sekretem na sumieniu.
W tym opowiadaniu znajdziecie autentyczne rytuały z mojej praktyki – nie ma tu fikcyjnych zaklęć czy hollywoodzkiej magii. Poznajcie Utopca takiego, jakim opisywały go nasze babcie – słowiańskiego demona wodnego, który pamięta każdą krzywdę i nie wybacza. Przeżyjecie razem ze mną eksplorację opuszczonej cegielni, gdzie między ruinami kryje się coś, co nie chce być zapomniane.
To historia o sprawiedliwości, która przychodzi w najmniej spodziewanej formie. O tym, że niektóre zbrodnie nie przedawniają się nigdy. I o cenie, jaką płacimy za walkę z tym, co wykracza poza nasze rozumienie rzeczywistości.
Ostrzeżenie dla wrażliwych czytelników: opowiadanie zawiera intensywne sceny i może być trudne emocjonalnie.
Jeśli jesteście gotowi poznać prawdę o tym, co naprawdę dzieje się w cichych zakątkach naszego świata, zapraszam do lektury. Ale przygotujcie się – po tej historii spojrzycie na każdy staw inymi oczami.
Mariusz Czarnecki
Telefon
Herbatniki były twarde jak diabli. Maczałem trzeci z kolei w gorącej herbacie, ale i tak chrzęścił między zębami jak żwir. Kupiłem je w Żabce na rogu ulicy Polnej, gdzie mieszkałem w wynajmowanym mieszkaniu na pierwszym piętrze starego bloku z wielkiej płyty. Właścicielka, pani Krystyna, chodziła po schodach w kapciach jak lodołamacz i zawsze wiedziała, o której wracam do domu. Ale mieszkanie było tanie, miało dwa pokoje i balkon wychodzący na niewielkie podwórko, gdzie rosła stara lipa. Zimą jej nagie gałęzie stukały w okno jak palce szkieletu.
Był piątek, połowa października. Popołudnie za oknem szarzało, a ja siedziałem przy małym stoliku w kuchni, próbując przeczytać artykuł o rytuałach oczyszczających z „Magazynu Ezoterycznego”. Nie mogłem się skupić. W mieszkaniu cuchnęło wilgocią – rura w łazience przeciekała już trzeci tydzień, a właścicielka obiecywała hydraulika „w przyszłym tygodniu”. Na podłodze stała plastikowa miska, do której kapała woda. Kapała miarowo, monotonnie. Kap. Kap. Kap. Wziąłem kolejny łyk herbaty. Była już letnia i gorzka. Przez ścianę słyszałem telewizor sąsiadki, pani Janiny. Oglądała jakiś serial, w którym ktoś co chwilę krzyczał. Życie w bloku miało to do siebie, że zawsze wiedziałeś, co robią inni. Pani Janina oglądała seriale od czwartej do ósmej. Pani Krystyna gotowała kapustę w każdy wtorek. Pan Józef z parteru kłócił się z żoną o pieniądze co drugi dzień.
Telefon zadzwonił, gdy akurat przełykałem kawałek herbatnika. Niemal się zakrztusiłem. Sprawdziłem numer – nieznany. Odebrałem po czwartym sygnale.
— Słucham.
— Pan Mariusz Czarnecki? — głos był nerwowy, zdyszany, jakby mężczyzna biegł schodami.
— Tak, to ja.
— Dzwonię w sprawie… w sprawie dziwnych rzeczy. Znalazłem pana numer w internecie. Słyszałem, że pan… że pan się zajmuje takimi sprawami.
Odłożyłem magazyn na stół. W gardle poczułem metaliczny posmak. Zawsze tak było, gdy ktoś dzwonił z prośbą o pomoc. Mieszanina ekscytacji i strachu.
— Jakimi sprawami? — zapytałem, sięgając po notes i długopis.
— Tu u nas, na osiedlu… ludzie giną. To znaczy, nie giną normalnie. Oni… — przerwał, jakby szukał odpowiednich słów. Utopili się. Ale nie ma tu żadnej wody. Żadnego jeziora, niczego.
Poczułem, jak włosy na karku mi się jeżą – taki dreszcz emocji. Zapisałem w notesie: „Utonięcia bez wody”.
— Gdzie to się dzieje?
— Polkowice. Osiedle Polanka, za starą cegielni. Zna pan to miejsce?
Znałem. Polanka to było jedno z tych PRL-owskich osiedli domków jednorodzinnych, które powstawały jak grzyby po deszczu na obrzeżach miasta. Pięćdziesiąt, może siedemdziesiąt domów, otoczonych płotkami, z przystrzyżonymi trawnikami i chodnikami z kostki brukowej. Ale stara cegielnia… to było co innego. Ruiny z czasów komuny, otoczone bagnami i zaroślami. Nikt tam nie chodził. Dzieci straszano tamtymi stronami od pokoleń.
— Nazywam się Klaudiusz Macioszek — ciągnął mężczyzna. — Mieszkam tu od trzech lat. I przez te trzy lata nic się nie działo. A teraz…
— Ile osób?
— Dwie. Remigiusz Jasiński, znaleźli go tydzień temu rano. Leżał na podwórku, cały mokry, jakby wylazł z rzeki. A wczoraj Salomea Kurdek. Też mokra. Woda w płucach, mówią. Ale skąd ta woda? Tu nie ma żadnej wody! Jakiś mały staw, błotniste bagienko… nic więcej…
W jego głosie słychać było panikę. Próbował mówić spokojnie, ale słowa mu się rwały, przyspieszały.
— Co mówi policja?
— Policja? — zaśmiał się gorzko. — Że to samobójstwa. Że pojechali nad jakieś jezioro, skoczyli, a potem się jakoś do wlekli z powrotem. Ale dlaczego? I jak? Remigiusz miał artretyzm, ledwo chodził. A Salomea… ona bała się wody jak ognia. Nawet kąpieli nie lubiła brać.
Zapisałem ich nazwiska. Pomyślałem o serii samobójstw nad wodą. Ale coś w tym nie grało. Ludzie którzy się topią, nie wracają do domu, żeby umrzeć na podwórku.
— Czy te osoby znały się? Czy miały ze sobą jakiś związek?
— No… sąsiedzi. Mieszkali obok siebie. Ale to nie wszystko. — Macioszek znowu przerwał. Słyszałem, jak głęboko oddycha. — Te domy… one są mokre. W środku. Ściany, podłogi. Jakby woda sączyła się z ziemi. A w nocy… w nocy słychać odgłosy.
— Jakie odgłosy?
— Kapanie. Plusk. Jakby ktoś się kąpał. Ale nie ma żadnej wody, rozumie pan? Sprawdziliśmy wszystkie rury, kanalizację. Wszystko jest sprawne.
Za oknem zrobiło się już ciemno. Zapaliłem lampę na stole. Żółte światło rozlało się po białej powierzchni notesu. Zapisałem: „Zjawiska wodne bez źródła wody”.
— Panie Klaudiuszu, ile państwo zapłacą za rozwikłanie tej sprawy?
— Pieniądze? No… ile pan bierze?
— Trzydzieści tysięcy. Połowę zapłaci pan jutro na konto, resztę po zakończeniu sprawy.
— Dobrze. Dobrze, nie ma problemu. Tylko niech pan przyjedzie szybko. Boję się, że następny będę ja.
W jego głosie usłyszałem prawdziwy strach. Nie udawany, nie wyolbrzymiony. Czysty, prymitywny lęk o własne życie.
— Jutro będę na miejscu. Wczesnym popołudniem. Da pan adres?
Podał mi adres i numer telefonu. Zapisałem wszystko w notesie, potem usiadłem i zastanowiłem się nad sprawą. Utonięcia bez wody. Mokre domy. Odgłosy kapania. To brzmiało jak sprawa dla kogoś takiego jak ja.
Wstałem i podszedłem do szafy w sypialni. Na górnej półce trzymałem metalową skrzynkę z wyposażeniem. Wyjąłem ją i otworzyłem. Posrebrzany nóż myśliwski leżał w skórzanej pochwie obok małego kompasu chińskiego. Jego igła była wykonana ze stopionego żelaza meteorytu i wskazywała miejsca o zaburzonej energii. Sięgnąłem po hermetyczny pojemnik z rtęcią, którą demony wodne nienawidzą bardziej niż srebra, i sprawdziłem czy pierścień z hematytu z wygrawerowanymi runami ochronnymi nadal leży na swoim miejscu. Nosiłem go tylko podczas najbardziej niebezpiecznych rytuałów. Pod narzędziami znajdowały się szklane buteleczki – jedna z solą z Morza Martwego zmieszaną z solą kamienną z kopalni Bochnia, bo każdy rodzaj zła reaguje na inny typ soli, druga z popiołem z drewna brzozowego spalonej podczas pełni, który neutralizuje negatywne energie. Woda święcona pochodziła z pięciu różnych kościołów, w tym jedna buteleczka z sanktuarium w Częstochowie. Obok stała mała fiolka z olejem lawendowym destylowanym przez zakonnice – używałem go do rytuałów uwolnienia duchów.
W kącie skrzynki leżał stary barometr z XIX wieku, bo demony powodują gwałtowne zmiany ciśnienia atmosferycznego, oraz termometr na sprężynie i cyfrowy rejestrator dźwięku z filtrem niskich częstotliwości. Większość zjaw komunikuje się na częstotliwościach poniżej słyszalności człowieka.
Na dnie znajdowała się moja najcenniejsza rzecz – prywatna księga z ponad dwustu stronami notatek o rytuałach i demonach, przepisanych z dziesięciu różnych źródeł. Obok leżały zdjęcia symboli ochronnych z całego świata i moje własne mapy energetyczne okolic Polkowic, które rysowałem przez dwa lata, zaznaczając miejsca nietypowych zjawisk. I najważniejszy mały notes z numerami telefonów – Ilona, ksiądz Kowalski z parafii św. Jakuba (jedyny duchowny w okolicy, który nie uważa mnie za wariata), stary Heniek z antykwariatu w Legnicy znający księgi niedostępne w żadnej bibliotece, oraz komendant Borowski z niedalekiej policji, na wypadek gdybym potrzebował oficjalnego wsparcia.
Przerzuciłem kartki, szukając informacji o demonach wodnych. Znalazłem rozdział o utopcach i wodniku. Przeczytałem uważnie. Utopiec. Demon powstały z duszy topielca. Wabią ludzi do wody. Może manipulować wilgocią w powietrzu. Bardzo niebezpieczny w pobliżu wszelkich zbiorników wodnych.
Sprawdziłem w internecie lokalizację satelitarną osiedla Polanka, ale głównie chodziło mi o ten staw, który wspominał pan Klaudiusz. Rzeczywiście, tuż obok starej cegielni. A za cegielnią… bagno. Małe, ale jednak. Mokradła ciągnące się kilkaset metrów w stronę lasu. Na mapie satelitarnej wyglądały jak ciemne plamy wśród zieleni.
Poznałem Ilonę Wiśniewską dwa lata temu na targach ezoterycznych w Legnicy. Stała przy stoliku pełnym kryształów i książek o Kronikach Akaszy. Nie wyglądała jak typowa wróżka – zamiast kolorowych chust i dużych kolczyków miała na sobie elegancką marynarkę i skromny makijaż. Gdy dotknęła mojej dłoni podczas „próbnego odczytu”, zobaczyła rzeczy z mojej przeszłości, o których nie mówiłem nikomu. Wiedziała o Rafale, o powodach mojej przeprowadzki, o demonach które nawiedzały moje sny. Nie pytała jak ani dlaczego. Po prostu wiedziała. Od tamtej pory pracowaliśmy razem. Ja zajmowałem się rytuałami i usuwaniem demonów, ona czytała energię miejsc i ludzi. Była jedyną osobą, której mogłem zaufać w tej dziedzinie. Jedyną, która traktowała paranormalne zjawiska jak fakt, nie jak rozrywkę.
Zadzwoniłem do niej.
— Cześć, to ja — powiedziałem, gdy odebrała. — Mam sprawę. Możesz jutro jechać ze mną na Polankę?
— Co się stało? — jej głos był spokojny, jak zawsze. Ilona nigdy nie panikuje, nie denerwuje się. Ma tę rzadką umiejętność zachowania chłodnej głowy w każdej sytuacji.
— Ludzie toną na suchym lądzie. Dwie ofiary. Może więcej.
— Demon wodny?
— Prawdopodobnie. Wiesz, to osiedle zbudowane obok bagien. Mieszkańcy słyszą odgłosy wody w domach, gdzie nie ma żadnej wody.
— Okej. O której?
— Około piętnastej. Odbiorę cię z urzędu.
— Będę gotowa. Mariusz?
— Tak?
— Uważaj na siebie. Demony wodne to nie są żarty.
Rozłączyłem się i usiadłem z powrotem przy stole. Dokończyłem zimnę herbatę i przeczytałem jeszcze raz notatki o Polance. Potem poszedłem do łazienki i spojrzałem na siebie w lustrze. Szare oczy, nieco podkrążone od niewyspania. Trzydniowy zarost. Włosy, które miały się do niczego, odkąd przestały być krótkie. Nie wyglądałem na kogoś, kto walczy z demonami. Wyglądałem na zwykłego faceta z bloku, który ma problemy z rurami.
Ale właśnie to było moją siłą. Nikt się mnie nie spodziewał. Nikt nie wiedział, co potrafię.
Wróciłem do kuchni i zabrałem się za pakowanie. Jutro czekała mnie podróż na osiedle, gdzie ludzie toną bez wody. Gdzie domy pocą się wilgocią, a w nocy słychać plusk nieistniejących fal.
Za oknem wiatr szarpał gałązkami lipy. Kapanie z rury w łazience przyspieszyło.
Kap-kap-kap.
Jakby woda też wiedziała, że jutro będę miał z nią do czynienia.

Osiedle przy bagnie
Ilona czekała na mnie przed urzędem, oparta o betonowy słupek, z małym plecakiem przewieszonym przez ramię. Miała na sobie ciemnoniebieski garnitur – mundur urzędniczki, który nosiła jak zbroję przez osiem godzin dziennie. Ale gdy tylko wsiadła do mojej starej Toyoty, coś w niej się zmieniło. Rozpięła marynarkę, rozluźniła włosy z koka. Przeobraziła się z księgowej w kogoś, kto czyta energie zmarłych z przedmiotów.
— Opowiedz mi jeszcze raz o tym telefonie — powiedziała, zapinając pas. Jej głos miał tę szczególną nutę, która pojawiała się, gdy przechodziła w tryb ezoteryczny. Spokojny, ale skupiony. Jakby nastawiała się na inne częstotliwości.
Jechaliśmy przez centrum Polkowic. Szare bloki lat siedemdziesiątych mijały za oknem jak ponure strażnicy. Między nimi wciśnięte sklepy – Żabka, piekarnia, kwiaciarnia z plastikową wystawą. Ludzie w kurtkach przechodzili po przejściach dla pieszych, niosąc siatki z zakupami. Zwykłe, codzienne życie miasta, które nie wiedziało o demonach wodnych na swoich obrzeżach.
— Dwie ofiary — powtórzyłem, skręcając w ulicę Przemysłową. — Remigiusz Jasiński i Salomea Kurdek. Oboje znalezieni cali mokrzy, z wodą w płucach. Ale w okolicy nie ma żadnych dużych zbiorników wodnych.
— A ten, który dzwonił? Macioszek?
— Mieszka tam od trzech lat. Mówi, że przez ten czas nic się nie działo. Problemy zaczęły się niedawno.
Ilona wyciągnęła z plecaka notes i zaczęła robić zapiski. Miała drobne, równe pismo, jakby każda litera była przemyślana. Zawsze notowała wszystko – daty, nazwiska, szczegóły. Mówiła, że energia miejsc lepiej się czyta, gdy ma się pełen obraz wydarzeń.
— Co jeszcze?
— Domy na osiedlu są mokre w środku. Ściany, podłogi. I nocne odgłosy – kapanie, plusk. Jakby ktoś się kąpał.
— Klasyczne objawy nawiedzenia przez demona wodnego — mruknęła, nie odrywając oczu od notesu. — Utopiec albo wodnik. Ale którym cudem na suchym osiedlu?
Za oknem Polkowice kończyły się powoli. Wielka płyta ustąpiła miejsca małym domkom z lat osiemdziesiątych, potem pustym działkom porośniętym chwastami. Droga robiła się coraz węższa, asfalt zmieniał się w kostką brukową, potem w żwir. Mijaliśmy tablicę „Osiedle Polanka – Strefa Zamieszkania”.
I wtedy to poczułem.
Powietrze stało się inne. Cięższe. Jakby ktoś dodał do niego wilgoci, ale nie tej normalnej, jesiennej. To była wilgoć, która pachniała… starzyzną. Mułem. Czymś, co zbyt długo leżało pod wodą.
— Czujesz to? — zapytałem Ilonę.
Podniosła głowę znad notesu. Wzięła głęboki oddech i zmarszczyła nos.
— O tak. To nie jest naturalna wilgoć. W tym powietrzu jest… śmierć.
Osiedle Polanka okazało się dokładnie takie, jak sobie wyobrażałem. Około siedemdziesiąt domków jednorodzinnych, ustawionych w trzech rzędach. Nowiutkie, z czerwonymi dachówkami i białymi ścianami. Małe trawniki, podjazdy z kostki brukowej, plastikowe płoty w pastelowych kolorach. Wszystko czyste, zadbane, prosto z katalogu dewelopera.
Ale coś było nie tak.
Przy każdym domu stały wiadra, miski, kubki. Jakby mieszkańcy próbowali zbierać wodę spadającą z nieba, choć na niebie nie było ani jednej chmury. Na niektórych podjazdach widać było mokre plamy, mimo że od tygodnia nie padało. A powietrze… powietrze pachniało bagnami, choć najbliższe mokradła były za lasem, kilometr stąd.
— Numer dwanaście — powiedziałem, sprawdzając adres w notesie.
Dom Klaudiusza Macioszka wyglądał tak samo jak pozostałe, ale gdy zatrzymałem się przed nim, poczułem ukłucie zimna w żołądku. Z komina nie szedł dym, choć było chłodno. Okna były zamknięte, zasłony zaciągnięte. Jakby dom się chował.
Zanim zdążyłem zatrzasnąć drzwi samochodu, na podjeździe pojawił się mężczyzna. Wysoki, chudy, z przedwcześnie siwymi włosami. Miał na sobie dres i kurtkę, ale obydwie rzeczy były wilgotne. Jakby właśnie wyszedł spod prysznica, ale nie zdążył się osuszyć.
— Pan Czarnecki? — zapytał, podchodząc do nas szybkim krokiem. — Klaudiusz Macioszek. Dzięki Bogu, że pan przyjechał.
Uścisnęliśmy sobie dłonie. Jego palce były lodowate i mokre. Nie od potu – to była inna wilgoć. Gęstsza. Jakby trzymał ręce w stawie.
— To jest Ilona Wiśniewska — przedstawiłem moją współpracowniczkę. — Pomaga mi w tego typu sprawach.
Macioszek skinął głową, ale ledwo na nią spojrzał. Miał te oczy, które widziałem już wcześniej – oczy człowieka, który za długo żył w strachu. Szeroko otwarte, niespokojne, z ciemnymi podkrążeniami.
— Proszę wejść do środka — powiedział. — Tylko… proszę uważać na podłogę.
Idąc za nim do domu, poczułem pod butami dziwną miękkość. Kostka brukowa była mokra, ale nie zwykłą wilgocią. To było coś lepkiego, śliskawego. Jakby ktoś rozlał na niej mydlaną wodę. Wnętrze domu wyglądało jak miejsce po powodzi. Ściany były pokryte ciemnymi plamami na wysokości około metra. Podłoga lśniła od wilgoci. W kątach ustawionych było kilkanaście wiader i misek – wszystkie pełne mętnej, szarej wody.
— Skąd ta woda? — zapytała Ilona, klękając przy jednej z misek.
— Nie wiem — Macioszek wzruszył ramionami bezradnie. — Rano budzę się, a dookoła stoi woda. Wywożę ją, wycieram podłogi, a następnego dnia znowu to samo.
Ilona zanurzyła palec w misce i natychmiast go cofnęła. Jej twarz przybierała dziwny wyraz – koncentracji zmieszanej z obrzydzeniem.
— Ta woda… — zaczęła, ale przerwała. Wytarła palec o chusteczkę, jakby chciała pozbyć się tego dotyku.
— Co? — spytałem.
— Później ci powiem. — Rzuciła mi spojrzenie, które oznaczało: nie tutaj, nie przy nim.
Macioszek prowadził nas po domu, pokazując mokre plamy na ścianach, kałuże na podłodze, ślady wilgoci w każdym kącie. Wszystko było przesiąknięte wodą, której nie powinno tam być. Grzejniki były gorące, okna zamknięte, a jednak dom przypominał wnętrze jaskini nadbrzeżnej podczas przypływu.
— A odgłosy? — zapytałem. — Wspominał pan przez telefon o nocnych odgłosach.
— Każdej nocy, od około północy do świtu. Kapanie z sufitu, choć sprawdzałem dach – nie ma żadnych nieszczelności. Plusk, jakby ktoś wchodził do wanny. Czasem… czasem słyszę głosy.
— Jakie głosy?
Macioszek pokręcił głową.
— Nie rozumiem słów. To brzmi jak… jak ktoś, kto próbuje mówić pod wodą.
Poczułem, jak włosy na karku mi się jeżą. To była jedna z charakterystycznych cech utopca – komunikacja przez bulgotanie, jakby nadal miał płuca pełne wody.
— Może zobaczymy te domy, gdzie zginęli Jasiński i Kurdek? — zaproponowała Ilona.
Wyszliśmy z domu Macioszka i przeszliśmy przez osiedle. Każdy krok po brukowanej uliczce wydawał dziwny, mokry dźwięk. Jakby chodziło się po dnie jeziora. Niektórzy mieszkańcy wyglądali zza zasłon, ale nikt nie wyszedł na zewnątrz. Atmosfera była gęsta, ciężka. Ludzie bali się własnych domów.
Dom Remigiusza Jasińskiego stał pusty. Numer czternaście. Identyczny jak pozostałe, ale w jego oknach nie paliło się światło. Przez szyby widać było zarys mebli pokrytych białymi prześcieradłami.
— Mieszkał sam — wyjaśnił Macioszek. — Żona zginęła rok temu w wypadku samochodowym. Od tego czasu pił. Dużo pił.
— Jak znaleźli jego ciało?
— Rano, na podwórku za domem. Leżał na trawie, cały mokry. Jakby wylazł z rzeki. Ale to niemożliwe – najbliższa rzeka jest dwadzieścia kilometrów stąd.
Ilona podeszła do płotu i położyła dłoń na furtce. Zamknęła oczy. Jej twarz nabrała skupionego wyrazu, jakby nasłuchiwała czegoś, czego inni nie słyszeli.
— Tu była śmierć — powiedziała po chwili. — Ale nie tylko śmierć. Było tu… przywoływanie. Ktoś wzywał pomocy. Błagał o coś.
— O co?
— O przebaczenie.
Przeszliśmy do domu Salomei Kurdek. Numer jedenaście. Tu też okna były ciemne, ale z komina szedł cienki strumyk dymu. Jakby ktoś w środku palił w piecu, ale pilnował, żeby ogień był jak najmniejszy.
— A ona jak zginęła? — zapytałem.
— Tak samo. Mokra, na podwórku. Ale z nią było jeszcze dziwniej. — Macioszek zawahał się. — Miała w ręku zabawkę. Plastikową kaczkę do kąpieli. Żółtą. Nową, jakby dopiero ją kupiła.
— Miała dzieci?
— Miała. Syna. Ale on… — Macioszek przerwał. — On jest w szpitalu. Od roku. Ma uszkodzenie mózgu. Upadł ze schodów, gdy miał trzy lata.
Ilona i ja spojrzeliśmy na siebie porozumiewawczo. Zaczynał się rysować wzorzec. Remigiusz Jasiński – winny śmierci żony w wypadku. Salomea Kurdek – matka, która skrzywdziła swoje dziecko. Ktoś, lub coś, wybierało ofiary według określonego klucza.
— Panie Klaudiuszu — powiedziałem ostrożnie. — Czy pozostali mieszkańcy też mają coś na sumieniu? Coś związanego z wodą lub śmiercią?
Mężczyzna zbladł. Jego dłonie zadrżały.
— Skąd pan…? Skąd pan o tym wie?
— To tylko przypuszczenie. Ale demony wodne często wybierają ludzi obciążonych winą. Szczególnie winą związaną ze śmiercią w wodzie.
Macioszek milczał długo. Patrzył na swoje mokre buty, na kałuże wokół nas, na domy sąsiadów.
— Jest tu jeden człowiek — powiedział w końcu cichym głosem. — Bazyli Wójcik. Mieszka pod numerem szesnaście. To najstarszy mieszkaniec osiedla, ma prawie osiemdziesiąt lat. I ludzie mówią… ludzie mówią różne rzeczy o jego przeszłości.
— Jakie rzeczy?
— Że jest winny śmierci dzieci. Że w latach sześćdziesiątych, gdy był młody, stało się coś strasznego. Coś związanego z tą starą cegielnią. — Wskazał kierunek lasów za osiedlem. — Ale nikt o tym głośno nie mówi. To są tylko plotki.
Spojrzałem w stronę, którą wskazał. Za ostatnimi domami osiedla ciągnął się pasek suchej trawy, potem krzewy, a za nimi mroczna ściana wysokich drzew. Gdzieś między tymi drzewami kryły się ruiny starej cegielni. I bagna.
Powietrze pachniało coraz mocniej – mułem, rozkładem, wodą stojącą zbyt długo w jednym miejscu. A w tej woni było coś jeszcze. Coś, co przypominało słodkawy zapach śmierci.
— Idziemy do Wójcika — zdecydowałem.
Ale gdy odwróciliśmy się w stronę domu numer szesnaście, zobaczyłem coś, co sprawiło, że żołądek podszedł mi do gardła.
Na szybach każdego domu osiedla, od środka, pojawiły się ślady małych dłoni. Dziecięcych dłoni. Mokrych, zostawiających odciski palców na szkle. Jakby ktoś bardzo mały próbował wydostać się z domów na zewnątrz.
Albo dostać się z zewnątrz do środka.
Ślady w cegielni
Zostawiliśmy Macioszka na osiedlu i ruszyliśmy szlakiem prowadzącym do starej cegielni. Ścieżka była wydeptana przez lata, ale zarośnięta trawą i chwastami. Pod nogami chrzęściły opadłe liście – żółte, brązowe, niektóre już czarne od wilgoci. Las pachniał rozkładem i grzybami. Ale w tej woni było coś jeszcze. Coś, co przypominało zapach akwarium, w którym zbyt długo nie zmieniano wody.
Ilona szła przede mną, co jakiś czas zatrzymując się i dotykając drzew. Każdemu dotykowi towarzyszył grymas na jej twarzy, jakby te drzewa opowiadały jej rzeczy, których wolałaby nie słyszeć.
— Co czujesz? — zapytałem, gdy po raz kolejny odsunęła dłoń od kory starej sosny.
— Strach. Dużo strachu. — Wytarła rękę o kurtkę. — I winę. Ktoś tu przyszedł z poczuciem winy, a odszedł… pusty.
Szliśmy dalej. Las gęstniał. Wysokie sosny i świerki zasłaniały niebo, przez co robiło się półmrok, mimo że był środek dnia. Powietrze stawało się coraz cięższe, pełne wilgoci. Z każdym krokiem czułem, jak moje płuca wypełniają się parą, która smakowała jak… jak woda z zatęchłego stawu.
Po dziesięciu minutach marszu zobaczyliśmy pierwsze ślady cegielni.
Był to ceglany komin, wysoki na jakieś dwadzieścia metrów, pokryty gęstym mchem. Stał sam wśród drzew, jak pomnik zmarłej cywilizacji. U jego podstawy walały się sterty cegieł, zarośnięte paprociami i pokryte błotem. W powietrzu unosił się pył, który miał dziwny, metaliczny posmak.
— Tu — powiedziała Ilona, podchodząc do komina. — Tu się wszystko zaczęło.
Położyła dłonie na cegłach. Zamknęła oczy i wzięła głęboki oddech. Na jej twarzy malowały się różne emocje – koncentracja, potem niepokój, wreszcie coś, co wyglądało jak czysty przerażenie.
— Widzę dzieci — wyszeptała. — Małe dzieci. Bawiły się tu w lecie… było ich pięcioro.
— Co się z nimi stało?
— Starsi chłopcy… starsi chłopcy im dokuczali. To miała być tylko zabawa, ale… — Jej głos urwał się. — O Boże. Oni ich wrzucili do stawu. Żywcem.
Poczułem, jak żółć podchodzi mi do gardła. Wiedziałem, co Ilona będzie mówiła dalej, ale musiałem to usłyszeć.
— Jeden z tych starszych chłopców to był Bazyli Wójcik — ciągnęła, nie otwierając oczu. — Miał wtedy siedemnaście lat. Był przywódcą. To on wpadł na pomysł z „chrztem”. Miało być śmiesznie.
— A było?
— Pięcioro dzieci utonęło. Najstarsze miało osiem lat, najmłodsze… — Jej głos zadrżał. — Najmłodsze miało pięć.
Ilona odsunęła ręce od komina i otworzyła oczy. Były czerwone, jakby płakała, chociaż żadnej łzy na jej twarzy nie było.
— Bazyli przez całe życie to ukrywał. Ale jeden z tych topielców… jego duch nigdy nie odszedł. Został tu, w tych bagnach, i czekał. Czekał na sprawiedliwość.
Ruszyliśmy dalej, głębiej w las. Ruiny cegielni okazały się większe, niż myślałem. Nie był to tylko komin. Wyglądała jak całe fabryka, z której zostały fundamenty, sterty cegieł i fragmenty murów porośnięte pnączami. Wszystko było mokre, choć nie padało już od tygodnia. Jakby to miejsce miało własny klimat, własną pogodę.
I wtedy zobaczyliśmy stawy.
Ukryte za ruinami głównego budynku, w zagłębieniu terenu. Trzy połączone ze sobą sadzawki, każda wielkości boiska do piłki nożnej. Woda w nich była czarna jak smoła i gęsta jak syrop. Na powierzchni unosiły się pęcherzyki gazu, które pękały z cichym „plop”, uwalniając zapach rozkładu. Brzegi porastały sitowie i trzciny, między którymi wiły się jakieś białe nitki. Może to były korzenie roślin wodnych. A może nie.
— Tam — wskazałem na największy ze stawów. — Tam utonęły dzieci.
Ilona kiwnęła głową. Podeszła do brzegu, ale nie za blisko. Nawet z odległości trzech metrów czuć było odór gnijących rzeczy.
— Widzisz te bąbelki? — spytała. — To nie jest metan z rozkładu roślin.
— Co to jest?
— Oddechy. Ktoś tam, na dnie, nadal próbuje oddychać.
Poczułem dreszcze na całym ciele. Spojrzałem na wodę i rzeczywiście – bąbelki pojawiały się w rytmie, jakby ktoś w dole brał głębokie, rozpaczliwe oddechy.
Obeszliśmy stawy dookoła. Przy każdym kroku nasze buty zapadały się w miękką ziemię. Grunt był nasączony wodą do tego stopnia, że wydawał przy każdym ruchu mlaskający dźwięk. Jak wielka gąbka pełna cuchnącej cieczy.
Za trzecim stawem, tym najmniejszym, Ilona zatrzymała się gwałtownie.
— Tu jest — powiedziała. — Tu mieszka.
Wskazała na coś, co na pierwszy rzut oka wyglądało jak kępa sitowia. Ale gdy przyjrzałem się bliżej, zobaczyłem, że to nie rośliny. To były… struktury. Jakby ktoś splótł z suchych gałęzi i trawy coś na kształt szałasu. Albo gniazda.
— To jego dom — wyjaśniła Ilona. — Utopiec tu śpi w dzień. A w nocy…
Nie dokończyła, ale nie musiała. W nocy szedł na osiedle i zabierał tych, którzy mieli krew na rękach.
Zbliżyłem się do „gniazda”. Zrobione było z rzeczy, które znajdował na dnie stawów – gałęzi, mułu, skrawków materiału. Dla zwykłego człowieka wyglądałoby jak sterta śmieci. Ale ja widziałem więcej.
A między tymi rzeczami… między nimi były kości. Małe, białe, czyste kości. Ale nie zwykłe kości – to były eteryczne odbicia, paranormalne ślady traumy wydrukowanej w tym miejscu na zawsze. Widoczne tylko dla tych, którzy mają Dar.
— Kości dzieci — wyszeptałem. — Ale to nie są prawdziwe kości, prawda?
— Nie — potwierdziła Ilona. — To pamięć tego miejsca. Energia śmierci, która się skrystalizowała. Zwykły człowiek zobaczyłby tu tylko gałęzie i błoto.
Wskazała na fragment większego eterycznego kształtu, wystającego z konstrukcji. Wyglądał na kość ramienia dorosłego człowieka. A obok niego coś, co mogło być częścią czaszki – ale wszystko to było przezroczyste, mienił się bladym światłem.
— Remigiusz Jasiński — powiedziałem. — I Salomea Kurdek. Ich duchowe pozostałości.
— Tak. Zabiera ich dusze tutaj, do swojego królestwa. A ich ciała…
— Co z ich duszami?
— Zostają w wodzie. Na zawsze. To jego sposób na sprawiedliwość.
Odeszliśmy od gniazda i stanęliśmy na małym wzgórku, skąd można było widzieć cały kompleks stawów. Widok był… hipnotyzujący. Czarne wody lśniły w świetle słońca przebijającego się przez liście. Bąbelki pękały na powierzchni w rytmie oddechu. A z trzcin dobiegały ciche dźwięki – jakby ktoś szeptał coś pod wodą.
— Musimy go powstrzymać — powiedziałem. — Ale żeby to zrobić, muszę wiedzieć wszystko o Bazylim Wójciku. Całą prawdę.
— Myślisz, że on ci to powie?
— Nie, nie powie. Ale ta woda… — Wskazałem na stawy. — Ta woda wszystko pamięta. Tylko muszę znaleźć sposób, żeby ją zapytać.
Ilona spojrzała na mnie z niepokojem.
— Mariusz, rytuały wodne są niebezpieczne. Szczególnie w miejscu jak to. Jeśli popełnisz błąd…
— Zostanę tu na zawsze, wiem. Ale nie mam wyboru. Utopiec nie przestanie zabijać, dopóki nie zemści się na wszystkich winnych. A jedynym sposobem na jego powstrzymanie jest poznanie całej prawdy.
Wracając do samochodu, mijaliśmy kolejne części ruin cegielni. Wszystko było mokre, przesiąknięte wodą, która nie powinna tam być. W jednym z budynków znaleźliśmy stare maszyny – piece do wypalania cegieł, przenośniki, walce. Wszystko rdzewiało od dziesięcioleci, ale rdza była dziwna – zielonkawa, jakby cała zawilgoconą metalem płynęła woda z domieszką miedzi.
— Zobacz — Ilona wskazała na ścianę jednego z budynków.
Na cegłach, na wysokości około dwóch metrów, widniały ślady – eteryczne odbicia małych dłoni. Dziesiątki ich. Świecące bladym, niebieskawym światłem, widoczne tylko dla nas. Dla zwykłego człowieka ściana wyglądałaby normalnie, pokryta jedynie mchem i wilgocią. Ale my widzieliśmy prawdę – duchowe odciski dzieci, które próbowały się uchwycić ściany, gdy woda je porwała.
— One tu są — powiedziała cicho. — Wszystkie. Ich pamięć, ich ostatnie chwile wydrukowane w tym miejscu na zawsze. Czekają.
— Na co?
— Na sprawiedliwość. Na to, żeby ktoś w końcu powiedział prawdę o tym, co się tu stało.
Gdy wróciliśmy do samochodu, słońce chyliło się ku zachodowi. Las zrobił się ciemniejszy, a odgłosy z bagien głośniejsze. Usłyszałem plusk, jakby coś dużego poruszało się w wodzie. Jakby coś się budziło.
— Musimy wracać — powiedziałem. — Szybko.
Ale gdy uruchamiałem silnik, w lusterku wstecznym zobaczyłem coś, co sprawiło, że ręce zaczęły mi się trząść. Z największego stawu, tego gdzie utonęły dzieci, wyłoniła się postać. Wysoka, bardzo chuda, pokryta błotem i szlamem. Stała na brzegu i patrzyła w naszą stronę. Przez chwilę wydawało mi się, że widzę jej oczy – zielone, świecące jak latarnie morskie.
Potem postać zniknęła pod wodą.
Ale w miejscu, gdzie stała, na miękkim brzegu, pozostały ślady. Stopy z długimi, paznokciowymi palcami. Ślady prowadzące w stronę osiedla Polanka.
Utopiec ruszył na polowanie.

Spotkanie z przeszłością
Wracając z cegielni, zatrzymaliśmy się przy domu Klaudiusza Macioszka. Potrzebowałem więcej informacji o Bazylim Wójciku, zanim go odwiedzę. Nie można iść do starego człowieka z oskarżeniami o morderstwo sprzed sześćdziesięciu lat bez solidnego przygotowania.
Macioszek czekał na nas na podjeździe. Jego dom był teraz jeszcze bardziej mokry niż rano – z okien sączyła się woda, tworząc ciemne smugi na białych ścianach. Na trawniku stało kilkanaście wiader, wszystkie pełne szarej, mętnej cieczy.
— Jak tam? — zapytał, gdy tylko wysiedliśmy z samochodu. — Znaleźliście coś?
— Znajdziemy źródło problemu — powiedziałem ostrożnie. — Ale najpierw muszę wiedzieć więcej o Bazylym Wójciku. Co pan o nim wie?
Macioszek rozejrzał się nerwowo, jakby sprawdzał, czy nikt nas nie podsłuchuje. Na osiedlu panowała nienaturalna cisza. Żadnych dzieci bawiących się na podwórkach, żadnych sąsiadów rozmawiających przez płoty. Tylko pusty szmer wiatru i odgłos kapania z różnych stron.
— Może wejdziemy do środka? — zaproponował. — Nie chcę, żeby… żeby usłyszał.
W jego domu było teraz jeszcze wilgotniej. Powietrze było tak gęste, że niemal można było je kroić nożem. Usiedliśmy przy kuchennym stole, unikając miejsc, gdzie z sufitu kapała woda. Macioszek nalał nam herbaty do kubków, które też były mokre na zewnątrz.
— Bazyli mieszka tu najdłużej — zaczął cicho. — Od samego początku, gdy stawiały się pierwsze domy. To znaczy, on nie kupował działki jak reszta. On twierdzi, że ta ziemia należała do jego rodziny. Że jego dziadek był właścicielem cegielni.
— A pan mu wierzy?
— Nie wiem. Może. Zna każdy kamień w okolicy. Opowiada różne historie o starych czasach. Ale… — zawahał się. — Ale ludzie mówią, że te historie się nie zgadzają. Że on kłamie.
Ilona zrobiła notatki w swoim notesie. Jej twarz miała ten skupiony wyraz, który zawsze pojawiał się, gdy analizowała ludzkie motywacje.
— O jakich historiach pan mówi? — zapytała.
— No, na przykład o tej tragedii z lat sześćdziesiątych. Bazyli zawsze mówił, że to był wypadek. Że dzieciaki same wpadły do stawu, bo nie umiały pływać. Ale jego siostra… jego siostra, nim umarła pięć lat temu, mówiła co innego.
— Co mówiła?
Macioszek wziął łyk herbaty. Jego ręce trzęsły się lekko.
— Że Bazyli był tam, gdy dzieci utonęły. Że był z innymi starszymi chłopakami. I że… że to nie był wypadek.
— Dlaczego nigdy nie poszła na policję?
— Bała się go. Bazyli potrafił być… groźny. Ma straszny temperament. A jego siostra twierdziła, że on jej groził. Że ją zabije, jak komuś powie.
Za oknem coś plasknęło. Odwróciłem głowę i zobaczyłem, że z rynny spływa strumyk wody. Ale rynna była sucha. Woda materializowała się w powietrzu, jakby ktoś lał ją z niewidzialnego wiadra.
— Gdzie teraz mieszka Wójcik? — zapytałem.
— Dom numer szesnaście. Na końcu osiedla, najbliżej lasu. — Macioszek wskazał kierunek. — Ale ostrzegam państwa. On nie lubi obcych. I w ogóle… on jest dziwny.
— W jakim sensie dziwny?
— Chodzi po nocy. Słyszę go czasem, jak wychodzi z domu koło północy i wraca przed świtem. I zawsze jest mokry. Ubrania, buty, włosy. Jakby gdzieś się kąpał.
Ilona i ja spojrzeliśmy na siebie porozumiewawczo. Wójcik chodził nocą, gdy Utopiec był aktywny. To nie było przypadek.
— Jeszcze jedno pytanie — powiedziałem. — Czy inne dzieci w okolicy zaginęły w ostatnim czasie? Oprócz tych z lat sześćdziesiątych?
Macioszek zamyślił się.
— Nie tutaj. Ale w Polkowicach, w centrum, dwa miesiące temu zniknął mały chłopczyk. Michał Korek, siedem lat. Znaleźli go po trzech dniach w stawie za ośrodkiem zdrowia. Utonął. Ale to dziwne, bo umiał pływać z tego co słyszałem.
— I nikt nie podejrzewał niczego podejrzanego?
— Policja mówiła o nieszczęśliwym wypadku. Ale matka chłopczyka twierdziła, że ktoś go tam zaciągnął. Że Michał bał się wody i nigdy by sam nie wszedł do stawu.
Opuściliśmy dom Macioszka i ruszyliśmy w stronę domu numer szesnaście. Droga prowadziła na sam koniec osiedla, gdzie domy były bardziej rozrzucone, a między nimi więcej zieleni. Dom Bazylego Wójcika stał na samym skraju, tuż przy granicy lasu. Był starszy od pozostałych, z czerwonej cegły, z wysokim, spiczastym dachem.
To, co od razu rzucało się w oczy, to ogród. O ile inne domy miały przystrzyżone trawniki i małe rabatki kwiatowe, ogród Wójcika był… dziki. Wysokie trawy, zarośnięte ścieżki, a wszędzie małe stawki i fontanny. Jakby stary człowiek próbował odtworzyć na swojej działce fragment bagniska.
Furtka była otwarta. Przeszliśmy przez ogród, omijając kałuże i ślizgając się na mokrej trawie. W powietrzu unosił się zapach stojącej, stęchłej wody i czegoś jeszcze – coś, co przypominało zapach akwarium z rybami, które zbyt długo nie czyszczono.
Zapukałem do drzwi.
Chwilę nic nie słyszeliśmy. Cisza. Potem odgłos kroków – powolnych, ociężałych. Drzwi otworzyły się z trzaskiem.
Bazyli Wójcik był wysokim, chudym mężczyzną z siwymi włosami opadającymi na ramiona. Miał około osiemdziesięciu lat, ale wyglądał na mocną osobę. Jego oczy były bardzo jasne, niemal bezbarwne, i miały w sobie coś niepokojącego. Gdy na nas spojrzał, poczułem się jak pod mikroskopem.
— Czego chcecie? — zapytał basowym głosem.
— Dzień dobry. Nazywam się Mariusz Czarnecki, a to jest Ilona Wiśniewska. Zajmujemy się nietypowymi zjawiskami. Chcielibyśmy porozmawiać o ostatnich zdarzeniach na osiedlu.
Wójcik obrzucił nas długim spojrzeniem. Na jego ustach pojawił się sardoniczny uśmiech.
— Nietypowe zjawiska? — powtórzył. — A myślałem, że to policja albo dziennikarze. Proszę, wejdźcie.
Wnętrze domu było… nieoczekiwane. Spodziewałem się typowego mieszkania starego człowieka – podniszczonych mebli, telewizora starego typu, stosu gazet. Ale dom Wójcika wyglądał jak muzeum. Po ścianach wisiały stare fotografie, mapy okolicy sprzed dziesięcioleci, dokumenty w ramkach. W salonie stało kilka akwariów, ale zamiast ryb pływały w nich jakieś rośliny wodne.
— Proszę usiąść — powiedział Wójcik, wskazując na starą skórzaną kanapę. — Herbaty? Kawy?
— Herbaty poprosimy — odpowiedziałem.
Gdy zniknął w kuchni, rozejrzałem się po pokoju uważniej. Na ścianie wisiała wielka, stara fotografia przedstawiająca cegielnię w czasach swojej świetności. Na pierwszym planie group ludzi – robotników, a wśród nich młody mężczyzna, który mógł być dziadkiem Wójcika.
Ale to, co przyciągnęło moją uwagę najbardziej, to była mała szklana gablotka stojąca na komodzie. W środku leżały różne przedmioty – stare monety, kawałki ceramiki, pożółkłe fotografie. A między nimi… między nimi były zabawki. Stare, dziecięce zabawki. Samochodzik, lalka bez głowy, kolorowe klocki.
— To przykuwa pana uwagę? — odezwał się głos za moimi plecami.
Odwróciłem się. Wójcik stał w drzwiach z tacą. Na jego twarzy był ten sam sarkastyczny uśmiech.
— To pamiątki z mojego dzieciństwa — wyjaśnił, stawiając tacę na stoliku. — I z dzieciństwa moich przyjaciół. Wiele z tych rzeczy znalazłem nad stawami koło cegielni.
— Koło stawów? — zapytała Ilona. W jej głosie słychać było napięcie.
— O tak. Dzieci zawsze tam się bawiły. Przed wojną, po wojnie, w latach sześćdziesiątych. — Wójcik usiadł naprzeciw nas w fotelu. — Szkoda tylko, że niektóre z tych dzieci nie były ostrożne.
Jego słowa zabrzmiały niewinnie, ale w sposób, w jaki je wypowiedział, było coś złowieszczego. Jakby delektował się wspomnieniami.
— Słyszeliśmy o tragedii z 1967 roku — powiedziałem ostrożnie. — Pięcioro dzieci utonęło w stawach.
— Ach, to. — Wójcik machnął ręką. — Straszna sprawa. Ja też tam byłem, jako nastolatek. Próbowałem im pomóc, ale było za późno. Za późno.
Ale w jego oczach nie było żadnego żalu. Żadnej troski. Były zimne i puste jak skorupy po jajkach.
— Co się dokładnie stało? — zapytała Ilona.
— Dzieci się bawiły nad stawem. Starsi chłopcy im dokuczali, jak to zwykle. Było lato, gorąco. Ktoś wpadł na pomysł, żeby małych „ochrzcić”. Żeby ich wrzucić do wody. — Wójcik przerwał i wypił łyk herbaty. — Nikt nie myślał, że one nie umieją pływać.
— A pan? Pan nie protestował?
Stary człowiek popatrzył na mnie długo. W jego oczach zamigotało coś, co mogło być rozbawieniem.
— Byłem najmłodszy z tamtej grupy. Miałem siedemnaście lat. Starsi chłopcy nie słuchali moich rad.
To było kłamstwo. Wiedziałem to, Ilona wiedziała to, a pewnie i Wójcik wiedział, że wiemy. Ale dla Ilony to wystarczyło. Położyła dłoń na szklane powierzchni stolika i zamknęła oczy.
Po chwili jej twarz ściągnęła się w grymasie obrzydzenia.
— Widzę… widzę prawdę — wyszeptała. — To pan był przywódcą. To pan wymyślił „chrzest”. Pan pierwszy wrzucił dziecko do wody. I śmiał się pan. Śmiał się pan, gdy tonęło.
Wójcik przestał się uśmiechać. W jego oczach pojawił się zimny blask.
— Kim pani jest? — zapytał cicho.
— Kimś, kto potrafi czytać prawdę z przedmiotów — odpowiedziała Ilona, nie otwierając oczu. — I prawda jest taka, że pan zamordował pięcioro dzieci. Dla zabawy.
Stary człowiek wstał z fotela. Nagle przestał wyglądać na staruszka. Jego ruchy stały się płynne, groźne.
— Myślicie, że możecie tu przyjść i oskarżać mnie o coś, co stało się sześćdziesiąt lat temu? — warknął. — Nie macie żadnych dowodów. Żadnych świadków. Wszyscy, którzy tam byli, już nie żyją.
— Wszyscy oprócz pana — poprawiłem go.
— I oprócz dzieci — dodała Ilona, otwierając oczy. — Dzieci pamiętają wszystko. I czekają na sprawiedliwość.
Wójcik zaśmiał się, ale nie było w tym śmiechu nic miłego.
— Ach, więc to dlatego ludzie tu giną? — powiedział. — Myślicie, że to jakiś duch zemsty? Jakieś straszydło ze stawów?
Zbliżył się do okna i spojrzał w stronę lasu.
— A może i macie rację — mruknął. — Może rzeczywiście Janusz wrócił.
— Janusz? — zapytałem.
— Janusz Zawada. Najmłodsze z tych dzieci. Pięć lat miał. — W głosie Wójcika pojawiła się dziwna tonacja – nie żalu, ale czegoś, co mogło być nostalgią. — Najdłużej się bronił. Próbował uciekać. Ale w końcu duch walki w nim przegrał.
Poczułem, jak żółć podchodzi mi do gardła. Ten człowiek wspominał morderstwo dziecka jak miłe chwile z przeszłości.
— I teraz myślicie, że Janusz wrócił, żeby mnie zabić? — Wójcik odwrócił się od okna. — Może i wrócił. Ale wiecie co? Ja też na niego czekam. Czekam od sześćdziesięciu lat.
— Dlaczego? — zapytałem.
— Bo nie skończyliśmy naszej zabawy.
W tym momencie w domu zrobiło się bardzo zimno. Temperatura spadła tak gwałtownie, że z naszych ust zaczęła uchodzić para. Akwaria jakby zaszumiały, a woda w nich zaczęła bulgotać i w parę chwil zrobiła się żółta.
— Już czas — powiedział Wójcik, patrząc na wskazówki zegara. — Słońce zachodzi. To jego pora.
I wtedy usłyszeliśmy to. Za oknami, gdzieś z kierunku lasu, dobiegał plusk. Jakby ktoś bardzo duży wychodził z wody.
Wójcik uśmiechnął się jak dziecko, które dostało wymarzony prezent.
— Witaj, Januszu — wyszeptał.

Nocne polowanie
Gdy usłyszeliśmy plusk za oknem, Wójcik przestał udawać. Maska starszego, gościnnego dziadka spadła jak zrzucony płaszcz. To, co zostało, było zimne i okrutne jak głód rekina.
— Chcieliście prawdy? — powiedział, podchodząc do okna. — To ją dostaniecie. Janusz rzeczywiście wrócił. I nie jest sam.
Spojrzałem przez szybę i zobaczyłem coś, co sprawiło, że każdy mięsień w moim ciele się napiął. Z kierunku lasu zbliżała się postać. Wysoka, chuda, pokryta błotem i szlamem. Utopiec. Ale nie sam. Za nim, ledwo widoczne w zmierzchu, szły inne kształty. Mniejsze. Dziecięce.
— Pięcioro ich było — wyszeptał Wójcik z dziwną czułością w głosie. — Ale tylko Janusz stał się tym, czym jest teraz. Pozostałe dzieci… one po prostu umarły. Ale on? On był wyjątkowy. Miał w sobie tyle złości, tyle pragnienia zemsty.
— Dlatego pan nocami chodzi do stawów — powiedziałem. — Pan się z nim spotyka.
— Spotykamy się i rozmawiamy. O starych czasach. O tym, jak było wtedy, nad stawami. — Wójcik odwrócił się od okna. Jego oczy lśniły niezdrowym blaskiem. — Ale teraz już nie chce tylko rozmawiać. Teraz chce dokończyć to, co zaczęliśmy sześćdziesiąt lat temu.
Ilona chwycił mnie za rękę. Jej palce były lodowate.
— Mariusz, musimy stąd wyjść — wyszeptała. — Teraz.
Ale było za późno. Przed domem rozległ się głuchy łomot, jakby ktoś bardzo ciężki uderzył w drzwi. Potem drugi. Trzeci. Drzwi zatrzeszczały w zawiasach.
— Nie próbujcie uciekać — powiedział Wójcik. — Janusz jest bardzo szybki w wodzie. A ta cała okolica jest teraz jego królestwem.
Rzeczywiście, dom Wójcika zaczął się zalewać. Woda sączyła się przez podłogę, spływała po ścianach, kapała z sufitu. W kilka sekund staliśmy po kostki w czarnej, śmierdzącą cieczą.
Drzwi ustąpiły z trzaskiem.
W progu stanął Utopiec.
Z bliska wyglądał jeszcze bardziej przerażająco niż w mojej wyobraźni. Miał ponad dwa metry wzrostu, ale był tak chudy, że wydawał się składać tylko ze skóry naciągniętej na kości. Jego skóra była zielonawa, pokryta śliską warstwą mułu. Włosy – długie, czarne, splątane – opadały mu na twarz jak mokre wodorosty. Ale najgorsze były oczy. Świeciły zielonym światłem jak latarnie morskie i patrzyły z nienawiścią, która trwała już sześćdziesiąt lat.
— Januszu — powiedział Wójcik, a jego głos drżał z podniecenia. — Jak długo na ciebie czekałem.
Utopiec otworzył usta. Z jego gardła wydobył się dźwięk jak bulgotanie wody w zatkane rurze. Ale ja zrozumiałem to, co mówił.
„Teraz… twoja… kolej…”
— Nie! — krzyknąłem. — Nie pozwolę ci!
Sięgnąłem do kieszeni kurtki i wyjąłem małą buteleczkę z wodą święconą. Ale zanim zdążyłem ją odkorkować, Utopiec rzucił się na mnie z szybkością węża. Jego lodowate palce zacisnęły się na mojej szyi jak żelazne klamry.
Poczułem, jak powietrze ucieka z moich płuc. Świat zaczął się ściemniać. Ale w ostatniej chwili Ilona uderzyła Utopca lampą stojącą na komodzie. Stworzenie puściło mnie i odwróciło się w jej stronę.
— Uciekaj! — krzyknęła. — Uciekaj i znajdź sposób na jego powstrzymanie!
Ale ja nie mogłem jej zostawić. Zamiast uciekać, chwyciłem Ilonę za rękę i pociągnąłem w stronę tylnych drzwi domu. Utopiec ryknął za nami – dźwięk jak pękającą lodu – i ruszył w pościg.
Wybiegliśmy na taras. Ogród Wójcika był teraz kompletnie zalany. Woda sięgała nam do kolan. Małe stawy jak kałuże i fontanny, które widziałem wcześniej, połączyły się w jeden wielki basen. A z wody wyłoniły się inne postaci. Dzieci. Pięcioro dzieci o bladych twarzach i oczach pełnych smutku.
To nie byli wrogowie. To były ofiary.
— One chcą sprawiedliwości — powiedziała Ilona, wpatrując się w blade sylwetki. — Ale Janusz… Janusz chce zemsty. I nie można mu w tym przeszkodzić, dopóki nie dostanie tego, czego pragnie.
— A czego pragnie?
— Żeby Wójcik poczuł to samo, co czuły tamte dzieci. Żeby utonął tak, jak one.
Za nami, z domu, dobiegł krzyk. Odwróciłem się i zobaczyłem Wójcika w oknie. Utopiec go dogonił. Stary człowiek próbował się bronić, uderzał pazurzastego stwora krzesłem, ale to było jak próba zatrzymania fali krzesłem plażowym.
— Chodź! — pociągnąłem Ilonę w stronę lasu. — Muszę wykonać rytuał. To jedyny sposób na powstrzymanie tego.
Przedzieraliśmy się przez zalany ogród. Woda była coraz głębsza, coraz zimniejsza. Nasze stopy grzęzły w miękkim dnie, które składało się z mułu i rozkładających się liści. Oddychanie stawało się coraz trudniejsze – powietrze było tak nasycone wilgocią, że każdy oddech wypełniał płuca wodną parą.
Dotarliśmy do granicy lasu. Tu grunt był nieco wyższy, więc woda sięgała nam tylko do kostek. Ale nie było to ulga. Między drzewami poruszały się inne cienie. Inne utopione dusze, które Janusz przebudził.
— Mariusz — Ilona chwycili mnie za ramię. — Rytuał Oczyszczenia Wodnego. Pamiętasz go?
— Pamiętam. Ale potrzebuję źródła wody. Prawdziwego źródła, nie tej sztucznej powodzi.
— Stawy przy cegielni. Tam wszystko się zaczęło. Tam też musi się skończyć.
Ruszyliśmy ścieżką prowadzącą do ruin. Las był pełen odgłosów – plusk, bulgotanie, szepty w języku, którego nie rozumiałem. Duchy topielców rozmawiały ze sobą. Planowały. Ale nie nas. Oni chcieli tylko jednego człowieka – tego, który ich zabił.
Gdy dotarliśmy do stawów, zastaliśmy tam scenę jak z najgorszego koszmaru.
Wójcik już tam klęczał na brzegu największego stawu. Jego ubranie było podarte, twarz pokryta krwią. Utopiec stał za nim, trzymając go za włosy. A wokół, w kręgu, stały blade sylwetki dzieci. Czekały.
— Proszę! — krzyczał Wójcik. — To była tylko zabawa! Nie chciałem ich zabić!
Utopiec pochylił się i coś mu wyszeptał do ucha. Stary człowiek krzyknął z przerażenia.
— Nie! Nie wrzucajcie mnie do wody! Nie umiem pływać!
Ironia była miażdżąca. Człowiek, który utopił pięcioro dzieci, sam nie umiał pływać.
— Janusz! — krzyknęłam. — Janusz Zawada!
Utopiec podniósł głowę. Jego zielone oczy zatrzymały się na mnie.
— Wiem, czego chcesz! — kontynuowałem. — Chcesz sprawiedliwości. Ale to nie jest sprawiedliwość. To zemsta. A zemsta nie pozwoli ci odejść.
Stworzenie wypuściło Wójcika i zrobiło krok w moją stronę. Jego usta poruszyły się, a ja usłyszałem w głowie bulgoczący głos:
„On… musi… zapłacić…”
— Zapłaci. Ale nie śmiercią. Śmiercią tylko się uwolni. Niech żyje z winą. Niech każdej nocy śni o was. To będzie gorsza kara niż śmierć.
Utopiec zawahał się. W jego oczach zamigotało coś, co mogło być ludzkim zrozumieniem.
— Mariusz — wyszeptała Ilona. — Teraz. Zacznij rytuał. Teraz!

Wyjąłem z plecaka wszystko, czego potrzebowałem według Rytuału Oczyszczenia od Klątwy Wodnej – jednego z najtrudniejszych rytuałów, jaki znałem. Biały kamień z dna źródła świętego, sól morska zebrana podczas odpływu, woda święcona z pięciu różnych kościołów i mój prywatny notes z zapiskami o rytuałach wodnych.
Klęknąłem przy brzegu stawu. Woda była czarna jak smoła, ale spokojna. Jakby sama natura wstrzymała oddech, czekając na to, co się wydarzy.
— Muszę najpierw związać wodę z żywiołem ziemi — wyszeptałem do Ilony, otwierając notes na odpowiedniej stronie. — Bez tego rytuał nie będzie działał.
Położyłem biały kamień na brzegu stawu i nasypałem wokół niego okrąg z soli morskiej. Sól natychmiast zaczęła się rozpuszczać, tworząc mleczną mgłę, która rozeszła się po całej powierzchni wody.
— Żywiole ziemi, przyjmij pod swoją opiekę to, co woda zatrzymała przeciw naturze — zacząłem formułę. — Sól oceanów niech oczyści wodę z tego, co nie ma prawa w niej mieszkać.
Woda zafalowała. Utopiec cofnął się o krok, a jego zielone oczy wyrażały niepokój. Sól działała – przerwała jego bezpośrednie połączenie ze stawem.
Zapaliłem świecę z białego wosku i zanurzyłem jej podstawę w wodzie święconej.
— Ogniu życia, rozjaśnij dusze zatrzymane w ciemności. Wodo błogosławieństwa, obmyj je z gniewu i pozostaw tylko tęsknotę za pokojem.
Kropłem wodą święconą bezpośrednio na powierzchnię stawu. Tam, gdzie spadały krople, woda stawała się przezroczysta. Widziałem, jak Janusz powoli się materializuje – nie jako potwór, ale jako przestraszony chłopiec.
Utopiec obserwował mnie z coraz większą uwagą. Dzieci też się zbliżyły. Ich blade twarze wyrażały coś, czego nie widziałem wcześniej – nadzieję.
— Wietrze wolności — dmuchnąłem na płomień świecy, ale nie gasząc go — zabierz dusze tam, gdzie mają być. Niech przyniesie im spokój, którego szukają od sześćdziesięciu lat.
Ale wtedy poczułem opór. Potężny, pierwotny opór.
Woda w stawie eksplodowała. Nie zaczęła bulgotać – wybuchła fontanną czarnej cieczy, jakby ktoś zdetonował pod nią bombę. Z głębi wydobywały się bąble wielkości piłek, a powietrze wypełnił odór rozkładu starszy niż ludzka pamięć.
— Co się dzieje? — zapytała Ilona, cofając się od brzegu.
— To niemożliwe! — Sprawdziłem notes. — Rytuał jest wykonany dokładnie według przepisu!
Wtedy zrozumiałem. W czarnej wodzie coś się poruszało. Coś znacznie groźniejszego niż Janusz. Coś, co mieszkało tu już przed tragedią z 1967 roku.
— Janusz nie jest jedynym Utopcem — powiedziała Ilona, wpatrując się w rozbuchaną wodę. — W tym stawie mieszka coś starszego. To… to pierwotny właściciel tych wód.
I rzeczywiście. Z głębin stawu, dokładnie w miejscu gdzie wykonywałem rytuał, zaczął się wyłaniać inny kształt. Masywny, pradawny, pokryty szlamem sprzed wieków. To był prawdziwy Utopiec – demon, który rządził tymi wodami od stuleci. Janusz był tylko jego najnowszym narzędziem, kolejną marionetką w długim szeregu topielców. A stary demon nie tolerował ingerencji w swoje królestwo.
Rytuał zagrażał nie tylko Januszowi, ale całej jego formacji duchów-niewolników. Nagle monstrum rzuciło się na mnie z szybkością węża, jego pradawne pazury przebijając skórę na moich ramionach jak gorące noże. Poczułem przenikliwy ból i ciepłą krew spływającą po plecach. Jego oddech śmierdział rozkładającymi się przez wieki ciałami, a dotyk był lodowaty jak zimowa rzeka.
— Mariusz! — krzyknęła Ilona i rzuciła się mi na pomoc.
Ale to był błąd. Janusz, nadal będąc sługą Utopca-demona, otrzymał jakby natychmiastowy rozkaz. Jego oczy zaświeciły jaśniej, a na twarzy pojawił się grymas, który nie należał do pięcioletniego dziecka. To był wyraz pradawnej złości jego pana.
Chwycił Ilonę swoimi drobnymi, ale śmiertelnie silnymi rękoma i wciągnął ją pod wodę jako zakładniczkę. Jego dotyk niósł śmierć, ale też kontrolę. Ilona zaczęła się topić w lodowatej, gęstej jak syrop czerni, podczas gdy Utopiec-Władca użył jej jako żywej tarczy.
„Przerwij rytuał albo ona umrze” – usłyszałem bulgoczący głos w głowie. To nie był głos dziecka. To była pradawna złość, stara jak te bagna.
— Nie! — krzyknąłem i rzuciłem się do stawu.
Woda uderzyła mnie jak ściana lodowatego żelu. Każdy ruch był walką z gęstą, śmierdzącą masą, która lepiła się do ciała jak żywy organizm. Woda wypełniła mi usta smakiem mułu, gnijących liści i czegoś jeszcze – metalicznego posmaku krwi sprzed dziesięcioleci. Moje płuca paliły od wysiłku, a nogi grzęzły w miękkim dnie pełnym kości i śmieci.
Janusz trzymał Ilonę pod powierzchnią, a jego mała twarz była całkowicie pozbawiona ludzkiej emocji. Jej ciało szarpało się w konwulsjach, bąbelki powietrza uciekały z jej ust. Dotarłem do nich, gdy jej ruchy zaczęły słabnąć. Ale stary demon nie zamierzał mi na to pozwolić. Uderzył mnie pazurami w plecy – poczułem jak rozdzierają kurtkę, sweter, skórę, aż do mięśni. Ból był tak ostry, że niemal zemdlałem pod wodą. Krew zabarwiła wodę wokół mnie na ciemnoczerwono. Jego szczęki zatrzasnęły się centymetry od mojej szyi, a ja poczułem na twarzy jego zgniłą ślinę.
Chwyciłem Ilonę i szarpnęłem ją z rąk Janusza. Chłopiec puścił ją, ale tylko dlatego, że jego pan kazał mu się skupić na mnie. Małe palce zacisnęły się na mojej szyi jak żelazna obręcz. Widziałem jego twarz z bliska – skórę jak mokry pergamin, oczy które nie były już oczyma dziecka, ale czarne dziury pełne wody i mułu. Kopnąłem go w brzuch i płynąłem już po chwili w stronę brzegu, ciągnąc nieprzytomną Ilonę. Za mną rozległ się wrzask – nie ludzki, ale podobny do krzyku dzikiego zwierzęcia zmieszanego z szumem wodospadu. Stary Utopiec był wściekły.
Wyciągnąłem Ilonę na brzeg. Była sina, nie oddychała. Z ust wyciekała czarna woda zmieszana z kawałkami gnijących roślin. Zacząłem reanimację – nacisnąłem na klatkę piersiową. Raz, dwa, trzy. Jej żebra uginały się pode mną jak połamane gałęzie. Nic. Pochyliłem się i tchnąłem powietrze w jej usta – smakowały mułem, starą śmiercią i czymś słodkawym, co mogło być początkiem rozkładu.
— Oddychaj! — krzyczałem, uderzając ją pięścią w pierś. — Ilona, oddychaj!
Za mną rozgrywała się apokalipsa. Stary Utopiec wyszedł z wody i atakował wszystko dookoła. Jego pazury rozdzierały powietrze z sykiem, pozostawiając za sobą smugi pary. Janusz próbował go niezrozumiale dla mnie powstrzymać, ale demon-władca był potężniejszy. Uderzył dziecięcego Utopca z taką siłą, że Janusz przeleciał kilka metrów i uderzył w drzewo z trzaskiem łamiących się kości. Powietrze wypełniło się odgłosami walki – mokrymi uderzeniami ciała o ciało, warczeniem jak u rozwścieczonych psów, bulgotaniem wody i krwi. Ziemia pode mną drżała od uderzeń. Poczułem zapach ozonu, jakby w powietrzu iskrzyła elektryczność. Potem krzyk – wysokie, przenikliwe wycie, które zmroziło mi krew w żyłach.
Nagle Ilona zakaszlała. Z jej ust eksplodował strumyk czarnej wody pełnej mułu, kawałków roślin i czegoś, co wyglądało jak drobne kości. Jej ciało wykręciło się w łuk, gdy wypluła kolejną porcję trucizny. Otworzyła oczy – były przekrwione, ale żywe.
— Rytuał — wychrypiała gardłem tak uszkodzonym, że jej głos brzmiał jak szeleszczenie suchych liści. — Dokończ… rytuał…
Pomogłem jej usiąść i wróciłem do przerywanego zaklęcia. Ale teraz wiedziałem, że muszę zmienić formułę. Nie chodziło o oczyszczenie jednej duszy, ale o zniszczenie władztwa starożytnego demona.
— Moce czterech żywiołów — kontynuowałem, choć mój głos drżał ze zmęczenia i bólu — zburzcie królestwo zbudowane na krzywdzie! Uwolnijcie więźniów od tego, co nie ma prawa do rządzenia!
Dodałem do rytuału coś, czego nie było w księdze – własną krew. Kropłem nią na powierzchnię stawu.
— Niech Krew żywego człowieka, zerwie więzy między panem a sługą!
To zadziałało. Woda w stawie zaczęła się oczyścać, ale nie spokojnie – z gwałtownymi bulgotami i sykiem. Czerń walczyła z przejrzystością jak żywa istota, ale przegrywała centymetr po centymetrze. Stary demon wrzasnął z wściekłości i zanurzył się w głębinach, aż wreszcie zniknął całkowicie.
Janusz przestał walczyć. Stał w wodzie po pas i patrzył na mnie. Jego twarz nie była już twarzą monstrum, ale smutnego, zmęczonego dziecka.
„Dziękuję…” – usłyszałem w głowie jego głos, ale teraz brzmiał jak głos pięcioletniego chłopczyka.
Chłopiec, który przez sześćdziesiąt lat był więźniem własnego gniewu, powoli się rozpadał. Jego postać stawała się przezroczysta, ale na jego twarzy malował się spokój, jakiego nie znał od dziesięcioleci.
Pozostałe dzieci też zaczęły znikać. Jedno po drugim, rozpływając się jak poranna mgła. Na końcu został tylko najmniejszy kształt.
Pięcioletni Janusz Zawada spojrzał na mnie ostatni raz. Poruszył ustami, ale nie usłyszałem słów. Przeczytałem je z ruchu warg:
„Teraz już nie boli.”
I zniknął.
Staw stał się zwyczajnym stawem. Woda była czysta i przezroczysta, a na dnie widać było żółty piasek i zwiędłe liście. Pachniało życiem i świeżością zamiast śmiercią i rozkładem.
Epilog
Trzy tygodnie później siedziałem przy kuchennym stole w moim mieszkaniu. Rura w łazience nadal przeciekała, a herbatniki nadal były twarde jak diabeł. Ale niektóre rzeczy się zmieniły.
Ilona przychodziła do mnie codziennie. Lekarze powiedzieli, że jej płuca będą się goić przez miesiące, może dłużej. Mówiła szeptem, często kaszlała, ale jej oczy odzyskały blask. Najbardziej cieszyło mnie to, że nadal chciała ze mną pracować.
— Następny telefon — powiedziała, wskazując na komórkę leżącą na stole. — Jakiś facet z Krakowa. Twierdzi, że w jego mieszkaniu mieszka duch jego byłej żony. I że dom pachnie jej perfumami.
— Bierzemy to?
— Oczywiście. — Uśmiechnęła się, choć jej głos brzmiał jak szept. — Ale tym razem bez topienia się w żadnych stawach.
Za oknem lipa szeleściła liśćmi na jesiennym wietrze. Kapanie z rury w łazience brzmiało spokojnie, rytmicznie. Jak zwykle kapanie zwykłej wody.
Nie jak oddech topielca.
Nie jak łzy duchów.
Po prostu jak woda.
I to mi wystarczało.
