You are currently viewing OBRAZ ŚMIERCI. ZAPOMNIANY PAŁAC.

OBRAZ ŚMIERCI. ZAPOMNIANY PAŁAC.

Drodzy Czytelnicy,

Pozwolę sobie przedstawić historię, która wydarzyła się naprawdę. Możecie mi nie wierzyć – rozumiem to. Sam przez lata podchodziłem sceptycznie do opowieści o zjawiskach paranormalnych, dopóki nie zetknąłem się z nimi osobiście.

Nazywam się Mariusz Czarnecki i od dwudziestu lat zajmuję się tym, co większość ludzi nazywa „niemożliwym”. Jestem rytualista, ezoterykiem, specjalistą od spraw, które wykraczają poza nasze codzienne doświadczenie. Pracuję z Kronikach Akaszy, magią celtycką, runami i tradycją Wicca. Ale przede wszystkim pomagam ludziom, którzy borykają się z problemami nadprzyrodzonymi.

Ta historia rozegrała się jesienią 2024 roku, niedaleko Słupska. Pałac w Zdrzewnie – ruina, która kryła w sobie sekret starych o sto lat. Cztery zaginięcia w ciągu dwóch miesięcy. Obraz na ścianie, który pokazywał się tylko niektórym… tym, którzy później znikali bez śladu.

Co znajdziecie w tej opowieści?

🔮 Prawdziwe rytuały ezoteryk – szczegółowe opisy Rytuału Uwolnienia Duszy z Więzów Cierpienia, wykorzystanie soli morskiej, obsydianu, werbeny i świec z wosku pszczelego

🔮 Współpracę z ekspertem od Kronik Akaszy – mojej koleżanki Ilona Wiśniewskiej, która potrafi „czytać” energetyczne ślady przeszłości

🔮 Starcie z Demonem Śmierci – jednym z najniebezpieczniejszych bytów, jakie można spotkać w pracy rytualista

🔮 Historię rozciągnętą na sto lat – tajemnicę rodziny, która przez cztery pokolenia służyła ciemnym siłom

🔮 Psychologiczne tło zdarzeń – bo za każdym nadprzyrodzonym zjawiskiem kryją się ludzkie tragedie i wybory

Dlaczego to piszę?

Ponieważ większość ludzi ma błędne wyobrażenie o pracy rytualista. W filmach i książkach widzimy efektowne sceny z wybuchami światła i dramatycznymi gestykulacjami. Prawdziwa praca z energiami nadprzyrodzonymi to przede wszystkim wiedza, precyzja, odwaga i… bardzo dużo praktycznych umiejętności.

W tej historii nie ukrywam żadnych szczegółów. Opowiadam o rzeczywistych metodach, konkretnych rytuałach i prawdziwych zagrożeniach, z jakimi mierzą się ludzie w moim fachu. Znajdziecie tu opisy dokładnie takich składników, jakich rzeczywiście używam, oraz procedur, które stosuję w swojej pracy.

Czy to się naprawdę wydarzyło?

Pałac w Zdrzewnie istnieje. Historia rodziny Zimmermann jest udokumentowana. A ja… cóż, ciągle mam blizny na piersiach, które powstały tamtej nocy.

Zaproszenie: Jeśli chcecie poznać świat prawdziwej ezoteryki, dowiedzieć się, jak wygląda praca profesjonalnego rytualista, i przeżyć autentyczną przygodę z nadprzyrodzonymi siłami – ta historia jest dla Was.

Czasami prawda jest straszniejsza niż fikcja.
Czasami fikcja okazuje się prawdą.
A czasami… czasami po prostu trzeba stanąć oko w oko z tym, czego nie można wytłumaczyć.

Witajcie w moim świecie.


Mariusz Czarnecki
Rytualista, ezoteryk
Polkowice, 2024

P.S. Jeśli po przeczytaniu tej historii będziecie mieli pytania o konkretne rytuały lub metody pracy, które opisuję – zapraszam do kontaktu. Chętnie podzielę się wiedzą z osobami, które traktują te tematy poważnie.


Wiadomość

Wagonowy stół był lepki od czegoś, co kiedyś mogło być kawą, ale teraz przypominało brunatną plamę wysuszoną na plastiku. Przyłożyłem na nim dłoń i poczułem charakterystyczne lepkie ślady i poczułem zapach od wilgotnej ścierki, którą pewnie wycierano te stoliki od lat. Odsunąłem rękę z obrzydzeniem i otarłem palce o nogawkę dżinsów.

Pociąg kołysał się monotonnie, a ja wpatrywałem się w szybę zamgloną od oddechu poprzednich podróżnych. Ktoś napisał palcem „JULIA” w kondensacie pary, ale teraz litery rozpłynęły się w krzywe linie spływające po szkle. Za oknem przemykały szare pola jesieni – świeżo zaorane bruzdy błyszczące od wczorajszego deszczu, kępki zwiędłej trawy, gdzieniegdzie sterczący kościół wiejskiego kościółka.

Odchyliłem się na oparciu fotela i poczułem, jak sprężyny protestują cicho pod moim ciężarem. Przedział śmierdział tym, czym zawsze śmierdzą pociągi PKP – mieszanką taniej kawy z automatów, wilgotnych ubrań i czegoś słodkawego, co mogło być dezodorantem samochodowym wisząc gdzieś w pobliżu.

Sięgnąłem do kieszeni kurtki i wyciągnąłem telefon. Ekran pokazywał jedenaście nieodebranych połączeń. Wszystkie od Fabiana Korby. Przesunąłem palcem po wyświetlaczu i przesłuchałem jego ostatnią wiadomość głosową jeszcze raz.

„Mariusz, dzwonię już piąty raz. Proszę, odbierz. To naprawdę ważne. Ojciec… ojciec opowiada dziwne rzeczy. O tym pałacu w Zdrzewnie. Ludzie tam znikają, Mariusz. Nie żartuję. Nie wiem, do kogo się zwrócić. Pamiętasz, jak mówiłeś, że jeśli kiedykolwiek będę potrzebował… no, tego co robisz? Dzwonię teraz. Bardzo cię proszę, przyjedź.”

Głos mu drżał na końcu nagrania. Fabian to nie jest człowiek, który łatwo wpada w panikę. Znałem go jeszcze ze studiów – księgowy, pedant, typ, który zawsze miał wszystko pod kontrolą. Jeśli dzwonił do mnie z takim tonem w głosie, to znaczy, że naprawdę nie ma już innego wyjścia.

Schowałem telefon i zerknąłem na czarną torbę podróżną leżącą na siedzeniu obok. W środku cały podstawowy arsenał – kompendium demonów, kryształy ochronne, świece z różnych mas woskowych, sól morska, srebrne amulety. Rzeczy, które większość ludzi uznałaby za szarlatanerię albo dewocjonalia. Ale ja wiedziałem lepiej.

Konduktor przeszedł korytarzem, dysząc ciężko i ocierając pot z czoła pomimo chłodu. Zerknął na mój bilet przez moment dłużej niż to konieczne, jakby zastanawiał się nad czymś, ale tylko skinął głową i poszedł dalej.

Pociąg zaczął zwalniać. Za oknem pojawiły się pierwsze budynki Słupska – bloki z wielkiej płyty, szare jak niebo, z balkonami zastawionymi gratami i suszącą się bielizną. Potem niższe kamienice z czerwonej cegły, sklepy ze starymi szyldami i ledwo wiszące neony, wreszcie dworzec.

Gdy pociąg stanął z sykiem hamulców, poczułem w żołądku ten znajomy ucisk, który zawsze towarzyszył mi przed nowym zleceniem. Niepewność. Lęk przed tym, co mogę znaleźć. Ale także coś w rodzaju podniecenia – każda sprawa była zagadką, a ja lubiłem zagadki.

Wysiadłem na peron mokry od mżawki, ciągnąc za sobą torbę. Dworzec w Słupsku wyglądał jak większość dworców w Polsce – pożółkły tynk odpadający płatami, reklamy wyblakłe od deszczu i słońca, gdzieniegdzie kałuże o podejrzanym brunatnym kolorze.

Fabian czekał przy wyjściu głównym, od razu go poznałem. Trzy lata nie zmieniły go wiele, może tylko przerzedzone włosy i więcej zmarszczek wokół oczu. Miał na sobie granatowy garnitur, jakby właśnie wyszedł z biura, i trzymał w ręku plastikową torbę z jakiegoś marketu.

— Mariusz! — Ruszył w moją stronę z widoczną ulgą na twarzy. — Dzięki Bogu, że przyjechałeś.

Uścisnęliśmy sobie dłonie. Jego była spocona i drżała lekko.

— Długo czekałeś? — zapytałem.

— Nie, nie. Dwadzieścia minut. Musiałem jeszcze skoczyć po żarcie dla ojca. — Podniósł plastikową torbę. — Chleb, mleko, takie tam. Nie wychodzi z domu od tygodnia.

— Nie wychodzi wcale?

— Wcale. Nawet na podwórko. Mówi, że „one” mogą go zobaczyć.

Nie zapytałem, kim są „one”. Na razie nie. Szliśmy powoli w stronę parkingu, mijając grupkę pijących piwo młodych ludzi w kapturach. Jeden z nich śmiał się tak głośno, że aż echo odbijało się od ścian dworca.

— Auto tam. — Fabian wskazał starą białą skodę fabię zaparkowaną między dwoma fiatami. — Przepraszam za stan, ale to służbowy samochód.

Wsiadłem do środka i od razu poczułem zapach taniej kawy i papierosów. Na desce rozdzielczej leżały papiery, rachunki, jakieś notatki. Typowe auto księgowego – funkcjonalne, ale niedbale utrzymane.

Fabian odpalał silnik kilka razy, zanim ten w końcu zapalił.

— Rozmawiałeś już z ojcem o moim przyjeździe? — zapytałem, kiedy wyjeżdżaliśmy z parkingu.

Zawahał się.

— Nie bardzo. To znaczy… — Zatrzymał się na czerwonym świetle i spojrzał na mnie. — Mariusz, ja muszę cię uprzedzić. Ojciec to nie jest już ten sam człowiek, którego znałeś. Od miesiąca mówi rzeczy, które… no, które brzmią jak majaczenie. Ale jednocześnie ma w oczach taki spokój, jakby doskonale wiedział, co mówi.

— Co konkretnie mówi?

— Że widzi ludzi w oknach pałacu. Nocą. Ludzi, którzy machają do niego rękami i otwierają usta, jakby krzyczeli, ale nie słychać głosu. Że czasami słyszy śpiew dochodzący z ruin. Śpiew w języku, którego nie zna. Rozumiesz? 

Światło zmieniło się na zielone. Ruszył wolno, jakby nie chciał dotrzeć za szybko do celu.

— A te zaginięcia?

— To prawda. Czworo ludzi w ostatnich dwóch miesiącach. Policja prowadzi śledztwo, ale… — Wzruszył ramionami. — Nie mają żadnych śladów. Ludzie po prostu znikają. Jednak wszyscy byli w okolicy tego pałacu tuż przed zaginięciem. Takie mam informacje. 

Jechaliśmy przez miasto w stronę jego granic. Słupsk wyglądał jak większość polskich miast tej wielkości – mieszanka starej zabudowy z blokami z PRL-u, tu i ówdzie nowy market lub stacja benzynowa. Normalnie, spokojnie, nudno. Trudno było uwierzyć, że gdzieś w pobliżu dzieje się coś nadprzyrodzonego.

— Powiedziałeś mu, czym się zajmuję? — zapytałem.

Fabian milczał przez długą chwilę.

— Nie wprost — odparł w końcu. — Powiedziałem tylko, że przyjedzie znajomy, który może pomóc. Mariusz… ojciec to bardzo religijny człowiek. Chodzi do kościoła dwa razy w tygodniu, modli się różaniec każdego wieczora. Dla niego to, co robisz… to może być… no, trudne do zaakceptowania.

— Rozumiem.

— A druga sprawa. Nie powiedziałem ci jeszcze wszystkiego. Jest jeszcze ta historia z dzieciakiem.

— Jakim dzieciakiem?

— Jasiek Kowalczyk. Ośmioletni syn naszych sąsiadów. Tydzień temu bawił się z kolegami w ruinach pałacu. Przyszedł do domu zapłakany i opowiadał matce jakąś historię o obrazie, który widział na ścianie.

Zatrzymał się przed przejazdem kolejowym. Nie było pociągu, ale szlaban był opuszczony, a czerwone światło mrugało nerwowo.

— Jaki obraz? — zapytałem.

— To będzie brzmiało szaleńczo.

— Powiedz.

— Szubienica. Z ludźmi na sznurach. I ci ludzie… ruszali się. Machali rękami w jego stronę, jakby wzywali pomocy.

Poczułem znajome mrowienie na karku.

— Inne dzieci też to widziały?

— Nie. I właśnie to jest najdziwniejsze. Jasiek przyszedł do kolegów następnego dnia i pytał o ten obraz. Oni patrzyli na niego jak na wariata. Mówili, że na ścianie nic nie było. Pusta ściana, nic więcej.

Szlaban w końcu się podniósł. Przejechaliśmy przez tory i skręciliśmy w węższą drogę prowadzącą między polami.

— Gdzie teraz jest ten chłopiec?

Fabian spojrzał na mnie. Po raz pierwszy od naszego spotkania w jego oczach zobaczyłem prawdziwy strach.

— Zaginął. Dwa dni temu. Wyszedł z domu po południu i już nie wrócił.

Zamilkliśmy. Za oknami przewijały się pola kukurydzy, z których zostały już tylko ścięte łodygi. Niebo było szare i niskie, pełne chmur zapowiadających deszcz. Gdzieś daleko na horyzoncie zobaczyłem zarys lasu.

— Daleko jeszcze? — zapytałem.

— Dziesięć minut. Dom ojca stoi na uboczu, tuż przy lesie. Z okien widać ruiny pałacu.

— Fabian?

— Tak?

— Dlaczego zadzwoniłeś akurat do mnie? Masz żonę, dzieci, normalną pracę. Mogłeś po prostu zabrać ojca z tego miejsca. Przeprowadzić go gdzieś indziej.

Popatrzył na mnie przez chwilę, a potem znowu skupił się na drodze.

— Próbowałem. W zeszłym tygodniu przyjechałem z propozycją, że zabiorę go do siebie, do miasta. Że może zamieszkać w pokoju po synu, bo Damian już dawno się wyprowadził.

— I?

— Odmówił. Powiedział, że musi zostać. Że ktoś musi ich pilnować.

— Kogo pilnować?

— Nie wiem. Nie chciał powiedzieć. Ale Mariusz… gdy to mówił, wcale nie wyglądał na szaleńca. Wyglądał jak człowiek, który doskonale wie, co robi.

Przed nami pojawiła się grupa starych drzew, a między nimi dach pokryty czerwoną dachówką.

— To tutaj — powiedział Fabian i skręcił w wąską dróżkę.

Obraz

Gospodarz

Dom stał na końcu gruntowej drogi, jakby chciał uciekać w las. Był niski, parterowy, kryty czerwoną dachówką pokrytą zielonymi plamami mchu. Tynk na ścianach odchodził płatami, odsłaniając czerwoną cegłę. Przy ganku rosła stara wiśnia, z której zwisały ostatnie, pomarszczone owoce – nikt ich nie zebrał tego roku.

Fabian zgasił silnik i przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu, słuchając trzasków ostygnącego metalu.

— Ojciec pewnie usłyszał silnik — powiedział w końcu. — Ale nie wyjdzie. Nie wychodzi z domu.

Wysiadłem z samochodu i wciągnąłem nosem powietrze. Pachniało wilgocią, zgniłymi liśćmi i czymś jeszcze. Czymś, co mogło być dymem z komina, ale nie było. Za słodkim, mdłym aromatem kryło się coś innego. Coś, co kazało mi nasłuchiwać każdego szmeru dochodzącego z lasu.

Skrzypnięcie żelaznych zawiasów przerwało mi rozmyślania. W drzwiach domu pojawiła się postać starszego mężczyzny. Był wysoki, przygarbiony, w pomiętej koszuli bez kołnierzyka i szarych spodniach na szelkach. Na nogach miał filcowe kapcie, które chyba pamiętały jeszcze lata osiemdziesiąte.

— Tato, to jest Mariusz — powiedział Fabian, wyciągając z bagażnika plastikowe torby z zakupami. — Ten znajomy, o którym ci mówiłem.

Starszy mężczyzna patrzył na mnie uważnie, mrużąc oczy zacienione krzaczastymi brwiami. Miał twarz pooraną zmarszczkami, ale spojrzenie miał bardzo przytomne. Wcale nie wyglądał na człowieka, który majaczy.

— Stanisław Korb — powiedział, wyciągając chudą rękę. Uścisk miał mocny, szorstki od pracy. — Wchodźcie, wchodźcie. Zimno się robi.

Przeszliśmy przez próg. Gankiem nazywałby to może ktoś z wielkim poczuciem humoru – to było właściwie tylko szerokie drzewo ułożone na dwóch belkach. Ale trzymało.

Wnętrze domu uderzyło mnie zapachem. To była mieszanka tytoniu, starych gazet, jedzenia gotowanego dzisiaj i wczoraj, i tego dziwnego słodkawego aromatu, który wyczułem już na dworze. Dominował jednak zapach świec. Gdzieś paliły się świece.

Znaleźliśmy się w największej izbie, która służyła jednocześnie za kuchnię, jadalnię i salon. Masywny stół z ciemnego drewna zajmował środek pomieszczenia. Był nakryty ceratą w niebieskie kwiatki, poprzecierane miejscami aż do materiału. Na stole stała szklanka z naftą, w której płonął knot – to był ten dziwny zapach.

— Prąd wyłączyli w zeszłym tygodniu — wyjaśnił Stanisław, widząc moje spojrzenie. — Fabian nie płacił rachunków.

— Tato, mówiłem ci, że załatwię. To tylko…

— Zostaw — przerwał mu starý. — Mnie ta nafciarka nie przeszkadza. A jak przyjdą ci z miasta po prąd, to przyjdą.

Usiedliśmy przy stole. Stanisław nalał nam herbaty z grubego, żeliwnego czajnika stojącego na piecu kaflowym. Herbata była mocna, gorzka, ale gorąca. Przy każdym łyku czułem na języku posmak sadzy z komina.

Przez okno widziałem zarys lasu. Las był ciemny, gęsty, a między drzewami migały białe plamy. Mogły to być brzózy albo coś jeszcze. Nigdy nie byłem pewny, czy rzeczy, które wydają się białe w lesie, rzeczywiście są białe.

— Mariusz pomaga ludziom z… no, z nieprzyjemnymi rzeczami — powiedział ostrożnie Fabian.

Stanisław spojrzał na mnie badawczo.

— Jakie rzeczy?

— Takie, których nie można wytłumaczyć w normalny sposób — odpowiedziałem. — Pana syn mówił, że ma pan kłopoty z… sąsiadami.

Stary parsknął śmiechem, ale śmiech ten nie brzmiał wesoło.

— Sąsiadami. Tak można to nazwać.

Wstał od stołu i podszedł do okna. Stał tak przez długą chwilę, wpatrując się w las. W końcu odwrócił się do mnie.

— Widzi pan ten las?

Skinąłem głową.

— Od czterdziestu lat tu mieszkam. Znam każde drzewo, każdą ścieżkę. A od dwóch miesięcy w tym lesie dzieje się coś złego.

Wrócił do stołu i usiadł ciężko na krześle. Krzesło zaskrzypiało pod jego ciężarem.

— Najpierw znikła Krysia Neuman. Sąsiadka z tego domu. — Wskazał ręką w stronę okna. — Dobra kobieta, wdowa. Córka mieszka w Niemczech, więc była sama. Poszła na grzyby i nie wróciła.

— Policja szukała? — zapytałem.

— Szukała. Przez tydzień przeszukiwali las. Znaleźli jej samochód przy drodze, ale jej nie.

Stanisław nalał sobie ponownie herbaty. Zauważyłem, że rece mu się lekko trzęsły.

— Potem zaginął Karol Młotkowski. Chłopak z sąsiedniej wsi. Szedł na piechotę do autobusu i przepadł. To była środa, pamiętam, bo środy zawsze jeżdżę do miasta po zakupy. Ale tej środy nie pojechałem.

— Dlaczego? — zapytał Fabian.

— Bo widziałem światła. W pałacu.

Poczułem, jak serce przyspiesza mi rytm.

— Jakie światła?

— Takie, jakby ktoś nosił latarkę po pokojach. Błyski w oknach. Ale światła nie były białe. Były… rude. Jak od płomienia świecy, ale mocniejsze.

Stanisław wstał ponownie i tym razem podszedł do kredensu stojącego w rogu izby. Otworzył górną szafkę i wyciągnął z niej coś, co wyglądało jak stara lornetka polowa. Przyniosł ją do stołu.

— Przez to patrzyłem. Pierwszego wieczora myślałem, że to zwiedzający albo bezdomni, co szukają schronienia. Ale potem zobaczyłem… zobaczyłem postacie.

— Jakie postacie?

— Ludzi. Przynajmniej wyglądali jak ludzie. Przemykali między drzewami, wokół pałacu. Ale ruszali się dziwnie. Jak kukły na sznurkach. I nie było słychać ich kroków.

W izbie panowała cisza. Słuchać było tylko trzaskanie palących się polan w piecu i cichy szum nafciarki.

— A te głosy, o których mówiłeś?

— Słyszę je nocami. Jak śpiewanie, ale bez słów. Albo jakby ktoś wył z bólu. I czasami… czasami słyszę wołanie o pomoc.

Stanisław podszedł ponownie do okna.

— Ale najgorsze to ten chłopiec. Jasiek Kowalczyk.

— Co z nim? — zapytałem, choć już się domyślałem.

— Przyszedł tu trzy tygodnie temu. Razem z matką. Bały się zostać same po zmroku. Jasiek opowiadał mi, co widział w pałacu.

— Co widział?

Stanisław nalał sobie wódki do małej szklaneczki, którą wyciągnął z szuflady stołu. Wypił jednym haustem.

— Powiedział, że na ścianie w jednej z sal pojawił się obraz. Duży obraz, na pół ściany. I na tym obrazie były szubienice.

Poczułem zimno między łopatkami.

— Szubienice?

— Trzy szubienice. A na sznurach wisieli ludzie. Mężczyźni, kobiety, nawet dzieci. Ale ci ludzie… oni się ruszali. Machali rękami do Jaśka. Otwierali usta, jakby krzyczeli, ale nie było słychać głosu.

— Inne dzieci też to widziały?

— Nie. Jasiek przyprowadził kolegów następnego dnia. Oni patrzyli na pustą ścianę.

Fabian spojrzał na mnie z niepokojem.

— I co się stało z tym chłopcem?

— Zaginął. Dwa dni temu. Matka przyszła tu, płakała. Pytała, czy go nie widziałem. Ale nie widziałem.

Stanisław odwrócił się od okna.

— A wczoraj wieczorem widziałem kolejne światła w pałacu. I słyszałem krzyk. Krzyk dziecka.

Nagle w izbie zrobiło się zimno. Płomień nafciarki zamigotał, jakby ktoś podmuchał.

— Wie pan co, panie Stanisławie — powiedziałem, wstając od stołu. — Chciałbym zobaczyć ten pałac.

Stary popatrzył na mnie długo.

— Teraz? Jest już ciemno.

— Właśnie. Jeśli coś tam się dzieje, to pewnie po zmroku.

— Mariusz — odezwał się Fabian. — Może jednak poczekajmy do jutra? Do rana?

— Nie — powiedziałem stanowczo. — Jeśli ten chłopiec… Jeśli Jasiek rzeczywiście tam jest, to liczy się każda godzina.

Stanisław skinął głową.

— Ma pan rację. Tylko… proszę uważać. To miejsce to nie żarty.

Podszedł do okna i wskazał palcem kierunek.

— Widzi pan tę białą plamę za drzewami? To ruiny pałacu. Można tam dojść ścieżką, ale ja bym nie szedł ścieżką. Ja bym szedł przez pole, z daleka.

— Dlaczego?

— Bo na ścieżce czai się coś złego.

Spojrzałem przez okno. Między drzewami rzeczywiście migała biała plama. Wyglądała jak gruby, długi palec sięgający z ziemi ku niebu.

— Proszę, zostań tu — zwróciłem się do Fabiana. — Będziesz potrzebny do pomocy, ale nie tam, gdzie idę.

— Ale…

— Zostań. Jeśli się nie odezwę do północy, dzwoń na policję.

Stanisław podał mi potężną latarkę policyjną i starą lornetkę.

— To może się przydać — powiedział. — I proszę, niech pan będzie ostrożny. To miejsce zje każdego, kto nie wie, na co się porywa.

Wsunąłem lornetkę i latarkę do torby, sprawdziłem, czy mam wszystko, czego mogę potrzebować.

— Do widzenia — powiedziałem i ruszyłem w stronę drzwi.

— Proszę pana — odezwał się za mną Stanisław. — Jeśli pan tam coś znajdzie… jeśli znajdzie pan tego chłopca… proszę go stamtąd zabrać. Żywego czy martwego, ale proszę go zabrać.

Spojrzałem mu w oczy. Były w nich łzy.

— Zrobię, co w mojej mocy — obiecałem.

I wyszedłem w ciemną noc.


Wizyta w pałacu

Noc była bezksiężycowa. Czerń pochłonęła wszystko – pole, las, horyzont. Jedynie gdzieniegdzie przedzierała się przez chmury słaba poświata gwiazd, ale i tak za mało, żeby można było bez latarki rozróżnić zarys ścieżki.

Szedłem przez pole dokładnie tak, jak poradził mi Stanisław – z daleka od lasu, omijając ścieżkę łukiem. Grunt pod butami był miękki, nasiąknięty jesienną wilgocią. Czasami stopa zapadała się po kostkę w błoto, czasami trafiałem na twardą skorupę wyschniętej ziemi. Przy każdym kroku czułem, jak wilgoć przesącza się przez skórzane cholewki.

Po dwudziestu minutach marszu zobaczyłem białą plamę pałacu. Rzeczywiście wyglądała jak długi palec sięgający z ziemi ku niebu. Ale kiedy zbliżyłem się, zrozumiałem, że to złudzenie perspektywy. Pałac był ogromny. Trzy kondygnacje, może cztery, szerokość co najmniej pięćdziesięciu metrów. I wysoki, bardzo wysoki. Wieża na prawym skrzydle sterczała jak iglica gotycznej katedry.

Zatrzymałem się jakieś sto metrów od ruin i wyciągnąłem lornetkę, którą dał mi Stanisław. Przez soczewki widziałem lepiej szczegóły budynku. Dachu właściwie nie było – zostały tylko belki krokwi sterczące na tle nieba jak żebra wielkiego szkieletu. Okna ziały czernią. W niektórych ostały się fragmenty ram, w innych zostały tylko prostokątne dziury w murach.

Wszystko wyglądało normalnie. Martwo i normalnie.

Ale potem poczułem zapach.

To było to samo, co wyczułem przy domu Stanisława, tylko silniejsze. Słodkawy, mdły aromat gnijącego mięsa zmieszany z czymś jeszcze. Z czymś, co przypominało spaleniznę, ale nie była to spalenizna drewna czy papieru. To był zapach spalonej skóry. Ludzkiej skóry.

Podniosłem lornetkę ponownie i tym razem systematycznie przeskanowałem każde okno, każdy fragment muru. Nic. Ciemność.

Ale gdy przesuwałem soczewki po drugiej kondygnacji, w jednym z okien zauważyłem coś, co sprawiło, że serce przyspieszyło mi rytm. To nie była pełna ciemność. To było coś ciemnego, ale poruszającego się. Jakby ktoś stał przy oknie i lekko się kołysał.

Skupiłem wzrok na tamtym miejscu i patrzyłem tak długo, że zaczęły mnie boleć oczy. Postać – jeśli to była postać – nie ruszała się już. Może to tylko efekt zmęczenia wzroku. Może tylko mi się wydawało.

Opuściłem lornetkę i przetarłem oczy wierzchem dłoni. Gdy ponownie spojrzałem przez soczewki, okno było puste.

Ruszyłem w stronę pałacu.

Z każdym krokiem zapach stawał się intensywniejszy. Gdy dotarłem do zewnętrznej ściany, musiałem oddychać przez usta, żeby nie zwymiotować. Gdyby w środku tego budynku leżało tysiąc rozkładających się zwłok, nie byłoby gorszego smrodu.

Przyglądałem się ścianie. Tynk odpadł prawie całkowicie, zostały tylko czerwone cegły pokryte białym nalotem pleśni. Tu i ówdzie z muru sterczały końce żerdzi lub desek – pozostałość po jakichś rusztowaniach czy platformach. Pod jednym z okien zauważyłem coś, co wyglądało jak żelazne pręty wsadzone w mur. Można było po nich wspiąć się do środka.

Stanąłem pod tym oknem i nasłuchiwałem. Nic. Cisza tak głęboka, że słychać było bicie własnego serca.

Chwyciłem się pierwszego pręta. Metal był lodowaty i śliski od wszechobecnej wilgoci. Na dłoniach zostawały brudnozielone plamy rdzy. Wspinałem się powoli, sprawdzając każdy punkt oparcia. Nie chciałem runąć z wysokości trzech metrów na kamienie. Gdy dotarłem do okna, zajrzałem do środka przez fragment resztki szyby. W pierwszej chwili nie widziałem nic oprócz czerni. Ale potem oczy przywykły do ciemności i zaczęły wyłaniać się kontury wnętrza.

Był to duży pokój z wysokim sufitem. Podłoga usiana była gruzem, połamanymi belkami i strzępami jakichś tkanin. W kącie coś białego – może resztki mebla albo fragmenty tynku. Ale to nie to przykuwało uwagę.

Na przeciwległej ścianie wisiało coś, co wyglądało jak obraz.

Nie, nie wisiało. To było namalowane bezpośrednio na murze. Wielkie malowidło zajmujące niemal całą ścianę od podłogi do sufitu.

Wyciągnąłem z torby latarkę i oświetliłem wnętrze.

Krzyknąłem.

Na ścianie wyraźnie widziałem szubienicę. Trzy szubienice. I na sznurach wisiały ludzkie postaci. Mężczyźni, kobiety, dziecko. Ich twarze wykrzywione w ostatnim krzyku, oczy wytrzeszczone, języki wywalone z ust.

Ale nie to było najgorsze.

Najgorsze było to, że te postacie się ruszały.

Poruszały się powoli, jakby powiało na nie lekkim wiatrem. Ale nie było wiatru. W zamkniętym pomieszczeniu, w bezwietrznym powietrzu, zwłoki na sznurach kołysały się rytmicznie.

A potem jedna z nich – mężczyzna w rozdartej koszuli – podniósł rękę i pomachał do mnie.

Puściłem latarkę. Spadła na podłogę pokoju z brzękiem tłuczonego szkła i zgasła.

W ciemności słyszałem własny przyspieszony oddech i cios serca uderzającego tak głośno, że wydawało mi się, iż cały pałac musi to słyszeć.

A potem usłyszałem coś jeszcze.

Cichy śmiech.

Nie dobiegał z pokoju, do którego zaglądałem. Dochodził z góry, z wyższej kondygnacji. Śmiech kobiety, ale nie kobiety żywej. W tym dźwięku było coś, co mówiło jednoznacznie, że gardło, które go wydaje, od dawna nie potrzebuje powietrza.

Zacząłem schodzić po metalowych prętach, ale w pośpiechu stopa zsunęła mi się ze śliskiego oparcia. Runąłem na ziemię, uderzając plecami o wystający z muru koniec belki. Ból przeszył mnie jak piorun, ale adrenalina była silniejsza.

Podniosłem się i biegłem.

Biegłem przez pole, potykając się o bryły ziemi, wpadając w kałuże, nie oglądając się za siebie. Dopiero gdy dotarłem do domu Stanisława i zobaczyłem światło w oknach, zatrzymałem się i odwróciłem.

Pałac stał w oddali jak biała blizna na czarnym ciele nocy. Ale teraz w jednym z okien migotało czerwonawe światło.

Jakby ktoś zapalił świeczkę.

Pchnąłem drzwi domu. W izbie siedział przy stole Fabian i pił herbatę. Na mój widok zerwał się z miejsca.

— Jezus Maria! Co się stało?

Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, jak muszę wyglądać. Ubranie brudne od błota, włosy w nieładzie, oddech jak po maratonie.

— Widziałem go — wydyszałem. — Widziałem ten obraz.

Stanisław wszedł z sąsiedniego pokoju. Spojrzał na mnie i bez słowa nalał mi wódki do szklaneczki.

— Pij — powiedział. — I opowiedz po kolei.

Wypiłem alkohol jednym haustem. W żołądku rozlało się przyjemne ciepło, które trochę uspokoiło drżenie rąk.

— Na ścianie jednego z pokoi jest namalowana szubienica — zacząłem. — Trzy szubienice. I wisielcy na sznurach. Ale ci wisielcy… oni się ruszają.

— Ruszają? — zapytał Fabian z niedowierzaniem.

— Kołyszą się jakby na wietrze. A jeden z nich pomachał do mnie ręką.

Stanisław skinął głową.

— To jest to. To jest dokładnie to, o czym mówiłem. A światło w oknie?

— Widziałeś światło?

— Gdy wracałeś. Czerwone światło w oknie na drugim piętrze.

Nalałem sobie jeszcze wódki. Ręce już mi nie drżały.

— Musimy tam wrócić — powiedziałem.

— Co? — Fabian popatrzył na mnie jak na wariata. — Po tym, co właśnie powiedziałeś?

— Właśnie dlatego. Ten chłopiec, Jasiek. Jeśli rzeczywiście tam jest, to każda minuta może mieć znaczenie.

Stanisław usiadł przy stole.

— Nie da się tam wejść nocą — powiedział spokojnie. — To miejsce po zmroku to nie jest miejsce dla żywych. Ale może…

— Co może?

— Może znajdziesz kogoś, kto ci pomoże. Ktoś, kto zna się na takich sprawach.

Zastanowiłem się przez chwilę.

— Znam kogoś — powiedziałem w końcu. — Ale nie wiem, czy zechce przyjść w tak cholernym miejscu.

— Kto to?

— Ktoś, kto umie czytać przeszłość. Ktoś, kto może mi powiedzieć, co się tam naprawdę stało.

Stanisław nalał sobie herbaty z czajnika.

— Jutro rano — powiedział. — Jutro rano będzie najlepszy czas. Potwory nocą są silne, ale za dnia…

— Ale może być za późno na Jaśka.

— Może być — zgodził się starý. — Ale jak pójdziesz tam teraz sam, to na pewno będzie za późno. I nie tylko na niego.

Spojrzałem przez okno w stronę lasu. Czerwone światło w pałacu nadal migotało.

— Dobrze — powiedziałem. — Jutro. Ale muszę zadzwonić po pomoc.

Wstałem od stołu i wyciągnąłem telefon. Miałem nadzieję, że Ilona Wiśniewska nie ma nic przeciwko telefonom o trzeciej w nocy.


Przygotowania

Trzecia w nocy to pora, kiedy nawet najzagorzalsi pijacy kończą swoje biesiadowanie. Ale ja siedziałem przy kuchennym stole, przy lampie o żółtym, zmęczonym świetle, i układałem na blacie wszystko, co mogło mi pomóc w walce z tym, co czekało w pałacu w Zdrzewnie.

Telefon do Ilony Wiśniewskiej odebrała po dziesiątym sygnale. Głos miała zachrypnięty ze snu, ale gdy usłyszała moje imię, od razu się wybudziła. To była dobra cecha Ilony – potrafiła przejść od głębokiego snu do pełnej koncentracji w ciągu kilkunastu sekund.

— Mariusz? Co się stało? — zapytała, a w tle słychać było szuranie kołder i trzaskanie włączanej lampki nocnej.

— Mam sprawę. Pilną. Demon Śmierci związany z miejscem. Potrzebuję twojej pomocy.

— Gdzie jesteś?

— Niedaleko Słupska. Możesz tutaj przyjechać?

Pauza. Słychać było, jak zaciąga się papierosem. Ilona zawsze paliła, gdy musiała podejmować ważne decyzje.

— Demon Śmierci — powtórzyła. — Jaki typ manifestacji?

— Obraz na ścianie. Portal. Chyba pochłania ludzi do swojego świata. Czworo zaginięć w ostatnich dwóch miesiącach. W tym dziecko.

— Jasne. Wyjeżdżam za godzinę. Podaj mi adres.

To właśnie lubiłem w Ilonie. Nie pytała o szczegóły przez telefon, nie zastanawiała się długo, nie robiła problemów. Gdy chodziło o rzeczy nadprzyrodzone, była gotowa jechać na drugi koniec Polski o trzeciej w nocy.

Rozłączyłem się i rozłożyłem na stole swoje notatki. Wszystko, co wiedziałem o Demonie Śmierci, wszystko, co mogłem znaleźć w kompendium demonologii.

Demon Śmierci. Jeden z najstarszych i najniebezpieczniejszych. Żywi się strachem ludzi przed śmiercią, ale nie tym zwyczajnym lękiem, który ma każdy normalny człowiek. Karmi się tym rodzajem przerażenia, które pojawia się w chwili, gdy człowiek staje oko w oko z własną śmiercią i zdaje sobie sprawę, że już nie ma ucieczki. Zwykle przywiązuje się do miejsc, gdzie działo się dużo przemocy. Pola bitew, więzienia, miejsca egzekucji. Żywi się echem dawnych cierpień, ale z czasem to mu nie wystarcza. Zaczyna polować na żywych.

Obraz na ścianie to klasyczna manifestacja. Portal między naszym światem a wymiarem demona. Ludzie widzący obraz są „naznaczani”. Demon stopniowo wciąga ich w swoją sieć, aż w końcu zostają pochwyceni i przeniesieni do jego świata.

Tylko po to żeby ich tam zabić.

Przeczytałem jeszcze raz fragment o portalach demonicznych. Żeby zamknąć portal, trzeba zniszczyć jego fizyczną manifestację i przerwać łańcuch energetyczny, który go podtrzymuje. Ale przede wszystkim trzeba uwolnić dusze uwięzione przez demona. Jeśli tego się nie zrobi, demon po pewnym czasie odbuduje portal w innym miejscu.

Wstałem od stołu i podszedłem do kredensu, gdzie chwilowo trzymałem swoje „narzędzia pracy”. Wyjąłem tekturowe pudełko z napisem „materiały do rytuałów” i postawiłem je na stole.

W środku były wszystkie składniki, których mogłem potrzebować. Białe świece z wosku pszczelego – sześć sztuk. Sól morska w lnianym woreczku – pół kilograma. Sól była drobna jak mąka, błyszcząca w świetle lampy. Wziąłem szczyptę między palce i posmakowałem. Gorzka, czysta. Dobra. Werbena suszona – paczka kupiona w sklepie zielarskim w Krakowie. Liście miały intensywny, gorzkawy zapach, który po rozgnieceniu między palcami stawał się jeszcze silniejszy. To była werbena zbierana w pełnię księżyca, najsilniejsza. Czarny obsydian – pięć kawałków wielkości orzecha włoskiego. Kamień wulkaniczny, ostry jak brzytwa, chłodny w dotyku. Obsydian pochłania negatywną energię i może służyć jako broń przeciwko demonom, ale tylko jeśli jest odpowiednio naładowany. I wreszcie najważniejsze – stary, srebrzysty pentagram z wyrytymi na nim runami ochrony. Dostałem go od nauczyciela przed pięciu laty, wraz z przestrogą, żeby używać go tylko w najgorszych sytuacjach. „Runy mogą cię ochronić” – powiedział – „ale każde użycie kosztuje cię część życia”.

Sprawdziłem godzinę. Ilona powinna być tutaj za trzy godziny.

Wykorzystałem ten czas na przygotowanie rytuału. Otworzyłem gruby tom „Rytuałów Uwolnienia” na stronie 247. „Rytuał Uwolnienia Duszy z Więzów Cierpienia”.

To był jeden z najtrudniejszych i najniebezpieczniejszych rytuałów, jakie znałem. Wymagał idealnej synchronizacji, absolutnej koncentracji i całkowitego poświęcenia się. Jeden błąd mógł oznaczać śmierć nie tylko dla mnie, ale i dla Ilony.

Ale to był jedyny sposób na uwolnienie dusz więzionych przez Demona Śmierci.

Przepisałem instrukcje rytuału na osobną kartkę, sprawdzając każde słowo dwukrotnie. Potem przygotowałem wszystkie składniki, układając je w odpowiedniej kolejności.

Pierwsze białe świece do ułożenia w krąg ochronny. Każda świeca musi być zapalona od jednego płomienia, od zapałki zapalnej przez słońce. Wziąłem szkło powiększające i czekałem na pierwszego promienie słoneczne, które miały pojawić się za godzinę. Sól morską do stworzenia barier energetycznych. Trzeba ją rozsypać w pięciu liniach tworzących pentagram, ale każda linia musi być ciągła. Jeden błąd, jedna przerwa w linii oznacza, że bariera nie będzie działać. Werbena do spalania podczas recytowania inkantacji. Dym z werbeny oczyści miejsce z negatywnej energii i pozbawi demona części jego siły. Obsydian do zniszczenia fizycznej manifestacji portalu. Każdy kawałek kamienia musi być rzucony w konkretny punkt obrazu, w określonej kolejności, w dokładnie wyznaczonym momencie rytuału.

I pentagram z runami jako ostatnia obrona, gdyby coś poszło nie tak.

Usiadłem przy stole i jeszcze raz przeczytałem instrukcje. W myślach przechodziłem przez każdy etap rytuału, próbując zapamiętać każde słowo inkantacji, każdy gest, każdy moment.

„Początkowo demon będzie próbował was przestraszyć” – czytałem. „Będzie pokazywał wizje śmierci, cierpienia, rozpaczy. Nie słuchajcie go. Nie patrzcie na to, co pokazuje. Skupcie się na rytuale.”

„Jeśli demon przejdzie do fizycznej manifestacji, będzie próbował was zabić. W tym momencie jeden z was musi kontynuować rytuał, a drugi bronić się przed atakiem. Jeśli rytuał zostanie przerwany, demon odzyskuje pełnię siły i zabija wszystkich w promieniu kilkudziesięciu metrów.”

„Pamiętajcie – uwolnienie dusz więzionych przez demona wymaga prawdziwej ofiary. Jeden z wykonujących rytuał musi być gotów oddać część swojej siły życiowej, żeby dusze mogły odejść. To może oznaczać skrócenie życia o kilka, kilkanaście lat.”

Przełknąłem ślinę. Ta część była najgorsza. Ale jeśli Jasiek rzeczywiście był więziony w świecie demona, nie miałem wyboru.

O dziewiątej rano usłyszałem odgłos silnika na podwórku. Ilona przyjechała swoim starym golfem, który stękał i sapał jak astmatyk. Wyszedłem na ganek. Byłem już sam w domu. Po trudnych namowach Fabianowi udało się zabrać ojca do Słupska. Zrozumiał, że zaraz może tu być bardzo gorąco. Obiecałem Stanisławowi od siebie, że zrobię wszystko co mogę aby odnaleźć Jaśka. 

Była ubrana w czarne dżinsy, czarny sweter i czarną kurtkę skórzaną. Na ramieniu miała dużą torbę, która pewnie zawierała jej własne „narzędzia pracy”. Włosy miała związane w kok, twarz bez makijażu, ale oczy miała pełne determinacji.

— Kawy? — zapytałem na powitanie.

— Mocnej. I opowiedz mi wszystko.

Usiedliśmy przy kuchennym stole. Zaparzałem kawę, a ona zapalała kolejnego papierosa. Opowiedziałem jej wszystko – o telefonie od Fabiana, o rozmowie i wizycie u Stanisława, o mojej nocnej eskapadzie do pałacu.

Kiedy skończyłem, Ilona przysiadła się na krześle i spojrzała na rozłożone na stole składniki rytuału.

— Rytuał Uwolnienia Duszy z Więzów Cierpienia — powiedziała. — Nie robiłam go nigdy. To chyba bardzo niebezpieczne.

— Wiem. Ale nie mamy wyboru.

— A co z tym chłopcem? Z Jaśkiem?

— Jeśli rzeczywiście jest w świecie demona, rytuał go uwolni. Razem z innymi duszami.

— A jeśli już nie żyje?

Zawahałem się.

— To przynajmniej uwolnimy jego duszę. I dusze pozostałych. I powstrzymamy demona przed zabijaniem kolejnych ludzi.

Ilona zgasiła papierosa w popielniczce.

— Dobrze. Ale najpierw muszę „przeczytać” to miejsce. Zobaczyć, co się tam stało w przeszłości. Zrozumieć, co dokładnie związało demona z pałacem.

— Kroniki Akaszy?

— Tak. Ale będę potrzebować kontaktu fizycznego ze ścianą, na której jest obraz. I będę bezbronna przez kilkanaście minut. Będziesz musiał mnie chronić.

Skinąłem głową.

— Kiedy tam jedziemy?

— Teraz. Za dnia demon jest słabszy. To najlepszy moment, żeby zbadać miejsce.

Ilona wstała od stołu i otworzyła swoją torbę. Wyjęła z niej kilka przedmiotów – kryształ górski wielkości gołębiego jaja, srebrny medalik z krzaczastymi symbolami, mały woreczek z jakimiś ziołami.

— Moje narzędzia do psychometrii — wyjaśniła. — A to? — Wskazała na moje przygotowania.

— Rytuał na dzisiejszą noc. Jeśli to, co zobaczysz w Kronikach, potwierdzi moje podejrzenia.

— Jakie podejrzenia?

— Że to nie jest zwyczajny Demon Śmierci. Że ktoś go przywołał. Celowo. I że ktoś go nadal kontroluje.

Ilona spojrzała na mnie uważnie.

— Dlaczego tak myślisz?

— Bo demon działał zbyt systematycznie. Cztery zaginięcia w dwóch miesiącach, ale w określonych odstępach czasu. Jakby ktoś go programował.

— A ten chłopiec? Jasiek?

— Był pierwszym, który zobaczył obraz. Ale demon nie zabrał go od razu. Czekał. Jakby ktoś mu kazał czekać.

Ilona zabrała swoje rzeczy z powrotem do torby.

— W takim przypadku sprawa jest dużo bardziej skomplikowana. I dużo bardziej niebezpieczna.

— Wiem. Ale nie możemy zostawić tego bez rozwiązania.

— Nie możemy — zgodziła się. — Chodźmy.

Wyszliśmy z domu. Świt już całkowicie rozjaśnił niebo, ale słońce nadal kryło się za chmurami. Powietrze było chłodne i wilgotne, pachniało jesienią i dalekimi deszczem.

Gdy wsiedliśmy do jej golfa, Ilona zapaliła silnik i spojrzała na mnie.

— Mariusz?

— Tak?

— Jeśli moje podejrzenia się potwierdzą, to może być nasza ostatnia jazda.

— Wiem.

— I nadal chcesz to robić?

Pomyślałem o Jaśku. Ośmioletnim chłopcu, który bawił się z kolegami w ruinach pałacu i zobaczył coś, czego zobaczyć nie powinien. A potem zaginął.

— Tak — powiedziałem. — Nadal chcę.

Ilona włączyła bieg i ruszyła w stronę drogi prowadzącej do lasu.

— W takim przypadku módl się, żebyśmy przeżyli do wieczora.

obraz

Druga wizyta w pałacu 

Golf Ilony charczał na niskim biegu, wspinając się po szutrowej drodze prowadzącej przez las. Gałęzie ocierały się o dach samochodu z głośnym zgrzytaniem, a w powietrzu unosił się metaliczny zapach wilgoci zmieszanej z odorem rozkładających się liści. Ilona trzymała kierownicę mocno, aż pobielały jej kostki. Zauważyłem, że przygryza dolną wargę – to robiła zawsze, gdy była zdenerwowana.

— Daleko jeszcze? — zapytała, mijając szczególnie głęboką dziurę w jezdni.

— Kilkaset metrów. Za tym zakrętem.

Zatrzymaliśmy się na niewielkim placu przed pałacem. Za dnia ruiny wyglądały jeszcze bardziej złowieszczo niż nocą. Ściany pokryto graffiti w różnych językach – polskie przekleństwa mieszały się z niemieckimi napisami i angielskimi słowami. Jeden z napisów, namalowany czerwoną farbą na wysokości moich oczu, brzmiał: „HIER STERBEN KINDER” – tutaj umierają dzieci. Farba była świeża, jakby ktoś namalował to wczoraj.

Ilona wyłączyła silnik i przez długą chwilę siedzieliśmy w ciszy, patrząc na budynek. Słychać było tylko trzaski stygnącego silnika i odgłosy lasu – skrzypienie drzew, szum wiatru w koronach, gdzieś daleko stukot dzięcioła.

— Czujesz to? — zapytała w końcu.

Pokiwałem głową. Czułem. Ten sam słodkawy, mdły zapach gnijącego mięsa zmieszany z aromatem spalenizny. Ale teraz, za dnia, był słabszy. Demon rzeczywiście tracił siłę wraz ze wschodem słońca.

— W którym oknie widziałeś obraz?

Wskazałem palcem na drugie piętro, trzecie okno od lewej. Szyby błyszczały w popołudniowym słońcu jak martwe oczy.

Ilona otworzyła drzwi samochodu i wyszła. Od razu sięgnęła do kieszeni po papierosy – palenie było jej sposobem na radzenie sobie ze stresem. Zapaliła i głęboko zaciągnęła się dymem.

— Jaki jest plan? — zapytałem, wyciągając z bagażnika moje wyposażenie.

— Znajdziemy drogę do tego pomieszczenia. Będę potrzebować bezpośredniego kontaktu ze ścianą, na której jest obraz. Fizyczny kontakt jest kluczowy dla odczytu Kronik Akaszy.

— Ile czasu będziesz potrzebowała ?

— Dziesięć, może piętnaście minut. Ale pamiętaj – w tym czasie będę całkowicie nieświadoma otoczenia. Będę widziała przeszłość, nie teraźniejszość. Będziesz musiał mnie chronić.

Skinąłem głową i sprawdziłem, czy mam przy pasie nóż. Był.

Ruszyliśmy w stronę pałacu. Z bliska widać było, że budynek jest w jeszcze gorszym stanie niż myślałem. Tynk odpływał wielkimi płatami, odsłaniając czerwoną cegłę. W niektórych miejscach cegły były całkowicie wykruszone, pozostawiając dziury prowadzące wprost do środka.

Znalazłem te same metalowe pręty, po których wspinałem się poprzedniej nocy. W świetle dnia wyglądały na jeszcze bardziej zardzewiałe i niepewne.

— Tutaj — powiedziałem. — Możemy się wspiąć.

Ilona zgasiła papierosa, wcierając niedopałek w ziemię.

— Ja pierwsza.

Obserwowałem, jak wspina się po metalowych szczeblach. Ruszała się pewnie, bez wahania, choć widziałem napięcie w jej ramionach. Gdy dotarła do okna, przytrzymała się framugi i zajrzała do środka.

— Jest — powiedziała. — Widzę obraz na przeciwległej ścianie.

Wspinałem się za nią. Tym razem weszliśmy przez okno ostrożnie, sprawdzając każdą deskę podłogi zanim na nią stanęliśmy. Podłoga skrzypiała podejrzanie i w niektórych miejscach wyraźnie uginała się pod naszym ciężarem.

Pomieszczenie było większe, niż pamiętałem z nocnej wizyty. Miało może dwanaście metrów długości i osiem szerokości. W kątach leżały sterty gruzu, połamane belki stropowe i strzępy jakiś tkanin. Wszystko pokrywał gruby kożuch kurzu, który unosił się w powietrzu przy każdym naszym kroku.

Ale największe wrażenie robiła ściana z obrazem.

Za dnia malowidło było jeszcze bardziej przerażające. Wyraźnie widziałem każdy szczegół: trzy szubienice z grubego drewna, na których wisiały ludzkie postacie. Mężczyzna w rozdartej koszuli z wywalonym językiem. Kobieta w sukni, której twarz przybrała już sine odcienie śmierci. I dziecko…

Dziecko nie mogło mieć więcej niż dziesięć lat. Wisiało na najcieńszym sznurze, a jego małe ciało kołysało się lekko, jakby poruszał nim niewidoczny wiatr.

— Jezus Maria — wyszeptała Ilona.

Obraz był namalowany bezpośrednio na murze, farbą, która mimo upływu czasu zachowała intensywne kolory. Czerwień krwi, czerń sznurów, sina bladość twarzy – wszystko wyglądało tak realistycznie, jakby malarz widział te sceny na własne oczy.

— To nie jest normalne malowidło — powiedziała Ilona, zbliżając się do ściany. — Ta farba… ona jest żywa.

Miała rację. Im bliżej podchodziłem, tym wyraźniej widziałem, że farba lekko się porusza, faluje. Nie tak, żeby było to widoczne od razu, ale gdy człowiek dłużej patrzył w jedno miejsce, dostrzegał delikatne pulsowanie, jakby obraz oddychał.

Ilona wyciągnęła z torby swoje narzędzia: kryształ górski, srebrny medalik i mały woreczek z ziołami. Ustawiła je na podłodze w trójkąt i usiadła po turecku przed ścianą z obrazem.

— Zostanę teraz na jakiś czas w świecie wizji — powiedziała. — Cokolwiek się stanie, nie przerywaj mi. Nawet jeśli będę krzyczała czy się szarpała. Przerwanie odczytu Kronik może być śmiertelne.

— Rozumiem.

— A jeśli poczujesz, że dzieje się coś naprawdę niebezpiecznego, to po prostu zabierz mnie stąd. Fizycznie. Weź na ręce i wynieś. Ale tylko w ostateczności.

Skinąłem głową i umieściłem się tak, żeby mieć widok na całe pomieszczenie i jednocześnie móc chronić Ilonę.

Ona położyła dłonie na ścianie, bezpośrednio pod obrazem. Zamknęła oczy i zaczęła głęboko oddychać.

Przez pierwszych kilka minut nic się nie działo. Ilona siedziała nieruchomo, oddychając równomiernie, z dłońmi przyciśniętymi do muru. Tylko kryształ górski na podłodze zaczął delikatnie świecić.

Potem rozpoczęły się wizje.

Ilona drgnęła całym ciałem. Jej oczy wciąż były zamknięte, ale pod powiekami widziałem szybkie ruchy gałek ocznych. Jak u człowieka w fazie REM snu. Zaczęła mówić, ale nie do mnie. Mówiła do kogoś, kogo widziała w wizjach.

— Nie… nie rób tego… dzieci nic złego nie zrobiły… — Jej głos był dziwnie zniekształcony, jakby dochodził z bardzo daleka.

Obraz na ścianie zaczął się zmieniać.

Początkowo myślałem, że mi się wydaje. Ale po chwili już nie mogłem mieć wątpliwości. Postacie na szubienicach poruszały się wyraźniej. Dziecko obróciło głowę w moją stronę i otworzyło martwe, białe oczy.

— Ilona — szepnąłem ostrzegawczo.

Ale ona była całkowicie zatopiona w swojej wizji. Jej ciało zaczęło się trząść, a z ust wydobywały się stłumione jęki.

— Władz… jego córka… tylko chciała chronić swoje dzieci… ale on… oh Boże, co on robi…

Temperatura w pomieszczeniu zaczęła spadać. Z każdą minutą robiło się zimniej, aż mój oddech zaczął się ukazywać w postaci białych obłoczków pary. Ale to nie była normalne zimno. To był chłód śmierci, chłód grobu.

Obraz na ścianie teraz wyraźnie się poruszał. Wisielcy kołysali się na sznurach, a ich oczy podąży za każdym moim ruchem. Dziecko uniosło rękę i pomachało do mnie, dokładnie tak, jak poprzedniej nocy.

A potem usłyszałem śmiech.

Ten sam cichy, mrożący krew w żyłach śmiech martwej kobiety, który poprzedniej nocy doprowadził mnie do ucieczki. Ale teraz był głośniejszy, wyraźniejszy. I dochodził nie z góry, ale z obrazu.

— Ilona, kończymy — powiedziałem głośniej.

Ale ona wciąż była w transie, miotając się teraz na podłodze. Jej dłonie nadal przywierały do ściany, jakby przyklejone.

— Nie może… nie może ich zabić… to tylko dzieci… jego własne dzieci… —

Wtedy zrozumiałem, co widzi.

Na ścianie obraz zaczął się zmieniać. Szubienice wciąż były tam same, ale postacie zmieniły się. Zamiast obcych ludzi zobaczyłem teraz trzy małe figurki: dwóch chłopców i dziewczynkę. Ich małe ciała wisiały bezwładnie na sznurach, a twarze miały wykrzywione w beznadziejnej agonii.

Własny ojciec powiesił swoje dzieci.

Ilona krzyknęła. Krzyk był tak przeraźliwy, że aż mnie zaczęły dzwonić w uszach. Jej ciało wykręcało się w konwulsjach, a ręce wciąż przyciśnięte do ściany.

— Nie, nie! — wrzeszczała. — Puść je! Puść, nie są winne! To JEGO wina, nie ich!

Obraz na ścianie eksplodował czerwienią. Farba zaczęła spływać po ścianie jak świeża krew, zbierając się w kałużach na podłodze. A z kałuż zaczęły wyłaniać się postacie.

Małe, dziecięce postacie. Troje dzieci z sznurami na szyjach.

Czas się skończył. Chwyciłem Ilonę w ramiona i szarpnąłem, odrywając jej dłonie od ściany. Była bezwładna jak szmaciana lalka, ale w końcu udało mi się ją podnieść.

Biegnąc w stronę okna, słyszałem za plecami dziecięce głosy:

— Tata… tatusiu… dlaczego nas zostawiłeś… why did you leave us here…

Wyskoczyłem z okna, ciągnąc Ilonę nie zważając na konsekwencje. Spadliśmy na ziemię z głuchym trzaskiem, ale żadne z nas na pierwszy rzut oka nie odniosło poważnych ran. Ilona wciąż była nieprzytomna.

Zaniosłem ją do samochodu i położyłem na tylnym siedzeniu. Dopiero wtedy otworzyła oczy.

— Mariusz… — wyszeptała słabym głosem.

— Jestem tutaj. Wszystko w porządku.

— Nie… nie wszystko w porządku… — Podniosła się z trudem do pozycji siedzącej. — Wiem już, co się stało. Wiem, kto przywołał demona.

— Kto?

— Nie kto. Co. Ten obraz… to nie portal. To więzienie.

— Więzienie?

— Te dzieci… one są więzione w obrazie od prawie stu lat. I demon żywi się ich bólem, ich rozpaczą. Każda nowa ofiara dodaje mu siły.

Ilona zapaliła papierosa trzęsącymi się rękoma.

— Ale to jeszcze nie wszystko. Ten ojciec, który zabił swoje dzieci… on nadal żyje.

— Niemożliwe. Gdyby to był koniec XIX wieku…

— Nie koniec. Rok tysiąc dziewięćset czterdziesta drugi. I ten ojciec… on ma teraz dziewięćdziesiąt pięć lat. Nadal mieszka w okolicy.

Poczułem, jak serce przyspiesza mi rytm.

— Gdzie?

— W domu spokojnej starości w Słupsku. Nazywa się Heinrich Zimmermann. I co miesiąc przychodzi tutaj, żeby „karmić” demona.

Spojrzałem na okno, z którego przed chwilą uciekliśmy. W szybie wciąż migotały dziecięce sylwetki.

— To oznacza, że jutro może pojawić się tutaj z kolejną ofiarą.

— Nie jutro — powiedziała Ilona, sprawdzając datę w telefonie. — Dzisiaj. Zawsze przychodzi w nów księżyca. A dzisiaj jest właśnie nów księżyca.

Spojrzałem na zegarek. Czwarta po południu.

— Ile mamy czasu?

— Do północy. Tyle ile potrzebujemy, żeby przygotować rytuał i zatrzymać tego potwora.

Ilona zgasiła papierosa i spojrzała na mnie poważnie.

— Ale żeby to zrobić, będziemy musieli najpierw odnaleźć pozostałe ciała. Wszystkich ofiar Demona Śmierci z ostatnich stu lat. I uwolnić ich dusze.

— Wszystkich?

— Wszystkich. Bo inaczej demon po prostu przeniesie się w inne miejsce i będzie zabijał dalej.

Uruchomiłem silnik i ruszyłem z powrotem w stronę domu Stanisława.

Zostało nam sześć godzin do północy.

Sześć godzin, żeby przygotować się na walkę z demonem, który zabijał już przez sto lat.

pałac

Konfrontacja 

Północ nadchodziła jak zbliżająca się fala tsunami – nieuchronnie, z każdą minutą czując jej obecność coraz silniej. Ilona i ja siedzieliśmy w golfe zaparkowanym przy samej granicy lasu, między drzewami a polem. Silnik był wyłączony od godziny, a wnętrze samochodu przesiąknęło chłodem jesiennej nocy.

Na tylnym siedzeniu leżały wszystkie potrzebne nam składniki rytuału. Białe świece z wosku pszczelego, worek soli morskiej, suszona werbena, pięć kawałków czarnego obsydianu. A obok tego dwa noże myśliwskie, motyka saperska, liny, latarki i apteczka pierwszej pomocy. Gdyby ktoś nas zobaczył, pomyślałby pewnie, że przygotowujemy się do wykopania ciała.

A może nie był to tak zły pomysł.

— Sprawdźmy jeszcze raz — powiedziała Ilona, zapalając kolejnego papierosa trzęsącymi się palcami. Paliła jednego za drugim już od dwóch godzin. — Rytuał Uwolnienia Duszy z Więzów Cierpienia.

Otworzyłem notes, w którym przepisałem wszystkie instrukcje.

— Pierwszy etap: stworzenie kręgu ochronnego z soli morskiej. Pentagram o promieniu trzech metrów. Każda linia musi być ciągła.

— Drugi etap?

— Zapalenie świec w określonych punktach. Każda świeca musi być zapalona od jednego płomienia. Tu mam zapalniczkę benzynową. — Pokazałem jej ciężką metalową zapalniczkę, którą dostałem od nauczyciela.

— Trzeci etap?

— Spalenie werbeny w centralnym punkcie kręgu. W tym momencie rozpoczynamy inkantację. Tu mam tekst.

Ilona skinęła głową.

— A co z obsydianem?

— Każdy kawałek rzucamy w konkretny punkt obrazu, w chwili gdy wypowiadamy odpowiedni wers zaklęcia. Kolejność jest kluczowa: najpierw lewa szubienica, potem środkowa, na końcu prawa.

— A jeśli demon przejdzie do fizycznej manifestacji?

— Ty kontynuujesz rytuał, ja go odciągam. Albo na odwrót. Rytuał nie może zostać przerwany.

Ilona zgasiła papierosa w przepełnionej popielniczce.

— Mariusz, muszę ci coś powiedzieć.

— Co?

— W trakcie dzisiejszych wizji widziałam nie tylko przeszłość. Widziałam także… fragmenty przyszłości.

Poczułem, jak żołądek ściska mi się w węzeł.

— Jakie fragmenty?

— Jedyne z nas nie wyjdzie z tego żywy.

Milczałem przez długą chwilę, wpatrując się w ciemną sylwetkę pałacu, która rysowała się na tle nieba.

— Widziałaś, który z nas?

— Nie. Widzę tylko jedną sylwetkę wychodząca z ruin. Ale nie wiem, czy to ty, czy ja.

Spojrzałem na zegarek. 23:47.

— Nadal chcesz to robić? — zapytałem.

— A ty?

Pomyślałem o Jaśku. Ośmioletnim chłopcu, który prawdopodobnie był już martwy, ale którego dusze wciąż więzień demon w swoim przerażającym świecie. A potem pomyślałem o wszystkich innych – o Krysi Neumann, o Karolu Młodkowskim, o dzieciach, którymi Heinrich Zimmermann karmił demona przez ostatnie sto lat.

— Tak — powiedziałem. — Nadal chcę.

— W takim przypadku chodźmy.

Wysiedliśmy z samochodu. Ilona założyła plecak z częścią wyposażenia, ja wziąłem resztę. Każdy krok wydawał się odbijać echem w ciszy jesiennej nocy. Słychać było tylko nasze oddechy, szum wiatru w koronach drzew i gdzieś daleko pohukiwanie sowy.

Gdy dotarliśmy do pałacu, zobaczyłem, że w oknie na drugim piętrze – tym samym, przez które się wspinałem – płonie czerwone światło.

— Jest tam — szepnąłem.

— Kto?

— Nie wiem. Ale ktoś jest.

Wspięliśmy się po znanych mi już metalowych prętach. Tym razem szło znacznie sprawniej – wiedziałem, których punktów oparcia należy unikać. Ilona podążała za mną bez słowa, skupiona i zdeterminowana.

Gdy weszliśmy przez okno do pomieszczenia z obrazem, pierwszą rzecz, którą poczułem, był smród. Słodkawy, przenikliwy zapach gnijącego mięsa był dziesięć razy silniejszy niż rano. Ale teraz dołączył do niego jeszcze inny aromat – ostra, metaliczna woń świeżej krwi.

W pomieszczeniu stały płonące świece. Kilkanaście grubych świec woskowych ustawionych w okrąg wokół obrazu, rzucających drżące cienie na ściany. A w ich świetle zobaczyłem scenerię, która sprawiła, że krew zastygła mi w żyłach.

Ściana była pusta.

Na podłodze leżały dwa ciała.

Pierwsze, bliżej okna, to był mężczyzna w eleganckim granatowym garniturze. Około pięćdziesiątki, krótko przystrzyżone ciemno szare włosy, droga złota bransoleta na nadgarstku. Leżał na wznak z szeroko otwartymi oczami, a z jego klatki piersiowej sterczał długi nóż myśliwski. Krew przesiąkła przez białą koszulę, tworząc ciemną plamę wielkości talerza. Drugie ciało leżało kilka metrów dalej. Stary człowiek w szarej piżamie i kapciach. Bardzo stary – zmarszczka twarz, białe, przerzedzone włosy, ręce pokryte plamami starczymi. Ale jego twarz miała spokojny wyraz, jakby umarł we śnie.

— Heinrich Zimmermann — szepnąłem, rozpoznając go z opisów Ilony.

— A ten drugi?

Podszedłem do ciała w garniturze. Przy jego boku leżała elegancka skórzana teczka. Otworzyłem ją i zamarłem.

W środku były książki. Ale nie zwykłe książki. „Malleus Maleficarum” w oryginale łacińskim. „De Vermis Mysteriis” – księga zakazanej magii. „Cultes des Goules” w tłumaczeniu niemieckim. A obok nich – ręcznie napisane notatki, pentagramy, wykresy astrologiczne i zdjęcia.

Zdjęcia pałacu. Zdjęcia obrazu. Zdjęcia Heinrich Zimmermanna.

— To był okultysta — powiedziałem do Ilony. — Ktoś, kto na pewno studiował czarną magię.

Na pierwszej stronie jednego z notatników był napisany czytelnym pismem: „Marcin Kellner, Szczecin”. A pod spodem data rozpoczęcia badań: „15 marca 2008”.

Przejrzałem kolejne strony. Kellner przez piętnaście lat śledził historię pałacu i Heinricha. Miał szczegółowe plany, daty każdego zaginięcia, analizę charakteru i pochodzenia ofiar składanych demonowi. Wszystko było dokładnie zaplanowane, usystematyzowane, naukowe.

Ale na ostatnich stronach notatnika ton pisma się zmieniał. Zapiski stawały się coraz bardziej pochopne, desperackie:

„Heinrich się waha. Mówi, że chce przestać. Głupiec nie rozumie mocy, którą mamy w rękach.”

„Plan B – przejmę kontrolę nad demonem. Heinrich jest za stary, za słaby. Proces można przyspieszyć.”

„Zdobyłem chłopca. Już dziś w nocy. Heinrich nie będzie miał wyboru – albo pomoże, albo sam to zrobię.”

— Kellner chciał przejąć kontrolę nad demonem — powiedziałem do Ilony. — Heinrich mu się sprzeciwił.

Wtedy usłyszeliśmy płacz.

Dobiegał z drugiego kąta pomieszczenia, spoza stosu gruzu. Płacz dziecka.

— Jasiek — szepnąłem.

Przeszliśmy ostrożnie przez pomieszczenie, omijając kałuże krwi i porozrzucane książki. Za stertą połamanych belek znaleźliśmy chłopca. Miał może osiem lat, był brudny i wystraszony, ale żywy. Jego jasne włosy były splątane, a ubranie podarte, ale najważniejsze – oddychał.

— Jasiek? — zapytałem łagodnie.

Chłopiec podniósł na mnie wielkie, przerażone oczy.

— Chcę do mamy — wyszlochał.

— Już dobrze, malcu. Zaraz cię stąd zabierzemy. Ale powiedz mi, co się tutaj stało? Widziałaś coś?

Jasiek otarł nos rękawem i popatrzył na ciała na podłodze.

— Ten pan w garniturze przywiózł mnie tutaj — powiedział cichym głosem. — Powiedział, że pokaże mi fajny obraz. A potem przyszedł ten starzec i bardzo się pokłócili.

— O co się kłócili?

— Ten w garniturze krzyczał, że trzeba mnie wsadzić do obrazu. A starzec mówił, że jeszcze nie teraz, że to nie tak ma być. I że ten pan wszystko źle robi.

— A potem?

— Potem starzec wziął nóż i… — Jasiek rozpłakał się. — Było dużo krwi. A potem starzec padł na ziemię i już się nie ruszał.

Spojrzałem na Ilonę. Teoria się potwierdzała. Heinrich Zimmermann przez sto lat systematycznie karmił demona, ale robił to według określonych zasad. Kellner chciał przyspieszyć proces, złamał reguły. Heinrich w ostatnim akcie sumienia ocalił dziecko, ale kosztowało go to życie.

— Jasiek, gdzie teraz jest ten obraz, o którym mówił pan w garniturze?

Chłopiec wskazał na ścianę za nami.

Obróciłem się.

Obraz ponownie się pojawił.  Ale już nie taki, jaki widziałam rano.

Trzy szubienice wciąż stały na swoim miejscu. Ale teraz na sznurach wisiały nie tylko dzieci. Widziałem dziesiątki postaci – mężczyzn, kobiety, starców, młodzież. Wszystkie ofiary demona z ostatniego stulecia. I wszystkie się poruszały, kołysały jak pod wpływem niewidzialnego wiatru, machały rękami w naszym kierunku.

A w centrum obrazu, pod środkową szubienicą, stał ktoś jeszcze.

Sylwetka w ciemnym płaszczu, z kapturem zsuniętym na głowę. Nie wisiała na sznurze. Po prostu stała i obserwowała nas.

— To jest demon — szepnęła Ilona.

Sylwetka w obrazie poruszyła się. Powoli podniósł rękę i wskazał na nas palcem.

A potem pomieszczenie zapłonęło szkarłatnym światłem.

Demon się przebudził.

Szkarłatna poświata sączył się z każdego zakamarka, każdej szpary w murze, każdej dziury w podłodze. A z nią nadeszło zimno. Nie zimno jesieni, ale lodowaty chłód śmierci, który zamroził mi oddech w płucach.

— Teraz! — krzyknąłem do Ilony. — Zaczynamy rytuał!

Ona już rozpakowywała składniki. Jej ruchy były szybkie i pewne, jakby ćwiczyła to setki razy. Rozerwała worek z solą morską i zaczęła sypać pierwszą linię pentagramu.

— Jasiek! — krzyknęłem do chłopaka. — Schowaj się za tym stosem gruzu i nie wyglądaj, cokolwiek się będzie działo!

Z obrazu wyłoniła się ciemna postać.

To nie była postać – to było wcielenie czystego zła. Cień tak czarny, że wchłaniał całe światło wokół siebie. Cień w kształcie człowieka, ale znacznie wyższego i przesadnie chudego. Tam gdzie powinna być twarz, płonęły dwie czerwone punkty – oczy pełne starożytnej nienawiści.

Demon Śmierci przyszedł nas zabić.

— Nie przerywaj rytuału! — krzyknęła Ilona, sypiąc ostatnią linię pentagramu. — Cokolwiek się stanie!

Nagle demon rzucił się w moją stronę. Czas zwolnił. Widziałem każdy szczegół jego ruchu – sposób, w jaki jego czarne ramiona sięgały w moim kierunku, błysk czerwonych oczu, płynność kroków, które nie wydawały żadnego dźwięku.

Chwyciłem nóż myśliwski i rzuciłem się również w tym samym momencie na niego.Jakimś nadludzkim odruchem nie chciałem oddać mu inicjatywy. 

Ostrze przeszło przez Demona jak przez dym. Nie odniosło żadnego skutku. Ale jego pazury – o tak, te były prawdziwe. Rozdarły mi kurtkę i przeszył skórę na piersiach. Ból był tak silny, że krzyknąłem.

— Mariusz! — usłyszałem głos Ilony, ale brzmiał jakby z bardzo daleka.

Demon chwycił mnie za gardło. Jego dotyk był lodowaty, przenikał do kości. Poczułem, jak siły opuszczają mnie z każdą sekundą. To nie było normalne duszenie. To było wysysanie życia bezpośrednio z mojej duszy.

Ale wtedy zapłonęła pierwsza świeca.

Ilona stała w centrum pentagramu z solą morską rozlaną wokół jej stóp i płonącą zapalniczką w ręku. Zapalała kolejne świece, jedna po drugiej, recytując przy tym słowa zaklęcia w języku, którego nie rozumiałem, ale który brzmiał jak łacina zmieszana z czymś znacznie starszym.

— In nomine lucis aeternae, animae captivae, liberamini! — intonowała, a jej głos stawał się coraz silniejszy.

Demon puścił mnie i odwrócił się w jej stronę. Zrozumiał zagrożenie.

— Nie! — ryknął głosem, który brzmiał jak sto krzyczących równocześnie ludzi. — Nie zabierzesz mi moich dzieci! One należą do mnie! NALEŻĄ DO MNIE!

Rzucił się na Ilonę, ale uderzył o niewidoczną barierę stworzoną przez pentagram z soli. Światło eksplodowało, demon zatoczył się do tyłu, ale nie poddawał się.

— Czwarty składnik! — krzyknęła Ilona. — Werbena!

Ciągle leżałem na podłodze, dysząc ciężko. Krwawiłem z ran na piersiach, ale żyłem. Sięgnąłem do plecaka po suszoną werbenę.

A wtedy demon zmienił taktykę.

Zamiast atakować nas bezpośrednio, skupił się na obrazie. Podszedł do ściany i położył na niej czarne, cieniste ręce.

Postacie w obrazie zaczęły się poruszać szybciej. Wisielcy na sznurach wykręcali się w agonii, a ich usta otwierały w niemych krzyk. Płakali, błagali, wyciągali ręce w naszym kierunku.

— Nie możecie ich uwolnić — powiedział demon spokojniejszym głosem. — Jeśli nie skończycie rytuału, będą cierpieć przez całą wieczność. Ale jeśli odejdziecie teraz, pozwolę im odpocząć. Pozwolę im zasnąć.

— Kłamie! — krzyknęła Ilona. — Nie słuchaj go!

— A może nie kłamię — szepnął demon, a jego głos stał się miękki, przekonujący. — Może rzeczywiście chcę im pomóc. Przez sto lat chronię je przed prawdziwym cierpieniem. Tutaj są bezpieczne.

Popatrzem na obraz. Dzieci na sznurach rzeczywiście wyglądały, jakby cierpiały. Ich małe twarze były wykrzywione bólem, a oczy pełne łez.

Ale potem zauważyłem coś jeszcze.

W tle obrazu, za szubienicami, stał ktoś jeszcze. Dwie sylwetki. Heinrich Zimmermann i mężczyzna w średnim wieku, który musiał być jego ojcem – tym prawdziwym ojcem dzieci.

I oni nie cierpieli. Oni po prostu stali i czekali.

Czekali na uwolnienie.

— Ilona! — krzyknąłem. — Kontynuuj!

Podpaliła werbenę w centrum kręgu, a aromat spalonych ziół wypełnił pomieszczenie. Teraz przyszedł czas na obsydian i finalne zaklęcie.

Demon wrzasnął z wściekłości i rzucił się na barierę z taką siłą, że cały pałac zadrżał. Pentagram z soli zamigotał, ale wytrzymał.

— Obsydian! — krzyknęła Ilona. — Teraz!

Chwyciłem pierwszy kawałek czarnego kamienia i rzuciłem go w lewą szubienicę na obrazie.

— Animam liberare a vinculis mortis!

Pierwszy sznur pękł. Wisielec spadł na ziemię obrazu, ale nie leżał bezwładnie. Wstał, spojrzał na nas z wdzięcznością i zaczął iść w stronę sylwetek Heinricha i jego ojca.

Drugi kawałek – w środkową szubienicę.

— Spiritum solvere ab umbris aeternitatis!

Drugi sznur pękł. Drugie dziecko zostało uwolnione.

Trzeci, czwarty, piąty kawałek obsydianu trafiały w kolejne postacie na obrazie.

— Pacem dare mortuis, vitam dare vivis!

Z każdym rzutem więcej uwięzionych dusz było uwalnianych. Sznury pękały jeden po drugim, a uwolnione postacie szły w stronę światła, które zaczęło emanować z głębi obrazu.

Demon wykręcał się w agonii, ale już nie mógł zatrzymać procesu.

— Nie… nie… NIGDY! — wrzeszczał, ale jego głos stawał się coraz słabszy.

Ostatni kawałek obsydianu trafiał w sylwetkę samego demona.

Obraz eksplodował światłem.

Nie czerwonym światłem demona, ale białym, czystym blaskiem, który wypełnił całe pomieszczenie. W tym świetle zobaczyłem je wszystkie – dusze uwięzione przez demona przez ostatnie sto lat.

Dziesiątki ludzi. Stary i młodzi. Wszyscy ci, którzy zginęli z rąk Heinricha Zimmermanna i jego współpracowników. Unosili się w powietrzu jak świetliste sylwetki, patrząc na nas ze spokojem, którego nie znali od dziesięcioleci.

I w centrum tej świetlistej chmury dusze zobaczyłem troje dzieci. Troje dzieci z obrazu. Ale teraz już nie wisiały na sznurach. Stały swobodnie, trzymając się za ręce, i uśmiechały się.

A obok nich stał mężczyzna w średnim wieku. Ojciec dzieci, sprzed stu lat. Ten prawdziwy ojciec, zanim demon go opętał. Zanim stał się mordercą własnych dzieci.

— Dzieci — powiedział, klękając przed nimi. — Proszę, wybaczcie mi. Nie byłem sobą. To nie ja was skrzywdziłem.

Najmłodsza z dzieci – dziewczynka, która nie mogła mieć więcej niż sześć lat – puściła rękę braci i podeszła do ojca.

— Wiemy, tato — powiedziała. — Widzieliśmy, jak walczysz z czarnym panem. Nie mogłeś wygrać. Ale już jest dobrze.

A potem zobaczyłem go – Heinricha Zimmermanna. Ale nie tego starego, pomarszczonego mężczyznę z piżamie. To był młody Heinrich, może trzydziestoletni. Ten prawdziwy Heinrich, sprzed opętania.

— Przepraszam — powiedział, patrząc na wszystkie uwolnione dusze. — Przepraszam was wszystkich. Przez sto lat byłem narzędziem tego zła. Nie potrafiłem się oprzeć.

Dzieci podeszły do niego. Najstarsza, chłopiec może dziesięcioletni, wyciągnął rękę.

— Dziadku Heinrich — powiedział. — My już ci wybaczamy. I wszyscy inni też. Teraz możemy iść razem.

Światło stało się tak intensywne, że musiałem zamknąć oczy. Gdy je otworzyłem, wszystkie dusze zniknęły.

Obraz na ścianie był pusty. Ale nie całkowicie pusty – zostały słabe kontury trzech szubienic, ledwie widoczne na starym tynku. Jak stary, wyblakły fresk.

Demon także zniknął.

W pomieszczeniu zostaliśmy tylko my troje – ja, Ilona i Jasiek, który wychylił się zza stosu gruzu.

— Skończyło się — powiedziała Ilona, opadając z wyczerpania na podłogę. — To koniec.

Podszedłem do Jaśka i delikatnie wziąłem go w ramiona. Chłopiec był wycieńczony, ale żywy. Cały i zdrowy.

— Chodzimy do domu, — powiedziałem. — Mama czeka.

— A ci panowie? — zapytał Jasiek, patrząc na ciała na podłodze.

— Oni już nikogo nie skrzywdzą — odpowiedziała Ilona.

Gdy wychodziliśmy z pałacu, Ilona jeszcze raz spojrzała na słabe kontury obrazu na ścianie.

— Myślisz, że znaleźli spokój?

— Mam nadzieję — odpowiedziałem. — Mam nadzieję.

Wschód słońca zastał nas jadących drogą z powrotem do Słupska. Jasiek spał na tylnym siedzeniu, owinięty w moją kurtkę. W radiu leciała spokojna muzyka, a krajobraz za oknami wyglądał całkowicie normalnie. Tak, jakby nic się nie stało.

Ale wiedziałem, że coś się stało. Coś bardzo ważnego.

Sto lat trwający koszmar dobiegł końca.


EPILOG

Sześć miesięcy później otrzymałem list od Fabiana. Pisał, że w okolicy pałacu zapanował spokój. Żadnych dziwnych świateł, żadnych głosów w nocy, żadnych zaginięć.

Ciała Heinricha Zimmermanna i Marcina Kellnera znaleźli następnego dnia. Policja zakwalifikowała wydarzenia jako konflikt między dwoma kolekcjonerami okultystycznymi. Kellner prawdopodobnie chciał okraść starego człowieka, Heinrich bronił się i w bójce obaj zginęli. Sprawę zamknięto po dwóch tygodniach.

Pałac w Zdrzewnie nadal stoi. Władze miejskie planują jego remont i przeznaczenie na centrum kultury. W pomieszczeniu na drugim piętrze odkryto stary fresk przedstawiający sceny egzekucji z XVIII wieku. Konserwatorzy są zachwyceni – to podobno rzadki przykład historycznego malarstwa ściennego. Fresk zostanie odrestaurowany i udostępniony zwiedzającym.

Gdyby tylko wiedzieli.

Jasiek Kowalczyk wrócił do normalnego życia. Przez kilka miesięcy chodził na terapię do psychologa dziecięcego, ale podobno bardzo szybko doszedł do siebie. Opowiadał wszystkim, że „pani w czerni się nim zaopiekowała, gdy zgubił drogę w starym domu”. Jedyne co zostało z tej nocy, to strach przed ciemnością. Ale z tego może wyrośnie.

A ja? Wróciłem do mojej pracy. Do pomagania ludziom, którzy mają problemy z tym, co nie da się wyjaśnić racjonalnie. Ale czasami, zwłaszcza późnymi jesiennymi wieczorami, myślę o tamtej nocy. O tym, że czasami nawet najstarsze zło może zostać pokonane.

I o tym, że czasami zbawienie przychodzi z najmniej oczekiwanej strony – od człowieka, który przez całe życie czynił zło, ale na koniec znalazł w sobie dość siły, by zrobić jedną dobrą rzecz.

Może to wystarczy, żeby otrzymać wybaczenie.

Może to wystarczy, żeby znaleźć spokój.


Dodaj komentarz