Kochani,
Jestem Mariusz Czarnecki. Większość z Was kojarzy mnie z poprzednich opowieści – jestem tym rytualistą z Polkowic, który węszy tam, gdzie inni wolą nie zaglądać. Tym, który rozmawia z duchami, przepędza demony i czasem, tylko czasem, udaje mu się ocalić kogoś przed czymś znacznie gorszym niż śmierć.
Dziś muszę opowiedzieć Wam o sprawie, która zmieniła wszystko. O zleceniu, które przyjąłem pewnego październikowego wieczora, i o tym, co odkryłem w lasach wokół Polkowic.
Te lasy… Myślicie, że je znacie. Że to tylko sosny, paprocie, ścieżki wydeptane przez dziki. Miejsce na niedzielny spacer, na jogging, na zbieranie grzybów. Ale pod powierzchnią tego, co widzimy, kryje się coś starszego niż sam las. Coś, co czeka. Coś, co karmi się.
Wszystko zaczęło się od telefonu. Zdesperowany dziadek z Parchowa błagał mnie o pomoc. Jego szesnastoletni wnuk zaginął w lesie. Policja szukała, ale w złych miejscach. Bo chłopak nie zgubił się przypadkiem – poszedł szukać czegoś, o czym jego dziadek wspominał tylko szeptem. Kamiennych schodów, które pojawiają się raz na pokolenie.
Mogłem odmówić. Powinienem był odmówić. Ale coś w głosie starego człowieka, coś w sposobie, w jaki wymówił słowo „schody”, sprawiło, że poczułem to znajome mrowienie. To samo, które zawsze ostrzega mnie przed prawdziwym niebezpieczeństwem.
„Schody Donikąd” to historia o tym, jak wraz z Iloną Wiśniewską – tą samą, która czyta w Kronikach Akaszy i widzi to, czego inni nie widzą – zeszliśmy w miejsce, z którego nikt wcześniej nie wrócił. O tym, jak odkryłem, że niektóre legendy są znacznie bardziej przerażające niż rzeczywistość. I o cenie, jaką przyszło nam zapłacić za uratowanie jednego życia.
Ten tekst to nie jest zwykła opowieść grozy. To ostrzeżenie.
Bo jeśli kiedykolwiek, zbierając grzyby w lesie pod Polkowicami, natraficie na kamienne stopnie porośnięte mchem tak zielonym, że aż świeci… Jeśli usłyszycie dziecięcy śpiew dobiegający znikąd… Jeśli poczujecie to dziwne przyciąganie, jakby ktoś delikatnie ciągnął was za niewidzialną nić…
Nie idźcie za tym głosem. Nie wchodźcie na te schody.
Niektóre progi lepiej pozostawić nieprzekroczone. Niektóre tajemnice lepiej zostawić nieodkryte.
Ale to także ostrzeżenie dla Was wszystkich innych.
Bo schody wciąż się pojawiają. W lasach pod Polkowicami, może także gdzie indziej. Czekają na samotnych wędrowców, na ciekawskich, na tych, którzy myślą, że są silniejsi niż strach. Jeśli kiedykolwiek je zobaczycie – kamienne stopnie prowadzące donikąd, porośnięte mchem, które wydają się być nie na miejscu – zawróćcie. Natychmiast. Nieważne, co usłyszycie, nieważne, co zobaczycie na ich szczycie.
Niektóre progi nie są po to, by je przekraczać.
A teraz zapraszam Was do mojej najczarniejszej sprawy. Tej, która nie skończyła się happy endem. Tej, która wciąż budzi mnie w nocy. Tej, przez którą wciąż szukam sposobu, by naprawić to, co zostało wypuszczone.
Bo czasem, ratując jedno życie, uwalniamy coś, co nie powinno ujrzeć światła dziennego.
Ta historia jest prawdziwa w każdym szczególe, który ma znaczenie. Zmienione zostały tylko nazwiska niektórych osób. Na ich własną prośbę.
Mariusz Czarnecki
Rytualista, badacz zjawisk paranormalnych
Polkowice, październik 2024
PS. Ilona, jeśli to czytasz tam, gdzie jesteś – nie zapomniałem obietnicy. Szukam sposobu. Zawsze będę szukał.
Ostatni spacer
Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj, choć minęło już ponad sześćdziesiąt lat.
Mgła wisiała nad lasem parchowskim jak całun, a ja szedłem między sosnami z wiklinowym koszem, szukając prawdziwków. Pachniało wilgotną ziemią, mchem i grzybami – ten zapach, który każdy grzybiarz rozpozna z zamkniętymi oczami. Słońce próbowało przebić się przez koronę drzew, ale mgła była zbyt gęsta, zbyt uparta.
Wtedy je zobaczyłem.
Kamienne schody, szerokie na dobre trzy metry, porośnięte mchem tak zielonym, że aż świecił w półmroku. Wyrastały z ziemi jak kości z grobu, prowadząc w górę, w mgłę, która wydawała się gęstnieć z każdym stopniem. Dwadzieścia, może dwadzieścia pięć stopni – nie mogłem dokładnie policzyć, bo im dłużej patrzyłem, tym bardziej rozmazywały mi się w oczach.
— Stanisław, nie idź tam — usłyszałem szept, choć nikogo nie było w pobliżu.
Głos brzmiał jak mój własny, tylko starszy, zmęczony. Jakbym sam siebie ostrzegał z przyszłości. Ale wtedy byłem młody, miałem dwadzieścia trzy lata i nie bałem się niczego. Wojna mnie zahartowała, partyzantka nauczyła, że strach to luksus, na który nie można sobie pozwolić.
Postawiłem stopę na pierwszym stopniu. Kamień był ciepły, niemal gorący, jakby ktoś rozpalił pod nim ognisko. Przez podeszwę buta poczułem pulsowanie – jednostajne, rytmiczne, jak bicie serca. Coś żywego tętniło w tym kamieniu, coś, co nie powinno istnieć.
— Wracaj — znowu ten głos, tym razem bliżej, jakby szeptał mi do ucha.
Ale ja szedłem dalej. Drugi stopień, trzeci, czwarty. Z każdym krokiem mgła gęstniała, aż przestałem widzieć własne stopy. Kosz z grzybami ciążył mi w ręce jak ołów. Na dziesiątym stopniu usłyszałem śpiew – dziecięce głosy nucące melodię, której nie rozpoznawałem, choć wydawała się znajoma. Słowa były w języku, którego nie znałem, ale rozumiałem ich znaczenie:
Kto przekroczy próg zapomnienia,
Ten zostanie w domu cienia,
Kto za dziećmi w las pójdzie ślepo,
Ten powróci jako echo.
Stanąłem. Pot spływał mi po plecach lodowatymi strużkami, choć powietrze było ciepłe, duszne wręcz. Kosz wypadł mi z ręki, grzyby rozsypały się po kamiennych stopniach, tocząc się w dół z cichym szelestem. Jeden z prawdziwków zatrzymał się na krawędzi stopnia, kołysząc się jak wahadło.
To wtedy zobaczyłem ich – dzieci.
Stały na szczycie schodów, może pięcioro, może więcej. Nie mogłem dokładnie policzyć, bo ich sylwetki przenikały się ze sobą, jakby były zrobione z dymu. Miały na sobie stroje z innej epoki – dziewczynki w długich, płóciennych sukienkach, chłopcy w bryczesach i lnianych koszulach. Wszystkie były bose, a ich stopy nie dotykały kamienia.
— Chodź z nami, panie Stanisławie — powiedziało jedno z nich, chłopiec o jasnych włosach i oczach czarnych jak węgiel. — Czekamy na pana tak długo.
Skąd znały moje imię? Cofnąłem się o krok, ale noga ześlizgnęła się ze stopnia. Musiałem złapać równowagę, machając rękami jak pijak. Dzieci zachichotały – dźwięk był jak szelest suchych liści na wietrze.
— Nie bój się — powiedziała dziewczynka w białej sukience poplamionej czymś ciemnym. — Tam jest lepiej. Tam nie ma bólu, nie ma strachu. Tylko cisza i spokój.
Chciałem uciekać, ale nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Stałem jak wmurowany, patrząc w te martwe, czarne oczy. Wtedy poczułem zapach – słodkawy, mdlący, jak rozkładające się mięso zmieszane z perfumami mojej matki. Ten zapach… znałem go. To był zapach śmierci, który towarzyszył mi przez całą wojnę.
— Kim jesteście? — wykrztusiłem w końcu.
— Jesteśmy tymi, którzy przeszli — odpowiedział chłopiec. — Tymi, którzy uwierzyli. Tymi, którzy zostali.
Mgła zaczęła opadać, odsłaniając to, co było za dziećmi. Nie były to już schody prowadzące w górę, ale w dół – spiralna studnia bez dna, wykuta w czymś, co wyglądało jak żywe mięso. Ściany pulsowały, oddychały, a z głębi dobiegał dźwięk przypominający bicie ogromnego serca.
— To jest droga — szepnęła dziewczynka. — Droga do domu.
W tym momencie coś we mnie pękło. Może to był instynkt samozachowawczy, może wspomnienie żony czekającej w domu z obiadem, może po prostu strach silniejszy niż ciekawość. Odwróciłem się i zacząłem biec.
Potknąłem się o własne nogi, upadłem, wstałem i znowu biegłem. Za sobą słyszałem płacz dzieci – rozpaczliwy, przenikliwy, jak płacz niemowląt pozostawionych same w ciemności. Ale nie odwróciłem się. Biegłem przez las, rozdzierając ubranie o gałęzie, zostawiając kawałki skóry na korze drzew.
Gdy w końcu dotarłem do domu, było już ciemno. Żona czekała w progu, blada jak ściana.
— Gdzie byłeś? — zapytała. — Minęły trzy dni.
Trzy dni. Dla mnie to było może trzy godziny.
Nigdy nie wróciłem do tamtej części lasu. Ale czasami, gdy zamykam oczy, wciąż widzę te schody. I słyszę śpiew dzieci, które nigdy nie dorosły.
Teraz leżę na łożu śmierci, czując, jak życie ucieka ze mnie z każdym oddechem. I wiem, że one na mnie czekają. Tam, na szczycie schodów, które prowadzą w dół. Czekają, żebym w końcu przyszedł.
Ale ja nie pójdę. Nie tym razem. Wolę nicość niż to, co jest po drugiej stronie.
[Fragment z pamiętnika Stanisława Kowalskiego, znaleziony przez jego wnuka Damiana w 2024 roku, trzy dni przed jego zaginięciem]

Zlecenie z Parchowa
Siedziałem w swoim mieszkaniu w Polkowicach, wpatrując się w ekran sędziwego laptopa, gdy telefon zawibrował na blacie. Numer nieznany. Zwykle nie odbieram takich połączeń – za dużo telemarketingu, za dużo natarczywych ludzi chcących sprzedać mi coś, czego nie potrzebuję. Ale coś kazało mi odebrać. Może to była intuicja, może po prostu nuda.
— Mariusz Czarnecki? — głos po drugiej stronie był stary, zachrypnięty, jakby właściciel przepalił całe życie tanią machorką.
— Tak, słucham.
— Nazywam się Józef Kowalski. Mieszkam w Parchowie, wie pan gdzie to jest?
Wiedziałem. Mała wioska między Polkowicami a Przemkowem, może dwieście dusz, głównie starzy ludzie i ci, którzy nie mieli dokąd uciec.
— Potrzebuję pana pomocy — kontynuował, a ja usłyszałem w jego głosie coś, co sprawiło, że wyprostowałem się w krześle. Rozpacz zmieszana ze strachem. — Chodzi o mojego wnuka. Zaginął.
— Proszę pana, w takich sprawach trzeba na policję…
— Byłem! — przerwał mi gwałtownie. — Byłem, ale oni… oni nie rozumieją. Mówią, że chłopak uciekł z domu, że to normalne w jego wieku. Ale ja wiem, że to nieprawda. Wiem, gdzie poszedł.
Cisza. Czekałem, aż dokończy.
— Poszedł na schody — wyszeptał w końcu. — Te przeklęte schody w lesie.
Poczułem, jak włosy stają mi na karku. W mojej profesji słyszy się wiele dziwnych historii, ale sposób, w jaki wypowiedział te słowa, sprawił, że po plecach przeszedł mi dreszcz.
— Jakie schody? — zapytałem, ale w odpowiedzi usłyszałem tylko ciężkie oddychanie.
Czekałem. Nauczyłem się, że czasami cisza mówi więcej niż słowa. Ludzie dzwonią do mnie, gdy już wszystko inne zawiedzie. Gdy racjonalne wyjaśnienia się kończą, a strach zaczyna zżerać ich od środka. Wtedy potrzebują czasu, żeby zebrać się na odwagę i wypowiedzieć na głos to, co brzmi jak szaleństwo.
— Pan nie uwierzy — powiedział w końcu Kowalski. — Nikt nie wierzy. Policja mówi, że to bajki. Że jestem starym głupcem, który naczytał się bzdur.
— Proszę pana, zajmuję się… nietypowymi sprawami. Niewiele może mnie zaskoczyć.
Znowu cisza. Słyszałem, jak zapala papierosa – charakterystyczne pyknięcie zapalniczki, głęboki wdech, kaszel.
— Schody, które pojawiają się w lesie — powiedział jednym tchem. — Raz na pokolenie, może rzadziej. Kamienne schody, których nie ma na żadnej mapie, których nikt nie zbudował. Mój ojciec je widział w pięćdziesiątym siódmym. Opisał wszystko w pamiętniku. A teraz… teraz mój wnuk poszedł ich szukać.
Poczułem, jak coś zimnego wędruje mi po kręgosłupie. Nie dlatego, że uwierzyłem od razu – w mojej pracy nauczyłem się sceptycyzmu. Ale sposób, w jaki o tym mówił… Słyszałem w jego głosie nie tylko strach, ale pewność. Ten człowiek wiedział, że mówi prawdę.
— A kiedy wnuk zaginął?
— Trzy dni. Policja przeszukiwała las, ale… — urwał. — Oni szukają ciała, panie Czarnecki. Szukają w rzeczywistych miejscach. A Damian poszedł tam, gdzie rzeczywistość się kończy.
Wstałem z fotela, podszedłem do okna. Za szybą Polkowice tonęły w październikowej mgle. Podobnej do tej, którą opisywał.
— Skąd pan ma mój numer? — zapytałem, choć domyślałem się odpowiedzi.
— Od pani Nowakowej z Legnicy. Pomógł jej pan z tym… problemem w piwnicy.
Nowakowa. Pamiętałem. Byt, który karmił się strachem jej dzieci. Tydzień roboty, ledwo uszedłem z życiem, ale udało się. Dzieci wyzdrowiały, przestały mieć koszmary. Dobra rekomendacja, choć wolałbym, żeby o mojej pracy wiedziało jak najmniej osób.
— Panie Czarnecki — głos Kowalskiego był teraz błagalny. — Ja wiem, że to brzmi jak brednie starca. Ale błagam, niech pan przyjedzie. Pokażę panu pamiętnik ojca, pokażę zdjęcia, które Damian robił w lesie, zanim… Zapłacę, ile pan zechce. Sprzedam ziemię, dom, wszystko.
Zamknąłem oczy. Od tygodni nie miałem żadnego ciekawego zlecenia. Ostatni demon okazał się zwykłym szczurem w ścianach, a duchy w kamienicy przy Głogowskiej były tylko wadliwą instalacją gazową wywołującą halucynacje. Konto świeciło pustkami, a rachunki się piętrzyły. Ale nie o pieniądze tu chodziło. Czułem to znajome mrowienie, które zawsze pojawiało się, gdy trafiałem na prawdziwą sprawę. Na coś, co było więcej niż tylko wyobraźnią przestraszonych ludzi.
— Parchów, tak? — zapytałem, sięgając już po kurtkę.
— Tak, ostatni dom we wsi, od strony lasu. Będę czekał.
— Będę za półtorej godziny — powiedziałem. — I panie Kowalski? Proszę niczego nie ruszać w pokoju wnuka. Wszystko może być ważne.
— Dziękuję — wyszeptał. — Dziękuję, nie ma pan pojęcia co to dla mnie znaczy.
Rozłączyłem się i przez chwilę stałem, patrząc na telefon. Mogłem zadzwonić do Ilony od razu, ale postanowiłem najpierw sam ocenić sytuację. Czasami ludzie wymyślają sobie różne rzeczy, żeby poradzić sobie z traumą. Może chłopak po prostu uciekł z dziewczyną. Może stary wymyślił sobie te schody, żeby nie przyjąć do wiadomości prostszej, boleśniejszej prawdy.
Ale głęboko w środku wiedziałem, że tak nie jest. Że to będzie jedna z tych spraw, które zmieniają człowieka. Które sprawiają, że już nigdy nie patrzy się na świat tak samo.
Włożyłem kurtkę, sprawdziłem, czy w torbie mam wszystko, co potrzebne – sól, żelazo, srebrny sztylet, kilka amuletów, które czasem działają, a czasem nie. I ruszyłem w stronę Parchowa, w stronę lasu, gdzie czekały schody prowadzące donikąd.
Dom Kowalskich stał na końcu wsi, przysadzista chałupa z bielonego wapnem kamienia, z małymi oknami i spadzistym dachem pokrytym czerwoną dachówką. Podwórze było zadbane, ale czuć było z niego smutek – ten rodzaj pustki, która zostaje po kimś, kto nagle znika.
Józef Kowalski otworzył drzwi, zanim zdążyłem zapukać. Był niższy, niż sobie wyobrażałem, zgarbiony wiekiem, z twarzą pooraną zmarszczkami jak wyschła ziemia. Ale oczy miał jasne, przenikliwe, i patrzyły na mnie z nadzieją pomieszaną z rozpaczą.
— Pan Czarnecki? Wchodź pan, wchodź.
Wnętrze domu było dokładnie takie, jakiego się spodziewałem – ciemne, przesiąknięte zapachem starego drewna, gotowanej kapusty i czegoś jeszcze – strachu. Na każdej ścianie wisiały krzyże, obrazy świętych, gromnice. Stary ewidentnie próbował się przed czymś chronić.
Usiedliśmy przy kuchennym stole. Kowalski nalał mi herbaty do kubka z odłupanym uchem, jego ręce drżały tak mocno, że połowa wylała się na spodek.
— Damian, mój wnuk, ma szesnaście lat — zaczął bez wstępów. — Dobry chłopak, mądry. Mieszka ze mną od trzech lat, odkąd jego rodzice… — urwał, machnął ręką. — Nieważne. Ważne jest to, że trzy dni temu poszedł do lasu po grzyby i nie wrócił.
— Policja przeszukiwała las?
— Przeszukiwała — prychnął pogardliwie. — Ale nie tam, gdzie trzeba. Nie chcieli słuchać, gdy mówiłem im o schodach. Mówią, że to zabobony, że jestem starym głupcem.
Wyjął z kieszeni pomiętą kopertę, położył ją przede mną na stole.
— To znalazłem w jego pokoju. Schowane pod materacem.
Otworzyłem kopertę. W środku był stary, pożółkły zeszyt, zapisany drobnym, starannym pismem. Na pierwszej stronie widniała data: 1957 rok.
— To pamiętnik mojego ojca — powiedział Kowalski. — Stanisława. Opisał tam swoje spotkanie ze schodami. Damian musiał to znaleźć na strychu, czytał to. A potem… potem pewnie poszedł ich szukać.
Zacząłem przeglądać zeszyt. Pismo było wyblakłe, ale czytelne. Opisywało dokładnie to samo miejsce, te same schody, te same dzieci. Ale było coś jeszcze – rysunki. Dziwne symbole, które rozpoznałem. Widziałem je wcześniej w starych księgach, tych, których lepiej nie czytać po zmroku.
— Pański ojciec był okultysta? — zapytałem.
Kowalski pokręcił głową.
— Nie, skądże. Ale po tym, co zobaczył w lesie, zaczął szukać odpowiedzi. Jeździł do bibliotek, wypytywał starych ludzi. Te symbole… mówił, że to jakieś zabezpieczenia. Że schody to pułapka, brama do czegoś złego.
— A jednak pański wnuk poszedł je szukać.
— Młodzi są głupi — westchnął stary. — Myślą, że są nieśmiertelni. Że im się uda tam, gdzie innym się nie udało.
Wstałem od stołu.
— Pokaże mi pan to miejsce?
Kowalski zbladł.
— Ja… ja tam nie pójdę. Przysiągłem ojcu na łożu śmierci, że nigdy tam nie pójdę. Ale mogę panu pokazać drogę. I dam panu to.
Sięgnął do kredensu, wyjął zawiniątko w białe płótno. Rozwinął je ostrożnie. W środku był krzyż, nietypowy – z czarnego drewna, z wyrytymi symbolami podobnymi do tych z zeszytu.
— Ojciec kazał to zrobić miejscowemu kowalowi według swojego projektu. Mówił, że to jedyna rzecz, która może ochronić przed tym, co jest za schodami.
Wziąłem krzyż do ręki. Był ciężki, ciepły w dotyku, jakby pulsował własnym życiem. Symbole wydawały się poruszać w świetle lampy.
— Ile pan chce? — zapytał Kowalski. — Za znalezienie Damiana?
— Najpierw go znajdę — odpowiedziałem, chowając krzyż do kieszeni. — Potem porozmawiamy o pieniądzach.
Stary chwycił mnie za rękę. Jego dłoń była zimna jak lód.
— Proszę go przyprowadzić. Żywego czy… — głos mu się załamał. — Po prostu go przyprowadź. Żebym mógł go pochować po chrześcijańsku.
Wróciłem do samochodu, wyjąłem telefon i wybrałem numer Ilony. Odebrała po trzecim sygnale.
— Mariusz? Co się stało?
— Mam sprawę. Coś dużego. Potrzebuję twojej pomocy.
— Kiedy nie potrzebujesz — zaśmiała się, ale słyszałem w jej głosie napięcie. — O co chodzi?
— Zaginięcie w Parchowie. Ale to nie zwykłe zaginięcie. Jest związane z czymś… starym. Czymś, co zabiera ludzi od pokoleń.
Cisza po drugiej stronie.
— Przyjadę — powiedziała w końcu. — Daj mi godzinę.
Rozłączyłem się i spojrzałem w stronę lasu. Słońce chyliło się ku zachodowi, rzucając długie cienie między drzewami. Gdzieś tam, w gęstwinie, czekały schody. A może już nie czekały – może już miały to, po co przyszły.
Wyjąłem z kieszeni krzyż, obróciłem go w palcach. Symbole wydawały się teraz świecić własnym światłem, pulsować w rytm mojego serca.
— Damian — szepnąłem w stronę lasu. — Trzymaj się, chłopaku. Idę po ciebie.
Ale w głębi duszy wiedziałem, że może być już za późno. Schody nie oddają swoich ofiar. Nigdy nie oddawały.
Chyba że ktoś był gotów zapłacić odpowiednią cenę.
Pierwsze rozpoznanie
Ilona przyjechała swoim starym volkswagenem golfem, tym samym, którym jeździła od lat. Srebrny lakier odchodził miejscami, a na masce widniała rysa wielkości dłoni, ale silnik mruczał równo. Zaparkowała obok mojego samochodu na leśnej drodze, kilometr od Parchowa.
Wysiadła bez pośpiechu. Jasne włosy miała związane w praktyczny kok, zero makijażu jak zwykle. Zielone oczy przyglądały mi się uważnie, jakby sprawdzała, czy jestem gotowy na to, co nas czeka. Miała na sobie swoją „roboczą” kurtkę – tę z wieloma kieszeniami, w których trzymała rzeczy, o których przeznaczeniu wolałem nie wiedzieć.
— Mariusz — powiedziała na powitanie. Żadnego „cześć”, żadnego uśmiechu. Znaliśmy się na tyle długo, że niepotrzebne były nam grzeczności. — Opowiadaj.
Pokazałem jej pamiętnik Stanisława Kowalskiego. Czytała powoli, metodycznie, czasem wracając do wcześniejszych fragmentów. Jej twarz nie wyrażała emocji, ale widziałem, jak zaciska szczęki przy opisie dzieci na schodach.
— To nie jest zwykła brama — powiedziała w końcu, oddając mi zeszyt. — To coś więcej. Coś, co karmi się… czekaj.
Podeszła do najbliższego drzewa, starej sosny o korze popękanej jak pergamin. Położyła dłoń na pniu, zamknęła oczy. Zawsze mnie fascynowało, jak to robi. Jak potrafi wyciągnąć wspomnienia z rzeczy, które teoretycznie nie powinny pamiętać.
Stałem w milczeniu, obserwując. Nauczyłem się nie przerywać jej w takich momentach. To było jak wyrywanie kogoś z głębokiego snu – mogło być niebezpieczne.
Po minucie odsunęła rękę od drzewa. Była bledsza niż zwykle.
— Ile? — zapytałem.
— Nie wiem dokładnie. Dziesiątki. Może setki przez lata. To drzewo ma ponad dwieście lat, widziało wiele.
— Co widziało?
Ilona otarła dłoń o kurtkę, jakby próbowała pozbyć się czegoś niewidzialnego.
— Ludzi idących w jedną stronę. Nigdy w drugą. Zawsze jesienią, gdy mgły są najgęstsze. Zawsze pojedynczo, jakby coś ich przyciągało. Jak ćmy do światła.
Ruszyliśmy w las. Nie było ścieżki, tylko gęstwina paproci, jeżyn i młodych sosenek walczących o światło. Pachniało grzybami i rozkładającymi się liśćmi – ten charakterystyczny, jesienny zapach umierania i odradzania się. Normalnie lubiłem ten zapach, ale teraz wydawał mi się zbyt intensywny, jakby las próbował coś zamaskować.
— Tutaj — Ilona zatrzymała się nagle.
Przed nami nie było nic szczególnego. Ta sama gęstwina co wszędzie. Ale czułem to – zmianę w powietrzu, jakby temperatura spadła o kilka stopni. Ilona przykucnęła, dotknęła ziemi.
— Czujesz? — zapytała.
Przykucnąłem obok niej. Pod palcami ziemia była ciepła, niemal gorąca, choć październikowe słońce ledwo przebijało się przez korony drzew.
— To niemożliwe — mruknąłem.
— Wiele rzeczy jest niemożliwych, a jednak się zdarzają — odpowiedziała, wstając. — Coś tu pulsuje. Jakby… jakby pod ziemią było serce. Wielkie, stare serce.
Wyjąłem z torby EMF – miernik pola elektromagnetycznego. Wskazówka oszalała, skacząc od zera do maksimum bez żadnego wzoru.
— Mariusz — głos Ilony był teraz napięty. — One są tutaj.
— Co?
— Schody. Są tutaj, ale nie dla nas. Jeszcze nie.
Rozejrzałem się. Nadal widziałem tylko las. Ale coś się zmieniło. Cienie były dłuższe, choć słońce nie zmieniło pozycji. Między drzewami majaczyły kształty, które znikały, gdy próbowałem się na nich skupić.
— Musimy poczekać — powiedziała Ilona. — One pojawiają się tylko gdy… gdy są głodne.
— Głodne?
Odwróciła się do mnie. W jej zielonych oczach zobaczyłem coś, czego nigdy wcześniej u niej nie widziałem. Strach.
— To nie jest brama, Mariusz. To paszcza. A my stoimy tuż przed nią.
Wtedy usłyszałem śpiew. Dziecięce głosy, dokładnie takie, jak opisywał stary Kowalski. Melodia była prosta, niemal banalna, ale było w niej coś, co sprawiało, że włosy stawały mi dęba.
— Nie słuchaj — Ilona chwyciła mnie za ramię. — To nie są prawdziwe dzieci. To echo tych, które zostały zabrane.
Ale ja już widziałem. Między drzewami, może dwadzieścia metrów od nas, majaczyły kamienne stopnie. Nie pojawiły się – one po prostu były, jakby zawsze tam stały. Porośnięte mchem, stare, prowadzące w górę, w mgłę, która nie powinna tam być.
— Damian — szepnąłem. — Chłopak musiał tu przyjść, zobaczyć je i…
— I pójść — dokończyła Ilona. — Jak wszyscy przed nim.
Zrobiłem krok w stronę schodów. Ilona zatrzymała mnie, wbijając paznokcie w moje ramię.
— Nie teraz. Nie jesteśmy przygotowani.
— Ale chłopak…
— Jeśli poszedł trzy dni temu, to albo już nie żyje, albo jest po drugiej stronie. Tak czy inaczej, kilka godzin nic nie zmieni.
Miała rację, choć nienawidziłem się do tego przyznać. Obserwowaliśmy schody w milczeniu. Były… nie na miejscu. Jak element z innej rzeczywistości wklejony w nasz świat. Im dłużej na nie patrzyłem, tym bardziej czułem przyciąganie. Jakby coś szeptało mi do ucha, że powinienem podejść, dotknąć, wejść…
— Mariusz!
Głos Ilony wyrwał mnie z transu. Byłem już przy pierwszym stopniu, nie pamiętając, jak się tam znalazłem. W dłoni ściskałem czarny krzyż od starego Kowalskiego – był gorący jak rozżarzone żelazo.
— Co to, kurwa, było? — sapnąłem, cofając się.
— To, co zabiera ludzi — odpowiedziała Ilona. — Nie wabiąc. Nie kusząc. Po prostu… przyciągając. Jak magnes przyciąga żelazo.
Schody zaczęły blaknąć, rozpływać się jak mgła w porannym słońcu. Po minucie nie było po nich śladu. Tylko zwykły las, zwykłe drzewa, zwykła ziemia.
Ale my wiedzieliśmy już, że to miejsce nie jest zwykłe. Że pod powierzchniem rzeczywistości czai się coś starożytnego i głodnego.
— Wracamy — powiedziała Ilona. — Musimy się przygotować. To będzie trudniejsze, niż myślałam.
— Czujesz coś jeszcze? Coś o chłopaku?
Zamknęła oczy, położyła dłoń na ziemi. Po chwili pokręciła głową.
— Jest za głęboko. Tam, gdzie nawet ja nie mogę sięgnąć. Ale żyje. To wiem na pewno. Cokolwiek jest po drugiej stronie, trzyma go przy życiu. Pytanie tylko – po co?
Wracaliśmy do samochodów w milczeniu. Za nami las szumiał, jakby się śmiał. Jakby wiedział, że wrócimy. Że nie mamy wyboru.
Bo Damian Kowalski był tam, po drugiej stronie schodów. A ja obiecałem jego dziadkowi, że go przyprowadzę.
Nawet jeśli miałbym przekroczyć próg, z którego nikt nigdy nie wrócił.
Przekroczenie Progu
Wróciliśmy do lasu o północy.
Stałem przed schodami, czując, jak pot spływa mi po plecach mimo październikowego chłodu. W świetle latarek kamienne stopnie wyglądały jak wyryte w samej rzeczywistości – zbyt ostre, zbyt realne, jakby wszystko dookoła było tylko tłem, a one jedyną prawdziwą rzeczą w tym miejscu.
Ilona klęczała obok, sypiąc kredą w proszku symbole na ziemi. Jej ręce nie drżały, ale widziałem napięcie w jej ramionach, sposób, w jaki zaciskała szczęki przy każdej linii. Kreda zostawiała na wilgotnej ziemi mlecznobiałe ślady, które świeciły własnym, mdłym światłem.
— To powinno nas związać — powiedziała, nie przerywając pracy. — Jak kotwica. Żebyśmy mogli wrócić.
— Powinno?
Spojrzała na mnie. W zielonych oczach miała więcej wątpliwości, niż chciała przyznać.
— Nigdy tego nie robiłam, Mariusz. Nikt tego nie robił i nie wrócił, żeby o tym opowiedzieć.
Sprawdziłem ekwipunek po raz dziesiąty. Czarny krzyż od Kowalskiego wisiał na mojej szyi, ciężki i ciepły. W kieszeniach miałem sól, żelazo, srebrny sztylet. Ilona nalegała, żebym wziął też zwierciadło – małe, oprawione w ołów lusterko, które dostała od swojej babki.
— Czasem prawda odbija się tylko w lustrze — powiedziała, wciskając mi je do ręki. — Czasem to jedyny sposób, żeby zobaczyć, co naprawdę patrzymy.
Teraz staliśmy przed schodami, a one… czekały. To było dziwne uczucie, jakby kamień był świadomy naszej obecności. Jakby się cieszył, że w końcu ktoś przyjdzie z własnej woli, nie zwabiony, nie oszukany, ale świadomy.
— Pamiętaj — Ilona chwyciła mnie za rękę. Jej dłoń była lodowata. — Cokolwiek zobaczysz po drugiej stronie, nie wierz wszystkiemu. To miejsce karmi się iluzjami, półprawdami, pragnieniami. Będzie próbowało cię zatrzymać.
— A jeśli nie będę mógł wrócić?
Milczała długo, patrząc na schody. W końcu wyciągnęła z kieszeni małą fiolkę z jakimś płynem. Wyglądał jak rtęć, ale poruszał się zbyt wolno, zbyt gęsto.
— Wypij to, jeśli… jeśli nie będzie innego wyjścia. To da mi znać, gdzie jesteś. Przyjdę po ciebie.
— Co to jest?
— Mój eliksir oparty na rytuale Hoodoo, ale czego dokładnej nazwy wolisz nie znać. To ostateczność, Mariusz. Użyj tylko, jeśli będziesz pewien, że inaczej nie wrócisz.
Schowałem fiolkę do wewnętrznej kieszeni, tuż przy sercu. Czułem jej ciężar przy każdym oddechu.
Postawiłem stopę na pierwszym stopniu.
Kamień był ciepły, niemal gorący, dokładnie jak opisywał Stanisław Kowalski. Ale było coś jeszcze – wibracja, przechodzącą przez podeszwę buta prosto do kości. Jakby schody były żywe, jakby oddychały.
Drugi stopień. Mgła zaczęła się zmieniać, gęstnieć. Ale to nie była zwykła mgła – miała teksturę, niemal fizyczną obecność. Czułem ją na skórze jak mokrą pajęczynę.
Trzeci stopień. Dźwięki lasu zaczęły cichnąć. Szum wiatru, szelest liści, nawet mój własny oddech – wszystko stawało się odległe, jakby dochodziło przez grubą warstwę waty.
— Mariusz! — głos Ilony był już ledwo słyszalny, choć stała zaledwie kilka metrów za mną.
Czwarty stopień. Zapach się zmienił. Już nie las, nie grzyby i rozkład. Teraz czułem coś metalicznego, jak krew w ustach. I coś słodkiego, mdlącego, jak perfumy mojej matki, której nie widziałem od dwudziestu lat.
Piąty stopień. Zobaczyłem ich – dzieci. Stały wyżej, może pięć stopni nade mną, patrząc z tymi samymi martwymi oczami, które opisywał Stanisław. Ale teraz widziałem więcej. Widziałem rany na ich szyjach, sine ślady na nadgarstkach, dziury w klatkach piersiowych, gdzie kiedyś biły serca.
— Chodź — powiedział chłopiec, ten sam, którego opisywał Stanisław. Jasne włosy, czarne oczy. — Czekaliśmy na ciebie.
— Gdzie jest Damian? — zapytałem, zmuszając się do kolejnego kroku.
— Z nami — odpowiedziała dziewczynka w białej sukience. Plamy na materiale były teraz wyraźnie widoczne – krew, stara, zaschnięta, prawie czarna. — Jest bezpieczny. Jest szczęśliwy. Już nie czuje bólu.
Szósty stopień. Świat za mną zniknął. Nie było już lasu, nie było Ilony, nie było nic poza schodami i mgłą. Próbowałem się odwrócić, ale moja szyja nie chciała się poruszyć. Mogłem patrzeć tylko w górę, tylko przed siebie.
Siódmy stopień. Poczułem je – inne byty, krążące we mgle. Nie dzieci, nie ludzie. Coś starszego, bardziej podstawowego. Cienie cieni, echa rzeczy, które nigdy nie powinny istnieć. Czułem ich głód, ich pragnienie. Byłem dla nich jak kropla wody dla kogoś umierającego z pragnienia na pustyni.
Ósmy stopień. Krzyż na mojej szyi zaczął parzyć. Skóra pod nim piekła, jakby metal był rozgrzany do czerwoności. Ale nie zdjąłem go. To był mój jedyny punkt odniesienia, jedyna rzecz, która przypominała mi, kim jestem i po co tu przyszedłem.
Dziewiąty stopień. Dzieci się rozstąpiły, tworząc przejście. Za nimi nie było już schodów prowadzących w górę. Była dziura. Nie – to za mało powiedziane. Była czeluść, przepaść, coś, co łamało wszelkie prawa geometrii. Patrzyłem jednocześnie w dół i w górę, w lewo i w prawo. Wszystkie kierunki prowadziły w to samo miejsce – w ciemność tak gęstą, że światło mojej latarki ginęło w niej jak kamień wrzucony do smoły.
— To jest przejście — powiedział chłopiec. — Zejście do miejsca, gdzie czeka twój Damian. Gdzie czekamy wszyscy.
— Co jest po drugiej stronie?
Dzieci się zaśmiały. Dźwięk był jak szkło trące o szkło.
— Dom — odpowiedziały chórem. — Prawdziwy dom. Miejsce, gdzie czas nie ma znaczenia, gdzie ból to tylko wspomnienie, gdzie możesz być kim chcesz, nie kim musisz.
Stałem na krawędzi, patrząc w czeluść. Czułem jej przyciąganie, silniejsze niż wcześniej. To nie była już subtelna sugestia – to był rozkaz wyryty w mojej krwi, w kościach. Skok. Musisz skoczyć.
Sięgnąłem do kieszeni, wyjąłem małe lusterko od Ilony. W odbiciu zobaczyłem siebie – bladego, spoconego, z oczami, które już nie były całkiem moje. Ale zobaczyłem też coś jeszcze. Za mną, gdzie powinny być schody, nie było nic. Wisiałem w pustce, stojąc na kamieniu zawieszonym w nicości.
A dzieci… w lustrze dzieci wyglądały inaczej. Nie były dziećmi. Były fragmentami czegoś większego, mackami ogromnego organizmu, który czekał, czekał cierpliwie, aż zrobię ten ostatni krok.
— Nie — powiedziałem.
Słowo zawisło w powietrzu jak zaklęcie. Dzieci-nie-dzieci syknęły, cofnęły się. Czeluść zafalowała, jakby coś ogromnego poruszyło się w głębinach.
— Musisz — powiedział chłopiec, ale jego głos był teraz inny. Głębszy, starszy, pełen gniewu. — Obiecałeś. Przyszedłeś. Musisz dokończyć.
— Przyszedłem po Damiana. Oddajcie mi go.
— Nie możemy oddać tego, co samo przyszło. Ale możesz do niego dołączyć. Możesz być z nim. Na zawsze.
Czułem, jak moje ciało się porusza, jak prawa noga unosi się, żeby zrobić ten ostatni krok. Walczyłem, ale to było jak próba zatrzymania przypływu gołymi rękami.
Wtedy przypomniałem sobie fiolkę. Eliksir Ilony. Ostateczność.
Wyciągnąłem ją trzęsącymi się rękami, odkręciłem korek. Zapach był ostry, metaliczny, z nutą czegoś organicznego, żywego.
— Nie! — krzyknęły dzieci jednym głosem.
Wypiłem. Płyn był gęsty, lepki, palił gardło jak kwas. Ale z każdą kroplą czułem, jak odzyskuję kontrolę. Jak coś we mnie się budzi, coś, co było silniejsze niż przyciąganie czeluści.
Świat eksplodował.
Zobaczyłem wszystko naraz – las, schody, czeluść, ale też coś pod spodem. Sieć tuneli, korytarzy, komnat rozciągających się pod ziemią na mile. I w centrum, w samym sercu tego labiryntu, pulsujące, oddychające coś. Nie potwór, nie demon. Coś gorszego. Coś, co było tu przed lasem, przed ludźmi, przed wszystkim.
I zobaczyłem Damiana. Wisiał w jednej z komnat, opleciony czymś, co wyglądało jak korzenie, ale poruszało się jak żyły. Żył, ale jego oczy były puste, wpatrzone w nicość. Karmił to coś. Był jak bateria, źródło energii dla czegoś, co nie powinno istnieć w naszym świecie.
— MARIUSZ!
Głos Ilony przebił się przez chaos. Poczułem szarpnięcie, jakby ktoś chwycił mnie za niewidzialną linę i pociągnął. Świat zawirował, schody rozpłynęły się, dzieci krzyczały z wściekłości…
I nagle leżałem na ziemi, w lesie, dysząc jak ryba wyrzucona na brzeg. Ilona klęczała nade mną, jej twarz była blada jak papier, z nosa kapała krew.
— Co zobaczyłeś? — wyszeptała.
Próbowałem mówić, ale z ust wyszedł tylko charczący dźwięk. W gardle wciąż czułem smak jej krwi, a przed oczami wciąż miałem obraz Damiana, wiszącego w żywej sieci.
— Jest tam — wykrztusiłem w końcu. — Żyje. Ale to… to coś go używa. Karmi się nim.
Ilona pomogła mi usiąść. Schody zniknęły, jakby nigdy ich nie było. Ale kreda na ziemi była spalona, czarna, jakby ktoś wylał na nią kwas.
— Wiem, jak tam wejść — powiedziałem. — Ale nie wiem, jak wyjść. To nie jest brama. To naprawdę jest paszcza. A ona jest głodna.
Ilona milczała, patrząc w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą były schody. W jej oczach widziałem determinację, ale też strach. Ten rodzaj strachu, który mówi, że niektóre drzwi lepiej zostawić zamknięte.
Ale nie mieliśmy wyboru. Damian był tam, w brzuchu bestii. A ja obiecałem, że go przyprowadzę.
Nawet jeśli miałoby to oznaczać wejście do piekła.

Przygotowania
Siedziałem w kuchni u Ilony, trzymając kubek z herbatą, której nie piłem. Była już zimna, ale potrzebowałem czegoś, co zajmie moje ręce, żeby przestały drżeć.
Jej mieszkanie było dokładnie takie, jakiego się spodziewałem – jasne ściany, półki pełne książek o tematyce ezoterycznej pomieszane z romansami i kryminałami. W powietrzu unosił się delikatny zapach lawendy z kadzidełka, które paliła, żeby „oczyścić przestrzeń” po tym, co przynieśliśmy ze sobą z lasu.
— Nie możemy tam wrócić bez przygotowania — powiedziała, stojąc przy oknie. Patrzyła na zachodzące słońce, które zabarwiało niebo na krwistoczerwono. — To, co widziałeś… to była tylko powierzchnia. Wierzchołek góry lodowej.
— Wiem.
Odwróciła się do mnie. W zielonych oczach miała coś, czego nigdy wcześniej u niej nie widziałem – wątpliwości.
— Nie wiesz, Mariusz. Ja wczytałam się w energię tego miejsca. To nie jest demon, nie duch, nie byt z innego wymiaru. To coś, co było tu przed wszystkim. Przed lasem, przed ludźmi, może nawet przed samą ziemią w tej formie, jaką znamy.
Wstałem, podszedłem do niej. Z bliska widziałem zmęczenie na jej twarzy, cienie pod oczami.
— Ilona, jeśli nie chcesz…
— Przestań — przerwała mi. — Oczywiście, że pójdę. Ale musimy być mądrzejsi. Eliksir jaki wypiłeś pomógł ci wrócić, ale to był przypadek. Szczęście. Nie możemy liczyć na szczęście drugi raz.
Usiedliśmy przy stole zawalonym książkami. Ilona wyciągnęła jedną – oprawioną w czarną skórę, bez tytułu na okładce. Otworzyła ją ostrożnie, jakby bała się, że strony się rozsypią.
— To należało do mojej prababki — powiedziała. — Była… nazwijmy to, znachorką. Ale wiedziała rzeczy, których nie powinno się wiedzieć. Pisała o miejscach mocy, o bramach między światami.
Wskazała na rysunek – spiralę schodzącą w dół, otoczoną symbolami, które częściowo rozpoznałem z pamiętnika Stanisława Kowalskiego.
— Widzisz to? — zapytała. — To nie schody. To usta. A my jesteśmy pokarmem.
— Więc jak mamy wejść i wyjść?
Ilona przewróciła stronę. Następny rysunek przedstawiał ludzką postać otoczoną kręgiem z solą, trzymającą w rękach dwa przedmioty – zwierciadło i coś, co wyglądało jak sznur.
— Kotwica — powiedziała. — Potrzebujemy kotwicy w naszym świecie. Czegoś, co nas przytrzyma, gdy będziemy po drugiej stronie. I przewodnika – kogoś, kto zostanie tutaj i będzie nas pilnował.
— Kogo?
Wahała się przez chwilę.
— Zadzwoniłam do Kowalskiego. Przyjedzie tu za godzinę. To ryzykowne – jest emocjonalnie związany z Damianem, może nie wytrzymać napięcia. Ale jest też jedyną osobą, która ma prawdziwy powód, żeby nas wyciągnąć.
Wstała, podeszła do szafki. Wyciągnęła drewniane pudełko, stare, pokryte dziwnymi znakami. W środku był sznur – nie, to było coś więcej niż sznur. Wyglądał jak splecione włosy, ale był zbyt gruby, zbyt… organiczny.
— Co to jest? — zapytałem, choć część mnie nie chciała znać odpowiedzi.
— Pępowina — odpowiedziała spokojnie. — Moja. Prababka ją zachowała, wykonała rytuał… nieważne. Ważne jest to, że to jest część mnie, która istniała, zanim się urodziłam. Zanim stałam się osobną istotą. To moja kotwica do tego świata.
— A ja?
Spojrzała na mnie z czymś podobnym do współczucia.
— Ty musisz znaleźć swoją. Coś, co wiąże cię z tym światem silniej niż strach czy obowiązek. Coś, dla czego warto wrócić.
Myślałem. Co mnie trzymało? Nie miałem rodziny, przyjaciele byli powierzchowni, praca… praca była tylko sposobem na przetrwanie. A potem spojrzałem na Ilonę i zrozumiałem.
— Ty — powiedziałem cicho. — Ty jesteś moją kotwicą.
Zaskoczenie na jej twarzy szybko zmieniło się w coś innego. Coś cieplejszego.
— Mariusz…
— Wiem, że to nie czas ani miejsce — kontynuowałem szybko. — Ale jeśli mam tam wejść, jeśli mam mieć powód, żeby wrócić… to jesteś nim ty. Zawsze byłaś.
Milczała długo, patrząc na mnie tymi swoimi zielonymi oczami. Potem wyciągnęła rękę, dotknęła mojego policzka. Jej dłoń była ciepła, prawdziwa, żywa.
— Dobrze — szepnęła. — Będę twoją kotwicą. A ty moją. Wrócimy razem albo wcale.
Pocałowała mnie. Krótko, delikatnie, ale w tym geście było więcej obietnicy niż w tysiącu słów.
Rozdzwonił się dzwonek do drzwi. Odsunęliśmy się od siebie. Ilona poszła otworzyć, a ja zostałem przy stole, patrząc na księgę jej prababki.
Józef Kowalski wyglądał jeszcze gorzej niż rano. Trzęsły mu się ręce, oczy miał przekrwione, jakby nie spał od dni. W dłoniach ściskał coś owiniętego w płótno.
— Przyniosłem — powiedział bez wstępów. — To było Damiana. Może pomoże.
Rozwinął płótno. W środku był zegarek – zwykły Casio na gumowym pasku, z podświetlaną tarczą. Nic specjalnego, ale sposób, w jaki stary na niego patrzył, mówił wszystko.
— Dałem mu go na szesnaste urodziny — wyszeptał. — Tydzień przed… przed tym wszystkim. Zostawił go w domu, gdy szedł do lasu. Mówił, że nie chce go zniszczyć podczas grzybobrania.
Ilona wzięła zegarek delikatnie, zamknęła oczy. Po chwili się uśmiechnęła.
— Czuję go — powiedziała. — Jego energię. To wystarczy. To więcej niż wystarczy.
Kowalski usiadł ciężko na krześle.
— Co mam robić? — zapytał.
Ilona zaczęła mu tłumaczyć. Będzie siedział w kręgu z soli, trzymał końce naszych „kotwic” i nie puszczał, nieważne co usłyszy czy zobaczy. Będzie naszą latarnią w ciemności, punktem, do którego będziemy mogli wrócić.
Słuchałem jej tylko połowicznie. Myślałem o tym, co nas czeka. O Damianie wiszącym w żywej sieci. O istocie starszej niż czas, która czekała na nas w głębi.
— Mariusz — głos Ilony wyrwał mnie z zamyślenia. — Musimy porozmawiać o czymś jeszcze. O cenie.
— Jakiej cenie?
Wymieniła spojrzenia z Kowalskim, potem znowu na mnie spojrzała.
— Nic nie jest za darmo. Jeśli zabierzemy Damiana, coś będzie musiało zostać w zamian. To prawo równowagi – nie możemy zabrać życia bez oddania czegoś w zamian.
— Co masz na myśli?
— Nie wiem — przyznała. — Może część naszej siły życiowej, może wspomnienia, może… coś więcej. Musisz być na to gotowy.
Spojrzałem na starego Kowalskiego. W jego oczach była desperacja, ale też nadzieja. Całą nadzieję pokładał w nas.
— Jestem gotowy — powiedziałem.
Ilona skinęła głową.
— To zbierajmy się. Niedługo północ, a wtedy granica jest najcieńsza. Jeśli mamy to zrobić, to teraz.
Wstaliśmy od stołu. Każde z nas wiedziało, że to może być ostatni raz, gdy widzimy to mieszkanie, to życie, ten świat w takiej formie. Ale nie było odwrotu.
Damian czekał.
A my szliśmy go zabrać z paszczy bestii, która karmiła się ludzkimi duszami od zarania dziejów.
— Jeszcze jedno — powiedziała Ilona, gdy zbieraliśmy rzeczy. — Gdy będziemy tam, na dole, nie ufaj niczemu, co zobaczysz. To miejsce pokazuje to, co chcesz zobaczyć, wykorzystuje twoje pragnienia i strachy. Jeśli zobaczysz Damiana, upewnij się, że to naprawdę on.
— Jak?
— Zapytaj go o coś, co tylko on może wiedzieć. Coś osobistego. I patrz mu w oczy – martwe oczy nie potrafią kłamać, nawet jeśli usta mówią to, co chcesz usłyszeć.
Skinąłem głową. Byłem gotowy.
Przynajmniej tak mi się wydawało.
W Sercu Labiryntu
Staliśmy znowu przed schodami. Północ była bliska – czułem to w powietrzu, w sposobie, w jaki cienie się poruszały, jakby żyły własnym życiem.
Kowalski siedział w kręgu z soli, który Ilona nakreśliła wokół niego. W prawej ręce trzymał koniec mojego sznura – zwykłej liny, którą Ilona „naładowała” moją krwią i potem. W lewej – swoją pępowinę, owinięta wokół nadgarstka jak różaniec. Stary drżał, ale jego oczy były zdeterminowane.
— Pamiętaj — Ilona klęknęła przed nim. — Nieważne co usłyszysz, nieważne co zobaczysz. Nie puszczaj. Nie wychodź z kręgu. Jesteśmy połączeni przez ciebie. Jeśli puścisz…
— Nie puszczę — przerwał jej. — Przyrzekam na grób mojej żony, nie puszczę.
Ilona wstała, spojrzała na mnie. W świetle latarek jej twarz była blada jak maska.
— Gotowy?
Zamiast odpowiedzieć, wziąłem ją za rękę. Jej palce splotły się z moimi – ciepłe, żywe, prawdziwe. To była moja ostatnia kotwica do świata, który znałem.
Postawiliśmy stopę na pierwszym stopniu jednocześnie.
Tym razem było inaczej. Żadnego stopniowego przejścia, żadnego powolnego zanurzania się w koszmar. Świat eksplodował i na nowo się złożył, ale w niewłaściwy sposób. Góra była dołem, lewo prawem, a my spadaliśmy w górę przez schody, które były jednocześnie ścianami i sufitem.
Trzymałem kurczowo rękę Ilony, czując, jak jej paznokcie wbijają się w moją skórę. To ból trzymał mnie przy zdrowych zmysłach, przypominał, że wciąż jestem, wciąż istnieję.
A potem spadanie się skończyło.
Staliśmy w… nie wiem, jak to nazwać. To nie był korytarz ani sala. To było miejsce między miejscami, przestrzeń, która nie powinna istnieć. Ściany oddychały – dosłownie oddychały, pulsując jak płuca. Były pokryte czymś, co wyglądało jak żyły, ale poruszało się jak robaki. Podłoga pod stopami była miękka, ciepła, wilgotna. Czułem przez podeszwy butów, jak pulsuje w rytm jakiegoś ogromnego serca.
— Nie puszczaj mojej ręki — szepnęła Ilona. — Cokolwiek się stanie.
Zapach był nie do zniesienia – słodkawy, gnilny, z nutą czegoś metalicznego. Krew, rozkład i coś jeszcze, coś, czego mój mózg nie potrafił zidentyfikować, bo nie należało do tego świata.
Ruszyliśmy przed siebie. Nie było innej drogi – tylko ten jeden korytarz, wijący się jak jelito. Czasem się rozszerzał, czasem zwężał tak, że musieliśmy się przeciskać. Ściany dotykały nas wtedy, zostawiając na ubraniach śluzowaty, świecący ślad.
— Mariusz — głos Ilony był napięty. — Coś nas obserwuje.
Miała rację. Czułem to – wzrok, uwagę czegoś ogromnego, czegoś, dla którego byliśmy jak mrówki wchodzące do mrowiska. Ciekawe mrówki, które same przyszły, zamiast być zwabione.
Korytarz się rozwidlał. Trzy drogi, każda identyczna, każda pulsująca tym samym rytmem.
— Która? — zapytałem.
Ilona zamknęła oczy, uniosła wolną rękę. Czułem, jak przez nią przechodzi dreszcz, jak coś w niej się otwiera, jakby stała się anteną nastrojoną na częstotliwość tego miejsca.
— Środkowa — powiedziała po chwili. — Ale… Mariusz, on nie jest sam. Damian. Czuję… czuję ich więcej. Dużo więcej.
Wszedłem w środkowy korytarz, ciągnąc ją za sobą. Z każdym krokiem temperatura rosła. Pot spływał mi po plecach, koszula kleiła się do ciała. Oddychanie stawało się coraz trudniejsze – powietrze było gęste, lepkie, jakby płuca napełniały się syropem zamiast tlenu.
I wtedy ich zobaczyłem.
Wisiały w ścianach – dziesiątki, może setki ludzkich ciał. Nie, nie ciał. Ludzi. Żywych ludzi. Byli wtopieni w tkankę ścian, opleceni żyłami-robakami, które wchodziły w ich ciała przez usta, nos, uszy. Ich oczy były otwarte, wpatrzone w nicość. Niektórzy poruszali ustami, jakby próbowali krzyczeć, ale nie wydobywał się żaden dźwięk.
Rozpoznałem niektóre twarze z fotografii zaginionych osób, które widziałem w gazetach. Dzieci, które zniknęły podczas wycieczek szkolnych. Grzybiarze, którzy nie wrócili z lasu. Turyści, których samochody znaleziono porzucone na leśnych parkingach.
— Jezu Chryste — wyszeptała Ilona. — Oni wszyscy żyją. Od lat, dziesiątek lat… żyją.
Jedna z postaci w ścianie poruszyła się. Młoda kobieta, może dwudziestoletnia, ubrana w strój z lat siedemdziesiątych. Jej oczy skupiły się na nas, usta otworzyły.
— Pomocy — wyszeptała bezgłośnie. — Błagam.
Zrobiłem krok w jej stronę, ale Ilona mnie zatrzymała.
— To nie ona — powiedziała. — To tylko jej ciało. Dusza dawno odeszła. To miejsce używa ich jak… jak marionetek.
Kobieta w ścianie uśmiechnęła się. Szeroko, nienaturalnie szeroko, aż skóra na policzkach pękła, odsłaniając czerwone mięso.
— Mądra dziewczynka — powiedziała, ale to nie był jej głos. To był głos tego miejsca, głos czegoś starożytnego i głodnego. — Ale nie dość mądra, skoro tu przyszłaś.
Wszystkie ciała w ścianach odwróciły głowy w naszą stronę. Setki martwych oczu wpatrzone w nas, setki ust mówiących jednym głosem:
— Witajcie w domu.
Ściany zaczęły się ruszać, pulsować szybciej. Ciała wyciągały ręce, próbując nas dosięgnąć. Niektóre wyrywały się częściowo, zostawiając kawałki skóry i mięsa na żyłach, które je trzymały.
— Biegnij! — krzyknęła Ilona.
Pobiegliśmy. Korytarz wydłużał się przed nami, skracał za nami. Rzeczywistość była tutaj płynna, zmienna, podporządkowana woli czegoś, co kontrolowało to miejsce. Czułem szarpnięcie liny przy pasie – Kowalski wciąż trzymał, wciąż był naszą kotwicą.
Korytarz się skończył nagle, otwierając się na ogromną komorę. I tam, w centrum, wisiał Damian.
Był nagi, opleciony siecią żył grubszych niż moje ramię. Wchodziły w niego, wychodziły z niego, pompowały przez niego coś świecącego, pulsującego. Jego oczy były otwarte, ale puste. Usta poruszały się bezgłośnie, jakby odmawiał modlitwę.
Ale to nie było najgorsze.
Najgorsze było to, co było za nim.
Serce. Tak to nazwałem w mojej głowie, bo nie miałem innego słowa. Ogromne, większe niż dom, pulsujące serce z czerwono-czarnego mięsa. Ale to nie było serce w sensie biologicznym. To było… centrum. Rdzeń. Źródło tego wszystkiego.
I miało oczy. Tysiące oczu, pokrywających jego powierzchnię jak łuski. Wszystkie patrzyły na nas.
— Kim jesteście? — zapytało Serce. Głos dochodził zewsząd i znikąd jednocześnie, wibrował w kościach, rezonował w czaszce. — Nie jesteście pokarmem. Przyszliście świadomie. Po co?
— Po chłopaka — powiedziałem, dziwiąc się własnej odwadze. — Oddaj nam Damiana.
Serce zaśmiało się. Dźwięk był jak tysiąc paznokci drapanych po szkle.
— Oddać? Nic nie zabieram. Oni przychodzą. Wszyscy przychodzą. Wabieni obietnicą, kuszeni wizją. A potem zostają, bo nie ma dokąd wracać.
— On ma rodzinę. Dziadka, który na niego czeka.
— Rodzina. — Serce jakby smakowało to słowo. — Koncept, który wymyśliliście, żeby mniej bać się samotności. Ale wszyscy jesteście samotni. Wszyscy umieracie sami. Tu, ze mną, nigdy nie jesteście sami. Jesteście częścią czegoś większego.
Ilona puściła moją rękę. Zanim zdążyłem zareagować, wyciągnęła z kieszeni nóż – srebrny sztylet, który zawsze nosiła „na wszelki wypadek”. Ale nie zaatakowała Serca. Przecięła żyły trzymające Damiana.
Chłopak osunął się na miękką, pulsującą podłogę. Podbiegłem do niego, sprawdziłem puls. Był słaby, ale był.
Serce zawrzało. Cała komora zatrzęsła się, ściany zaczęły się kurczyć.
— GŁUPCY! — ryknęło. — NISZCZYCIE RÓWNOWAGĘ! NISZCZYCIE HARMONIĘ!
— Jaka tam kurwa harmonia — warknęła Ilona, pomagając mi podnieść nieprzytomnego Damiana. — To jest pasożytnictwo.
— Pasożytnictwo? — Serce jakby się uspokoiło. — Ja byłem tu przed wami. Przed lasem, przed życiem, jakie znacie. To wy jesteście pasożytami. Ale jestem cierpliwy. Czekam. I karmię się.
Poczułem szarpnięcie liny. Kowalski ciągnął nas z powrotem. Ale coś było nie tak – lina była coraz cieńsza, jakby się rozpuszczała.
— Myślicie, że możecie tak po prostu wyjść? — zapytało Serce. — Z moim pokarmem? Nie. Prawo równowagi. Coś za coś.
Żyły, które trzymały Damiana, zaczęły się regenerować, sięgać po niego. Ilona cięła je sztyletem, ale na miejsce jednej wyrastały dwie.
— Weź go i idź — powiedziała nagle. — Wracaj po linie. Ja ich zatrzymam.
— Nie zostawię cię!
— Nie masz wyboru! — krzyknęła. — Ktoś musi zostać, rozumiesz? Coś za coś. Życie za życie. Tak działa to miejsce!
— Nie!
Ale ona już podjęła decyzję. Pchnęła mnie w stronę wyjścia z komory, a sama stanęła między nami a Sercem. Widziałem, jak jej ciało zaczyna świecić – nie światłem, ale czymś innym. Energią życiową, esencją tego, kim była.
— Bierz mnie — powiedziała do Serca. — Jestem silniejsza niż chłopak. Wystarczę ci na dłużej.
— Ilona, nie!
Odwróciła się do mnie. W zielonych oczach miała spokój.
— Pamiętasz, co powiedziałam? Jesteś moją kotwicą. Znajdź sposób, żeby mnie wyciągnąć. Wiem, że znajdziesz.
Żyły wystrzeliły w jej stronę jak węże. Oplotły ją, zaczęły wciągać w ścianę. Widziałem, jak walczy, jak jej ciało napina się w ostatnim wysiłku.
— IDŹ! — wrzasnęła.
Pobiegłem. Z Damianem na plecach, z liną coraz cieńszą w ręce, z sercem rozrywanym na pół. Za mną Serce śmiało się i płakało jednocześnie, przyjmując nową ofiarę.
Korytarze zmieniały się, próbowały mnie zmylić, zatrzymać. Ale lina prowadziła – cienka jak nitka, ale wciąż była. Kowalski wciąż trzymał.
Ciała w ścianach wyciągały ręce, próbowały złapać. Niektóre mówiły głosem Ilony, błagały, żebym wrócił. Ale nie słuchałem. Nie mogłem słuchać.
I nagle byłem na powierzchni. Leżałem na wilgotnej ziemi lasu, z nieprzytomnym Damianem obok, a Kowalski klęczał przy nas, płacząc z ulgi.
— Gdzie… gdzie pani Ilona? — zapytał.
Nie odpowiedziałem. Patrzyłem na schody, które już znikały, rozpływały się jak mgła. Ale zanim zniknęły całkowicie, usłyszałem jej głos, daleki, ale wyraźny:
— Znajdź sposób. Obiecałeś, że jesteś moją kotwicą.
A potem była tylko ciemność lasu i płacz starego człowieka tulącego wnuka.

Cena Wolności (Epilog)
Minęły trzy tygodnie.
Siedziałem w szpitalu psychiatrycznym w Bolesławcu, patrząc jak Damian Kowalski układa puzzle. Jego ręce były spokojne, metodyczne, ale oczy… oczy wciąż patrzyły gdzieś dalej, gdzieś głębiej, jakby widział przez rzeczywistość na wylot.
— Wie pan, co on powtarza w nocy? — zapytała pielęgniarka, stojąca obok. Młoda kobieta o zmęczonej twarzy i współczujących oczach. — „Ona tam została. Ona tam została.” Ciągle to samo.
— Wiem — odpowiedziałem.
Damian nie mówił od tamtej nocy. Lekarze mówili o głębokim urazie, o dysocjacji, o zespole stresu pourazowego. Używali długich, medycznych terminów, które miały nadać sens czemuś, co sensu nie miało. Jak wytłumaczyć psychiatrze, że chłopak był karmidłem dla istoty starszej niż ludzka cywilizacja?
Kowalski siedział po drugiej stronie szyby, patrząc na wnuka. Postarzał się o dekadę w te trzy tygodnie. Włosy kompletnie mu posiwiały, twarz pokryła się nowymi bruzdami. Ale w oczach miał ulgę – jego chłopak żył. To było najważniejsze.
— Panie Mariuszu — powiedział cicho. — Oni mówią, że może z tego wyjść. Że czas leczy rany.
— Może — skłamałem.
Wiedziałem, że Damian nigdy nie będzie taki sam. Część niego została tam, w Sercu. Tak jak część mnie.
Wyszedłem ze szpitala o zmierzchu. Październikowe powietrze było chłodne, czyste, pachniało deszczem i gnijącymi liśćmi. Normalne zapachy normalnego świata. Ale ja już wiedziałem, że normalność to tylko cienka warstwa na powierzchni czegoś znacznie głębszego i ciemniejszego.
Pojechałem do mieszkania Ilony.
Wciąż miałem klucz – dała mi go miesiące temu, „na wszelki wypadek”. Teraz wszedłem do ciemnych pokoi, które pachniały kurzem i zwiędłymi kwiatami. Wszystko było tak, jak zostawiła. Książki na stole, niedopita herbata w kubku, notatki rozrzucone po biurku.
Usiadłem przy jej stole, zapaliłem świeczkę. W migoczącym świetle otworzyłem księgę jej prababki, tę samą, którą studiowaliśmy przed zejściem. Przewracałem strony, szukając czegoś, czegokolwiek, co mogłoby mi pomóc.
I wtedy znalazłem.
Na ostatniej stronie, napisane innym charakterem pisma, świeżym atramentem. Jakby ktoś dopisał to niedawno. Ale to było niemożliwe – księga leżała tu przez trzy tygodnie, nikt jej nie ruszał.
„Mariusz,
Jeśli to czytasz, znaczy że szukasz sposobu. Wiedziałam, że będziesz szukał. Jesteś uparty – to jedna z rzeczy, które w tobie kocham.
Słuchaj uważnie. To miejsce, Serce, karmi się, ale też daje. To wymiana, nie kradzież. Jestem jego częścią teraz, ale nie jestem więźniem. Jestem… czymś innym. Widzę rzeczy, których nie powinnam widzieć. Wiem rzeczy, których nie powinnam wiedzieć.
Schody pojawią się znowu. Za rok, może dwa. Zawsze się pojawiają, gdy Serce jest głodne. Ale tym razem będą inne. Będą dla ciebie.
Nie przychodź sam. Znajdź kogoś, kto zostanie na górze, kto będzie twoją kotwicą. Kogoś, komu ufasz bardziej niż sobie.
I przynieś to: krew dziecka, które nie narodziło się (poronienie, nie morderstwo – to ważne), korzeń mandragory zebrany w noc nowin, i zwierciadło, w którym odbił się umarły. Prababka opisała rytuał na stronie 47.
Serce można oszukać. Można zawrzeć z nim układ. Ale cena będzie wysoka.
Czekam na ciebie.
Zawsze twoja,
Ilona
PS. Nie ufaj Damianowi. On przyniósł coś ze sobą. Coś, co nie powinno tu być.”
Przeczytałem list trzy razy, zanim dotarł do mnie ostatni fragment. Damian przyniósł coś ze sobą.
Wyjąłem telefon, wybrałem numer szpitala. Ale zanim zdążyłem połączyć, telefon zadzwonił. Kowalski.
— Panie Mariuszu — jego głos był spanikowany. — Damian… Damian zniknął. Ale przedtem… przedtem coś narysował. Na ścianie, własną krwią. Musi pan to zobaczyć.
— Co narysował?
— Schody. I kobietę w środku. I… i coś jeszcze. Coś co wychodzi.
Poczułem, jak krew odpływa mi z twarzy.
— Nie ruszajcie się stamtąd. Nie pozwól nikomu wchodzić do jego pokoju. Jadę.
Rozłączyłem się i pobiegłem do samochodu. Gdy wyjeżdżałem z parkingu, w lusterku wstecznym zobaczyłem coś, co sprawiło, że serce stanęło mi w gardle.
Damian stał na chodniku, patrząc prosto na mnie. Ale jego oczy… jego oczy były teraz całkowicie czarne. I uśmiechał się tym samym uśmiechem, który widziałem na twarzach ciał w ścianach.
A za nim, jak cień rzucany przez niewidzialne słońce, majaczyła sylwetka czegoś wysokiego, chudego, o zbyt wielu kończynach.
Wcisnąłem gaz do dechy. W radiu trzasnęło, zaszumiało, a potem usłyszałem głos. Głos Serca, dobiegający z każdego głośnika, z każdego telefonu, z każdego urządzenia elektronicznego w zasięgu:
— Myślałeś, że możesz zabrać bez dawania? Myślałeś, że możesz oszukać równowagę? Chłopak był tylko pojemnikiem. Teraz pojemnik pękł. A to, co było w środku, jest wolne.
— Czego chcesz? — krzyknąłem w ciemność.
— Tego samego, czego zawsze chciałem. Karmić się. Rosnąć. Rozprzestrzeniać. Ale teraz mam avatara w waszym świecie. Chłopca, który zna was. Który może chodzić, gdzie ja nie mogę. Który może otwierać drzwi.
— Ilona cię powstrzyma.
Śmiech. Długi, chrapliwy śmiech.
— Ilona jest mną teraz. Jej wiedza, jej moc, jej pamięć – wszystko moje. To dzięki niej wiem, gdzie jesteś. Dzięki niej wiem, jak cię znaleźć. Jak znaleźć wszystkich.
Spojrzałem w lusterko. Damian wciąż tam stał, nieruchomy jak posąg. Ale teraz nie był sam. Za nim stały dzieci – te same dzieci, które widziałem na schodach. Dziesiątki bladych, martwych dzieci o czarnych oczach.
I wszystkie się uśmiechały.
— Gra się zaczyna, Mariuszu — powiedział głos Serca. — Znajdź sposób, żeby mnie powstrzymać. Albo patrz, jak wasz świat staje się moim żerowiskiem.
Radio ucichło. Silnik samochodu zakaszlał i zgasł. Stanąłem na poboczu, w ciemności, słysząc tylko bicie własnego serca.
I wtedy zrozumiałem. To nie był koniec. To był dopiero początek.
Ilona miała rację – można oszukać Serce, można zawrzeć z nim układ. Ale zapomniała o jednym. Serce też potrafi oszukiwać. I właśnie nas oszukało.
Wypuściliśmy coś. Coś, co przez wieki było uwięzione pod ziemią, karmione, ale kontrolowane. Teraz było wolne.
A ja byłem jedyną osobą, która wiedziała, jak je powstrzymać.
Może.
Wysiadłem z samochodu. W kieszeni wciąż miałem czarny krzyż od Kowalskiego. Był zimny teraz, martwy. Symbole na nim nie świeciły już własnym światłem.
Ale w drugiej kieszeni miałem coś jeszcze. Fiolkę, której nie użyłem do końca. Tę wykonaną z rytuału Hoodoo Ilony. Ostatnią kroplę jej esencji w tym świecie.
Odkręciłem korek, powąchałem. Wciąż pachniała – lawendą i czymś ciepłym, żywym.
— Jeśli mnie słyszysz — szepnąłem w noc — to wiedz, że nie spocznę, póki cię nie uwolnię. Jesteś moją kotwicą. Zawsze byłaś.
Gdzieś w oddali, może w wyobraźni, może nie, usłyszałem jej głos:
— Pospiesz się. Nie wiem, jak długo wytrzymam. Jak długo pozostanę sobą.
Wypiłem fiolkę jednym haustem.
Świat eksplodował w kolorach, których nie ma nazw. Zobaczyłem nici łączące wszystko ze wszystkim. Zobaczyłem, gdzie kończy się rzeczywistość, a zaczyna koszmar. Zobaczyłem drogę.
I zobaczyłem Damiana, stojącego tuż za mną, z ręką uniesioną do ciosu.
— Za późno — powiedział głosem, który nie był jego. — Już tu jesteśmy.
Ostatnie, co pamiętam, to ból. A potem ciemność.
Ale w tej ciemności był głos Ilony, śpiewający kołysankę, której słów nie rozumiałem, ale która dawała mi siłę.
Gra się rozpoczęła. A ja miałem w niej do odegrania rolę, której jeszcze nie rozumiałem.
Ale jedno wiedziałem na pewno – schody do nikąd prowadziły wszędzie. A to, co wypuściliśmy, nie spocznie, póki nie pochłonie wszystkiego.
Chyba że znajdę sposób.
Zawsze jest jakiś sposób.
Musi być.
Trzy miesiące później, w lokalnej gazecie ukazała się krótka notka:
„Seria tajemniczych zaginięć w okolicach Polkowic. Policja apeluje o ostrożność podczas spacerów po lesie. Świadkowie twierdzą, że widzieli kamienne schody pojawiające się w różnych miejscach lasu. Rzecznik policji określił te doniesienia jako 'nieuzasadnione plotki’.”
Nikt nie wspomniał o dzieciach z czarnymi oczami, które zaczęły pojawiać się w domach.
Nikt nie połączył tego z falą koszmarów, które nękały mieszkańców.
Nikt oprócz mnie.
I polowałem na nie.
Ale to już inna historia…
